poniedziałek, 15 czerwca 2015

Prosto z fabryki snów, czyli o filmie - Droga do przebaczenia (2007)

Droga do przebaczenia. Podchodziłam do tego tytułu wiele razy, ale niestety, jeśli akurat nie mam ochoty, to nie ma żadnej siły, która zmusi mnie do obejrzenia. W tym przypadku tak właśnie było. Nie mogłam się sama zachęcić do włączenia i obejrzenia. Nie wiem w sumie dlaczego. Obsada kusiła bardzo. Phoenix i Connelly to nazwiska, które mnie niezwykle przyciągały, ale jednak nie wystarczyły, abym się za to wzięła. Dopiero obejrzenie filmu o dosyć zbliżonej fabule, Labiryntu (2013) obudziła się we mnie szczera chęć zobaczenia Drogi do przebaczenia - absolutnie nie po to, żeby porównywać oba filmy, po prostu zainteresowała mnie właśnie ta tematyka, do której nie mogłam się wcześniej przekonać. 


Fabuła filmu nie była specjalnie odkrywcza, mam wrażenie, że akurat ta tematyka, jak żadna inna, jest dosyć mocno eksploatowana (wspomniany Labirynt czy Między światami z 2010 roku). Wielu reżyserów podjęło temat utraty/zaginięcia dziecka i tego, w jaki sposób to wpływa na jego rodziców i najbliższe otoczenie. Film, o którym pisałam wcześniej, Labirynt (2013), ukazywał historię tego, jak daleko można się posunąć w poszukiwaniu zaginionego dziecka. Droga do przebaczenia skupia się na tym, jak śmierć dziecka wpływa na jego najbliższych. To historia dwóch rodzin, które los złączył w tragicznych okolicznościach. Ethan Learner  (Joaquin Phoenix) to szczęśliwy mąż i ojciec dwójki dzieci. Pewnego dnia wybierają się na recital ich syna - dziesięcioletniego Josha. W tym samym czasie Dwight Arno (Mark Ruffalo) wraz z synem kibicują swojej drużynie w czasie meczu. W czasie gdy Dwight odwozi syna do byłej żony, dochodzi do tragedii. Arno potrąca syna Learnerów, Josha, na oczach jego ojca. Będąc w szoku, ucieka z miejsca wypadku. Ethan postanawia za wszelką cenę znaleźć zabójcę swojego syna. Z czasem dochodzi do dramatycznej konfrontacji Dwighta z Ehtanem. 


Jak wspomniałam, fabuła dosyć mało wyszukana, wielokrotnie powtarzana w różnych filmach, stale obecna w kinie. Niemniej jednak nie nudziłam się, nie oglądałam ze świadomością: wiem, jak się skończy. Scenariusz został świetnie przemyślany, co jest zasługą nie tyle dobrej podstawy (film powstał na motywach powieści), ale świetnej pracy, jaką wykonał tutaj reżyser i scenarzysta równocześnie - Terry George, twórca scenariuszy do tak wybitnych produkcji jak Hotel Ruanda (2004) czy W imię ojca (1993), dzięki czemu film był ciekawy, stopniowo tworzyło się coraz większe napięcie, widz nieustannie był ciekawy tego, jak będzie wyglądał punkt kulminacyjny. Nie wiem, na ile była to kwestia zastosowanych chwytów emocjonalnym, na ile mojej wrażliwości, na ile po prostu doskonale zrobionego filmu, ale przez pewien czas nie mogłam powstrzymać stanu emocjonalnego bliskiego wybuchnięciu płaczem. W jakiś sposób to, co widziałam na ekranie, to jak zachowywały się postaci (aktorsko pierwsza klasa!), jaka temu towarzyszyła muzyka sprawiło, że nie mogę tego filmu oceniać negatywnie. Oczywiście, mam tę świadomość, że filmowi zarzuca się pewne naciąganie faktów, mało prawdopodobne zbiegi okoliczności (sprawca wypadku i pośrednio jego ofiara rozmawiają jakby nigdy nic?), ale jestem w stanie je wszystkie usprawiedliwić tym, że obie rodziny mieszkały w jednej, niewielkiej mieścinie, gdzie możliwość wpadnięcia na siebie nie jest znowu aż taka mała, dlatego w ogóle nie zwracałam uwagi na to, na ile prawdopodobne są przedstawiane wydarzenia - film w zamierzeniu miał być historią dotyczącą ludzkiej psychiki, postaw człowieka w obliczu tragedii, nie obyczajowym obrazkiem wyjętym z życia ludzi mieszkających w jednym ze stanów Ameryki. Osobiście uważam, że wydarzenia przedstawione w filmie mają rację bytu i istnieje dosyć duże prawdopodobieństwo na to, że coś takiego faktycznie mogło/może się wydarzyć. 


Włączając film, w ogóle nie spodziewałam się, że zobaczę coś tak dobrego. Wychodziłam z założenia, że to kolejny film podejmujący tematykę rozpaczy po śmierci bliskiej osoby, nie oczekiwałam niczego nowego (kilka dni wcześniej obejrzałam dosyć przeciętne Między światami, co jeszcze bardziej mnie zniechęcało). Moje zaskoczenie było równe zachwytowi nad fenomenalną grą aktorską. Droga do przebaczenia wywarła na mnie niesamowite wrażenie, mocno zaangażowałam się w to, co widziałam na ekranie, starałam się postawić w sytuacji zarówno Ethana Learnera, którego życie w ułamku sekundy zupełnie się posypało, jak i Dwight Arno - człowieka niewątpliwie o dobrym sercu, szczerze kochającego swojego syna, ale człowieka, który zabił, nieświadomie, ale zabił. Starałam się zrozumieć motywacje jego postępowania, skrajne stany emocjonalne, w których znajdowali się bohaterowie. Twórcy niewątpliwie osiągnęli swój cel - wzbudzili emocje, skłonili do myślenia. Długo jeszcze po wyłączeniu telewizora zastanawiałam się nad tym, co zobaczyłam, zastanawiałam się, jak ja bym się zachowała w takiej sytuacji (zarówno w sytuacji ofiary, jak i sprawcy tragedii). Podobało mi się to, w jaki sposób reżyser i scenarzysta podszedł to kwestii przedstawienia sytuacji w rodzinie po śmierci dziecka - jak przeżywa to ojciec, matka, rodzeństwo (świetna Ellie Fanning w roli młodszej siostry potrąconego chłopca), jak ta śmierć wpływa nie tylko na ich stan emocjonalny, ale i wzajemne relacje. Podobało mi się to, jak pokazano kwestię odpowiedzialności i świadomości za swoje czyny sprawcy wypadku, Dwighta Arno. Wszystko to w całości dawało świetny obraz tego, jak jedno wydarzenie może zniszczyć czyjeś życie. 


Co do aktorstwa. Cóż mogę powiedzieć? Było genialne, rewelacyjne, perfekcyjne, intrygujące. Joaquin Phoenix należy do ścisłego panteonu moich ulubionych aktorów, widziałam większość jego filmów, jeden lepszy od drugiego. W każdym Phoenix daje z siebie sto procent, jest postacią, nie aktorem odgrywającym rolę - za każdym razem idealnie wciela się w powierzonego mu bohatera, perfekcyjnie oddaje jego charakter, towarzyszące mu emocje. Nie inaczej było w Drodze do przebaczenia. Phoenix znowu udowodnił, że jest wyjątkowo zdolnym aktorem. To, w jaki sposób zagrał rolę człowieka, który stracił ukochane dziecko i poprzysięga zemstę było czymś niezwykłym. Ta rola niewątpliwie na długo pozostanie w mojej pamięci. Wyrazista, charyzmatyczna, dramatyczna, tragiczna, perfekcyjnie zagrana. 


Nigdy nie pomyślałabym, że Mark Ruffalo potrafi tak genialnie grać! Nigdy nie przeczyłam, że facet ma ogromny talent, ale tego, co zobaczyłam w Drodze do przebaczenia się nie spodziewałam. Ruffalo w roli człowieka, który przez przypadek potrąca dziecko i ucieka z miejsca wypadku spisał się świetnie. Oglądaniu rozterek tej postaci, jego wahań, życia w ciągłej niepewności i strachu, wyrzutów sumienia towarzyszył podziw dla kunsztu i emocji, z jakimi ten człowiek to zagrał (ostatnia scena była po prostu godna Oscara).


Doskonale spisała się również niezwykle zdolna Jennifer Connelly w roli matki, która straciła dziecko i, co gorsze, zaczyna się obwiniać o jego śmierć. Connelly w każdym filmie, podobnie jak Phoenix, pokazuje maksimum swoich umiejętności, w Drodze do przebaczenia wypadła niezwykle przekonująco, sceny z jej udziałem mocno mnie poruszały i często byłam bliska płaczu widząc, jak fatalnie radzi sobie z tym wszystkim jej postać. Well done. 


Miłym zaskoczeniem była również obecność malutkiej jeszcze, bo dziewięcioletniej, Ellie Fanning, która zagrała postać młodszego dziecka Learnerów, siostrzyczki zmarłego Josha. Chociaż pojawiała się na ekranie dosyć rzadko, to za każdym razem skupiała uwagę widza na sobie. Sceny z jej udziałem były bardzo przykre, co w dużej mierze jest zasługą talentu małej Fanning. 



Droga do przebaczenia to film, który bardzo mnie poruszył i wstrząsnął. Jak wcześniej wspominałam, zupełnie nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam. Nie jest to kolejny film niewnoszący nic nowego, wałkujący ten sam temat. To naprawdę ciekawa historia stawiająca temat utraty bliskiej osoby i odpowiedzialności za własne czyny w zupełnie innym, nowym świetle i zachęcam każdego, kto szuka dobrego dramatu podejmującego wątki psychologiczne, do obejrzenia tego filmu.





~R.


niedziela, 14 czerwca 2015

Serialowe rozgrywki - Na krawędzi (2012)

Na krawędzi - serial reklamowany jako najbardziej wyczekiwana, najczęściej komentowana, najgłośniejsza polska produkcja sensacyjna. Muszę przyznać, że oglądając pierwsze plakaty, trailery i obserwując całą akcję promocyjną, to spodziewałam się jakiejś ambitniejszej wersji W11, ewentualnie miernej kopii chcącej dorównać fenomenowi Pitbulla albo Gliny. Niestety, ekipa odpowiadająca za promocję Na krawędzi się nie postarała - wyszło tanio, nijako i ogólnie mało zachęcająco. Ale postanowiłam nie skreślać tego tytułu z uwagi na wielkie nazwiska obecne na liście obsadzonych aktorów - Baka, Simlat, Bonaszewski, Sadowski, Fronczewski, Małecki. Pomyślałam, czemu nie, warto spróbować i kierując się słynnym nie oceniaj książki po okładce, włączyłam pierwszy odcinek. 



Po trzech długich dniach udało mi się dobrnąć do ostatniego, trzynastego, odcinka drugiego sezonu. I cofnęłam niemal wszystkie krytyczne uwagi, o których pomyślałam przed seansem. Przyznaję, że byłam pod wrażeniem tego, jak ten serial mnie wciągnął. Pierwszy sezon to historia Marty Sajno - na pozór szczęśliwej i niezależnej kobiety posiadającą imponujący majątek, prowadzącą fundację działającą na rzecz kobiet będących ofiarami przemocy, przede wszystkim na tle seksualnym. Jednak pozory mylą - pani Sajno po kilkunastu latach pobytu w Kanadzie, wraca do Polski, nie tylko po to, aby spełniać się jako filantropka, ale po to, aby na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość czterem mężczyznom, którzy przed laty okrutnie ją skrzywdzili. Fabuła niczego sobie, sposób realizacji jeszcze lepszy, ale wydaje mi się, że gdyby nie świetny dobór obsady, to nie wyglądałoby to tak dobrze. Genialnego charakteru całej serii nadała obecność takich pereł polskiego kina (i polskiej sceny teatralnej również!) jak Mariusz Bonaszewski, Przemysław Sadowski, Mirosław Baka, Łukasz Simlat. Oglądając pierwszy sezon cały czas wydawało mi się, że to aktorzy i solidnie napisany scenariusz budują ten serial, co pomogło ukryć wszelkie niedociągnięcia czy irytujący montaż. Chyba najlepszym przykładem potęgi połączenia dobry scenariusz + dobry aktor jest Przemysław Sadowski wcielający się w rolę policjanta Andrzeja Czyża, lojalnego przyjaciela Tomasza Kamińskiego (Marek Bukowski) i człowieka posiadającego ogromną liczbę "kolegów" w różnych branżach. Pan Sadowski to nie tylko, jak się okazało, rewelacyjny aktor teatralny (Nasza Klasa Słobodzianka, Przylgnięcie w reżyserii Aldony Figury), równie dobrze spisuje się na planie filmowym. Jego postać była zdecydowanie najbardziej wyrazista, nie wiem, czy to za sprawą jego wybitnych umiejętności aktorskich czy to kwestia scenariusza, w sumie nie ma to znaczenia, Sadowski świetnie odegrał rolę cynicznego, złośliwego, lubiącego wypić policjanta cechującego się jednak wielkim szacunkiem do takich wartości jak lojalność czy przyjaźń. Kwestie Andrzeja Czyża, nie dość, że świetnie napisane, to jeszcze doskonale wypowiedziane przez Sadowskiego niezwykle podnoszą wartość serialu jako całości. 


Łukasz Simlat, zdecydowanie jeden z moich ulubionych polskich aktorów. Uwielbiam go niezależnie od tego gdzie zagra i w jakim spektaklu wystąpi. Simlat to człowiek niezwykle charyzmatyczny, przyciągający widza, każda jego rola jest świetna, zapamiętywana i wyrazista, co udowodnił już u Żuławskiego w serialu Krew z krwi czy u Szumowskiej w filmie W imię... To między innymi jego nazwisko w obsadzie Na krawędzi przyciągnęło mnie i zachęciło do obejrzenia. Liczyłam na podobną kreację, co w Krwi z krwi i nie zawiodłam się. Simlat w roli Protasa - bandziora zabijającego ludzi za pieniądze, ale posiadającego pewne swoje zasady, których nigdy nie łamie, na początku pracował dla jednego z oprawców Marty Sajno, później dla drugiego, w końcu zaczął prowadzić własną grę, aby finalnie stanąć po stronie Sajno i pomóc jej w rozwiązaniu sprawy gwałtu na niej sprzed 20 lat. Niejednoznaczna postać, trudno odgadnąć motywy niektórych jego postaw, chociaż cel jego działania jest dobrze znany. Simlat rewelacyjnie spisał się w tej roli, zresztą jak w każdej. Był przekonywujący, profesjonalny, świetnie odegrał rolę brutalnego bandyty z zasadami. 


Bonaszewski i Baka. Dwóch genialnych aktorów, w dwóch różnych rolach. Mariusz Bonaszewski podbił moje serce rolą człowieka od brudnej roboty w serialu Krew z krwi, a ostatnio genialną kreacją księdza Robaka, Jacka Soplicy w spektaklu Pan Tadeusz - wszystkie słowa Teatru Narodowego. W Na krawędzi przyszło mu jednak grać wyrachowanego adwokata (wcześniej prokuratora) - jednego z czterech mężczyzn, którzy tuszowali sprawę gwałtu na Marcie Sajno, człowieka bez skrupułów, prawdopodobnie z dosyć elastyczną moralnością, niewahającego się podjąć najdrastyczniejszych kroków, by chronić swoje interesy. Mirosław Baka, niezapomniany Jacek Łazar w Krótkiego filmu o zabijaniu (1987) Kieślowskiego, tym razem wcielił się w postać adwokata przed laty broniącego Marty Sajno, poznajemy go jednak jako bezrobotnego pijaka przesypiającego całe dnie w swoim mieszkaniu w jednej z warszawskich kamienic. Baka, jak zwykle zresztą, spisał się genialnie jako człowiek, niegdyś przebiegły i chciwy, teraz drżący na myśl o tym, co może odkryć jego dawna klientka - świetnie oddał złożoność swojej postaci, jej niejednoznaczną naturę. 

Bonaszewski w roli mecenasa Niemczyka




Baka jako mecenas (były) Karski

Pozytywne wrażenie wywarł na mnie również znany z podkładania głosu Jacek Kopczyński - tym razem jako niemy osobisty ochroniarz i równocześnie najlepszy przyjaciel Marty Sajno, chociaż nie wypowiedział ani jednego słowa (nie licząc bycia narratorem) to dla mnie był jedną z najciekawszych, najbardziej tajemniczych postaci serialu świetnie zagraną przez Kopczyńskiego. Fajnie spisał się również Jakub Wieczorek w roli policjanta z wydziału terroru i zabójstw - Potockiego, sceny dialogów między nim a Czyżem należały do najlepszych fragmentów całego scenariusza, to również była niezwykle wyrazista, konkretna postać budująca całkiem niezły klimat serialu sensacyjnego. 


Jacek Kopczyński, Cichy
Wieczorek jako Potocki

Mieszane odczucia budzą u mnie odtwórcy dwóch, ponoć głównych ról, Urszula Grabowska i Marek Bukowski. Marta Sajno w zamierzeniu miała być elegancką, chłodną kobietą sukcesu bezwzględnie niszczącą ludzi, którzy ją skrzywdzili. Grabowska wizualnie pasowała idealnie - to piękna, pełna klasy kobieta w średnim wieku, więc do roli pasowała jak ulał. Gorzej było, kiedy otwierała usta, bo w sporej części scen jej aktorstwo pozostawiało wiele do życzenia - było drewniane, sztywne, wyuczone, co niezwykle przeszkadzało w oglądaniu, ale z każdym odcinkiem odczuwało się to, na szczęście, coraz mniej, aktorka zaczęła być przekonywująca i nawet doceniłam to, w jaki sposób odegrała powierzoną jej rolę. Gorzej z Bukowskim, który zupełnie nie poradził sobie z rolą bystrego policjanta z uporem maniaka szukającego czegokolwiek, co mogłoby mu pomóc rozwiązać zagadkowe poczynania Marty Sajno. W każdej scenie wypadał niezwykle sztucznie, nie był ani trochę przekonujący, a w duecie z Sadowskim czy Bonaszewskim był niestety słabszym ogniwem, wypadał blado i nijak - był jedynie rekwizytem, przystojnym i czarującym, ale rekwizytem. 


Grabowska jako Marta Sajno

Bukowski jako Tomasz Kamiński

Pierwszy sezon Na krawędzi był niezwykle pozytywnym zaskoczeniem - szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że będzie to aż tak niezłe. Jak wspomniałam, spodobał mi się pomysł na fabułę, jego realizacja, świetny dobór obsady. Historia Marty Sajno i jej własne, prywatne śledztwo bardzo mnie wciągnęło, ani na chwilę nie oderwałam wzroku od telewizora, nieustannie ciekawiło mnie rozwiązanie zagadki. Irytował niestety montaż, który często przypominał charakterystyczny sposób kręcenia filmów paradokumentalnych i "seriali sensacyjnych TVN" (W11, Detektywi i te sprawy), co często całkiem mnie bawiło (zamiar miał być chyba inny). Dobór muzyki do serialu pozostawię chyba w spokoju - była, czasami nie pasowała, ale nie psuła odbioru serialu, więc nie będę się nad tym rozwodzić. 


Drugi sezon, chociaż zapowiadał się ciekawie - pomysł z międzynarodowym problemem handlu dziećmi, sprzedażą niemowląt przez matki, średnio legalnymi badaniami nad leczeniem wirusa HIV wydawał się całkiem przemyślany - okazał się o wiele gorszy od serii numer jeden. Dodanie postaci inspektor Leny Korcz miał być próbą odświeżenia serialu, nadania mu nowego charakteru mającego przyciągnąć i zaciekawić widzów. Niestety, Kamilla Baar, niewątpliwie piękna i zdolna, irytowała od pierwszej chwili, gdy pojawiła się na ekranie. W zamierzeniu miała być kolejną, obok Marty Sajno (Grabowska) czy Tamary (Hirsch), strong woman serialu - niezależna indywidualistka przełamująca konwenanse, zdolna i bystra policjantka z zawziętością tropiąca złych ludzi. Jednak teoria a to, co miałam okazję zobaczyć na ekranie to dwie różne rzeczy. Baar, jak wspomniałam, to całkiem zdolna aktorka obdarzona przyjemną aparycją, jednak w tej roli się nie sprawdziła. Grała niezwykle irytująco (chyba nie tak miało być), a szkoda, bo jej postać powinna wzbudzać sympatię i zdobyć wielu fanów - może tylko się czepiam, ale jej wizja wykreowania pani Korcz mnie nie porwała, nie przekonała, nie zachwyciła i nawet zaczęło mi brakować zepchniętego na drugi plan Bukowskiego jako Tomasza Kamińskiego. 


Drugiej serii zabrakło niestety w wielu momentach logiki i sensu, nadto aż było sentymentalnych i ckliwych scen, które zniszczyły i tak niedopracowaną atmosferę serialu. Sezon obfitował w sceny zupełnie niepotrzebne, często mało logiczne, które zamiast przybliżać do rozwiązania zagadki, tylko oddalały od tego bohaterów. Chociaż silna ekipa pierwszego sezonu (Sadowski, Hirsch, Grabowska, Wieczorek, Simlat) nadal trzymała poziom, a nowe twarze serialu (Małecki, Dedek, Wardejn, Juras) spisywały się równie świetnie, to czegoś tutaj zabrakło. Ewidentnie coś nie zagrało - odcinki zaczęły się dłużyć, stały się nudnawe, postać Leny Korcz nie pomagała. Na szczęście z odsieczą ruszyli wymienieni przeze mnie aktorzy, zwłaszcza Małecki i Wadrejn. Grzegorz Małecki w roli Krzysztofa Kędzierskiego - mężczyzny, który nie bez powodu stanął na drodze Tamary Madejskiej (Maja Hirsch) wypadł naprawdę nieźle, w każdym odcinku jego postać wyczyniała skrajnie odmienne rzeczy, które nie pozwalały jednoznacznie ocenić tej postaci. Zdzisław Wardejn, rzadko pojawiający się w pierwszym sezonie, nadrabiający to w drugim, w roli pułkownika Kani, cynizmem, chamstwem i złośliwością dorównywał Sadowskiemu wcielającemu się w postać Andrzeja Czyża, dzięki czemu stał się jedną z moich ulubionych postaci. 

Małecki w roli Krzysztofa Kędzierskiego


Wardejn jako pułkownik Kania

Cóż, mimo tego, iż jestem pod ogromnym wrażeniem tego, z jaką wyrazistością stworzono postaci serialu Na krawędzi, jak fenomenalnie poradzili sobie aktorzy, jak ciekawie wymyślono intrygi, z którymi musieli poradzić sobie bohaterowie. Wszystko pięknie i wspaniale, ale jest jednak coś w tym serialu takiego, co nie pozwala mi go oceniać wysoko, brać zupełnie na poważnie. Nie do końca potrafię powiedzieć, co to takiego, ale czegoś ewidentnie mi w nim brakuje. Chyba brakowało mi tej świetnej atmosfery, z jaką miałam do czynienia przy okazji Pitbulla, Gliny czy Krwi z krwi. Twórcom nie udało się do końca zbudować klimatu, jaki powinien charakteryzować dobry serial sensacyjny - czasami było za mdło, zbyt ckliwie, czasami aż zbyt dosadnie. Momentami czułam, jakbym oglądała Fakty albo wspomniane już W11- wydział śledczy, a chyba tak nie powinno być. Niemniej jednak, serial wciąga i wywiera dosyć pozytywne wrażenie, w skali 1-10, oceniłabym go na mocne 6, bo miał niezwykły potencjał, aby stać się świetnym, solidnie zrobionym serialem kryminalnym i chociaż wiele mu brakuje do klasyków polskich produkcji kryminalno-sensacyjnych, to naprawdę Na krawędzi trzyma poziom i warto go obejrzeć, przynajmniej pierwszy sezon, chociażby dla doskonałego aktorstwa.



~R.



środa, 10 czerwca 2015

Prosto z fabryki snów, czyli o filmie - Hua Mulan (2009)

Chińskie kino. Ciężko je oceniać. Jest niczym Bollywood - rocznie w Chinach powstaje więcej filmów w zasadzie niczym się od siebie nieróżniących, ile w całej Europie razem wziętej. Chińskie kino dzieli się na dwie grupy - filmy powstałe w sumie nie wiadomo po co i dlaczego oraz filmy, które faktycznie robią wrażenie, które są perełkami azjatyckiej sztuki filmowej, skądinąd bogatej w dobre, solidnie zrobione filmy tłamszone niestety przez wychodzące z tej samej taśmy produkcyjnej historie opowiadające o losach Hindusów na zasadzie bogaty on i biedna ona (lub odwrotnie) albo przepełnione efektami specjalnymi filmy quaziwojenne produkowane na potęgę właśnie w Chinach. Muszę jednak przyznać, że nie jestem do końca obiektywna, zważając na moje ogromne uwielbienie wszystkiego, co związane z Chinami - to jeden z tych krajów, których kultura mnie zachwyca i nieustannie zaskakuje. Poczynając od Wielkiego Muru Chińskiego kończąc na legendzie o Hua Mulan - chińska architektura, sztuka i literatura należą do najciekawszych i najbogatszych w historii światowych cywilizacji. I to właśnie słynna już opowieść o kobiecie, która w przebraniu mężczyzny wstąpiła do chińskiego wojska stała się inspiracją najpierw dla ekipy disneyowskiej, później dla samych Chińczyków do stworzenia filmu animowanego i dramatu wojennego poświęconego najsłynniejszej kobiecie chińskiej kultury, symbolowi nabożności synowskiej - Hua Mulan. Film pochodzący z 2009 roku należy do moich ulubionych produkcji z rodzaju tych wojennych, przygodowych i tym podobnych. 




Muszę przyznać, że historia Hua Mulan opowiedziana przez Disneya jest tą, którą kocham i uwielbiam, wychowałam się na tej bajce. Smok Mushu, świerszcz przynoszący szczęście, piękne piosenki, Jerry Goldsmith w świetnej kondycji, piękne love story z klasycznym happy endem. Całe moje dzieciństwo to disneyowska Mulan. Ale to bajka, legenda musiała zostać lekko podrasowana i dostosowana do tego, co produkuje wytwórnia Walta Disneya, musiała przecież trafiać do najmłodszych i ich przyciągać. Stąd elementy komiczne, smoki, rozśpiewana armia Chińczyków. Prawdziwa legenda i realia w jakiej powstała są jednak o wiele mniej wesołe i przyjemne. Hua Mulan według opowieści miała być dziewczyną, która by ratować schorowanego ojca, wstępuje do wojska jako mężczyzna i przez jakieś dwanaście lat służy w wojsku walcząc z wrogiem, konkretniej z Xiongnu  (koczowniczym, azjatyckim plemieniem) w okresie rozbicia północnych Chin. Oczywiście swój udział w produkcji mieli Amerykanie, co więcej każdy dramat wojenny ma w sobie jakiś wątek miłosny, dlatego i w tym przypadku nie było inaczej - w filmie pojawia się dramatyczna historia miłosna z Mulan i (nieobecnym w legendzie) księciem Wentai, w zasadzie, to ten wątek stanowi trzon całej opowieści, ale o tym za chwilę. 


Po kolei. Twórcy filmu z 2009 roku postanowili uraczyć nas historią Hua Mulan stworzoną w jej ojczyźnie. Otrzymujemy zatem opowieść o pięknej dziewczynie, która pewnego dnia staje przed trudnym wyborem: miłością do ojca czy posłuszeństwem wobec niego. Mulan wybiera mało rozsądnie, stawia emocje na pierwszy miejscu i w męskim przebraniu wymyka się z domu i wstępuje do wojska, aby uchronić przed tym swojego ukochanego ojca. W wojsku spotyka swojego przyjaciela z wioski, poznaje jednego z dowódców, jak się później okazało księcia, Wentai. Szybko pnie się po szczeblach wojskowej kariery, za każdym razem udowadniając swoje umiejętności dowódcze i nie tylko. Dzielnie walczy nie tylko z wrogimi plemionami, ale również ze swoimi uczuciami, co okazuje się zadaniem o wiele trudniejszym niż walka na polu bitwy. 


Całość filmu przypomina całkiem bardzo to, co widzimy w amerykańskim produkcjach zaliczanych do gatunku "wojenny". Wszystko tam jest brudne, zakurzone i we krwi. Bohaterowi próbują poradzić sobie z dramatem, jakim jest wojna, starają się myśleć, że to się niedługo skończy i wszyscy zaczną normalnie żyć. Co więcej, jeśli mówimy o scenach batalistycznych, to moim zdaniem, wypadają one równie dobrze, a nawet lepiej (bo Chińczycy w mniejszym stopniu wspomagają się techniką komputerową) jak w przypadku filmów amerykańskich. Sceny bitew zostały nagrane z ogromnym rozmachem i dbałością o szczegóły. Poczynając od umundurowania żołnierzy po realizm, z jakim zostało wszystko napisane i nakręcone. Nie zobaczymy tutaj tego, czego moglibyśmy się spodziewać - buntów wobec zajmowanej pozycji, dramatycznego ujawnienia tożsamości Mulan, szczerych wyznań i pocałunków w środku bitwy. Wszystko zostało dostosowane do obowiązujących w tamtych czasach realiów - Mulan (jeszcze jako kobieta w wiosce) nie dyskutuje z żadnym mężczyzną, jest posłuszna i pokorna, jej relacja z Wentai to nie żadne amerykańskie, patetyczne wyznania i dramatyczne pocałunki - to relacja oparta na wzajemnym szacunku, bez zbędnych słów i niepotrzebnych gestów - największy atut filmu. 



Hua Mulan to nie tylko solidnie zrobiony film opowiadający piękną historię. Zaraz po świetnie napisanym scenariuszu uwagę przykuwa muzyka - jedna z najpiękniejszych ścieżek dźwiękowych, jakie kiedykolwiek miałam przyjemność poznać. Aż trudno uwierzyć, że Hua Mulan była pierwszym filmem, do którego komponował twórca, o którym niestety nic nie wiem i pewnie się nie dowiem, bo dokopać się do czegokolwiek jest niezwykle trudno, ale najlepszą jego wizytówką jest to, co stworzył - dramatyczna, wzruszająca, przepełniona emocjami, rozdzierająca serce w kulminacyjnych momentach.




Co jeszcze zasługuje na uwagę w Hua Mulan? Aktorzy. Wei Zhao, śliczna i utalentowana aktorka oraz piosenkarka, w tytułowej roli spisała się rewelacyjnie. Zarzuca się czasami, że wybór aktorki był niewłaściwy - bo na pierwszy rzut oka widać, że to kobieta, bo za wysoki głos, bo za łagodne rysy twarzy. Pozwolę sobie się z tym nie zgodzić. Wei Zhao jako Mulan była niezwykle przekonywująca i chociaż momentami widać było, jak bardzo kobiecą ma urodę, to jednak będę stała za nią murem. Idealnie oddała emocje, które targały Mulan - kobiety nieprzygotowanej na to, co sama na siebie ściągnęła, kobiety walczącej między miłością a obowiązkiem, kobiety, która przez lata żyła w strachu o to, czy jej sekret nie wyjdzie na jaw. Well done. Uważam, że Wei Zhao, zaraz obok odtwórcy roli Wentai, była perłą tego filmu.


Kun Chen, bardzo popularny w swojej ojczyźnie aktor, wcielił się w filmie w rolę księcia Wentai - jedną z dwóch osób znających sekret Mulan, człowieka, który wielokrotnie uratował jej życie i który ją szczerze pokochał. Pomijając już kwestię niezwykłej urody tego człowieka, muszę przyznać, że to jedna z lepszych ról męskich w kinie w ogóle, jakie widziałam. Zakochany mężczyzna niemogący o sobie decydować, walczący między świadomością, tego co powinien robić a tym, co czuje i czego pragnie. Postać Wentai była postacią niezwykle ciekawą, i choć nieobecny w legendzie, nadał jej dodatkowego, nowego, istotnego wydźwięku. 


Nie wstydzę się napisać, że Hua Mulan to film, który zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Idealnie trafił w mój sposób postrzegania świata i tego, co oczekuję od oglądanego filmu. Włączając ten film kilka lat temu nie spodziewałam się, że zostanę uraczona piękną, subtelną historią miłosną w okrucieństwami i całą brutalnością wojny w tle. Nie spodziewałam się, że film wywrze na mnie aż takie wrażenie. Rewelacyjnie napisany scenariusz, dbałość o szczegóły i oddanie realizmu, zgrabne aktorstwo, wyjątkowa i niepowtarzalna muzyka. To te elementy sprawiły, że film jest niezwykły, zaskakujący i polecam go wszystkim, którzy chcieliby zobaczyć coś naprawdę unikatowego w skali światowego kina. 


Hua Mulan to film, który świetnie przeniósł na ekran jedną z najsłynniejszych legend w historii. Nie ma w nim nic tandetnego, kiczowatego, żenującego. To solidnie zrobiony film opowiadający w możliwie najwspanialszy sposób znaną od lat historię nadając jej nowego charakteru. A morał jest taki, że nie ocenia się książki po okładce - film wojenny wyprodukowany w Chinach wcale nie musi być gorszy od kultowych tytułów powstałych w Ameryce czy Europie. 



~R.



Muzyczny przegląd - to warto znać!

1. Austra, Lose it, z albumu Free it break (2011)




2. Ed Sheeran, I see fire, z albumu X (2014)




3. Bat for Lashes, Oh yeah, z albumu The Haunted Man (2012)




4. Sia, Chandelier, z albumu 1000 Forms of Fear (2014)




5. Dead Can Dance, The host of Seraphim, z albumu The Serpent's Egg (1987)




6. Jessie Ware, Wildest moments, z albumu Devotion (2012)




7. Arctic Monkeys, R U Mine?, z albumu AM (2013)




8. Florence and the machine, Breath of life, z albumu, z albumu Ceremonials (2011)




9. Aaron Tveit, Goodbye, ze spektaklu Catch me if you can (Broadway)




10. Nick Cave & The Bad Seeds, There she goes, my beautiful world, z albumu Abattoir Blues/The Lyre of orpheus (2004)





~R.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Nowe oblicze Hannibala Lectera - czy Madsowi Mikkelsenowi udało się przebić fenomen Hopkinsa? cz.1

Kiedy ogłoszono rozpoczęcie zdjęć do serialu o słynnym już dr Hannibalu Lecterze, wydawać by się mogło, że nowej ekipie próbującej nadać kultowej historii nowego charakteru, opowiedzieć ją w inny, świeży sposób, nie uda się zjednać sobie fanów najsławniejszego kanibala w historii kultury, którego przed laty rewelacyjnie zagrał Anthony Hopkins. Cóż, nie powiem, kiedy ja się dowiedziałam, że ponownie ktoś bierze się za kręcenie czegokolwiek o Hannibalu, byłam nastawiona dosyć niechętnie, jako że jestem wielką wielbicielką filmu Milczenie owiec (1991) i kreacji Hopkinsa. Dlatego też moje oczekiwania względem nowej produkcji, tym razem serialu, były dosyć wysokie, by nie powiedzieć ogromne. Gdy zobaczyłam w obsadzie nazwisko Mikkelsen, muszę przyznać, że byłam całkiem zadowolona. Jego rola w Polowaniu (2012) była niezwykłym popisem umiejętności i kunsztu aktorskiego, dlatego pomyślałam sobie, że nie może być źle, skoro tak dobrze dobrali aktora do roli Lectera. Nazwisko Dancy obsadzonego w roli Willa Grahama jeszcze bardziej mnie uspokoiło. No i potem nastał dzień premiery pierwszego sezonu...





Hm, po obejrzeniu pierwszego odcinka byłam pod niezwykłym wrażeniem. Pomyślałam, że to będzie dobre, że to ma szanse dorównać fenomenowi Milczenia Owiec i Czerwonego Smoka. Jedynym powodem, który ukształtował mój tok myślenia, był fakt, że serial diametralnie różni się od serii filmowej. Hannibal nabrał zupełnie innego, nowego charakteru. Scenarzyści i Mikkelsen przedstawili nam dr Lectera jako pełnego elegancji i szarmancji, obdarzonego nienagannymi manierami kanibala, dla którego sam proces przygotowywania jedzenia jest dziełem sztuki. Ucieszył mnie fakt, iż twórcy postanowili tworzyć nie kolejną ekranizację wierną powieści/filmowi, ale stworzyć coś opartego na motywach obu tekstów kultury. Scenarzyści posklejali zatem wiele wątków obecnych w pierwowzorze, dostosowali je do swojej fabuły w sposób niezwykle ryzykowny i oryginalny. Otrzymaliśmy zatem coś zupełnie nowego, a jednak wciąż krążącego wokół sylwetki Hannibala Lectera. I to jest niewątpliwie plus całej tej produkcji. Oryginalność. Kreatywność. Nowatorstwo. Dzięki temu zobaczyliśmy historię naszego kanibala w zupełnie nowym wydaniu, przedstawioną z innej perspektywy, skupiającą się na zupełnie innych kwestiach niż seria Hopkinsa. 



Niedawno rozpoczął się trzeci sezon kontynuujący historię Hannibala Lectera, dlatego teraz poświęcę kilka chwil na ogólną opinię na temat całokształtu, tego, jak serial prezentuje się w całości. A prezentuje się całkiem nieźle. Dawno już nie widziałam produkcji, w której tak wielką wagę przywiązuje się do strony wizualnej tego, co widzimy na ekranie, o co zadbali twórcy Hannibala. Serial to nie tylko dobrze napisany scenariusz, świetna gra aktorska, magnetyczna muzyka, ale również fenomenalne zdjęcia i montaż. Oglądając Hannibala, podziwiamy to, z jaką finezją i perfekcją zadbano o to, co oglądamy. Sceny przygotowywania posiłków przez Hannibala to istne dzieła sztuki filmowej - piękne zbliżenia, zgrabne slow motion, współgrająca z całością muzyka - każdy kadr mógłby spokojnie być pięknym zdjęciem. Wnętrza pomieszczeń, zwłaszcza w domu Hannibala - jego gabinet, biblioteka, kuchnia i jadalnia wyglądają niezwykle elegancko, dostojnie i świetnie oddają atmosferę tego, co dzieje się między bohaterami. Wszystko w Hannibalu prezentuje się niezwykle elegancko i finezyjnie - nawet krwawe sceny zbrodni są dopracowane w stu procentach, oryginalne (o ile tak można w ogóle określić miejsce zbrodni). Dwa pierwsze sezony, dzięki takim zabiegom niezwykle zyskiwały na wartości, były prawdziwą przyjemnością dla koneserów "dobrze zrobionych" filmów. Niestety, co za dużo, to niezdrowo. Pierwszy odcinek trzeciego sezonu (w zamierzeniu pierwsze odcinki nowych serii mają zachęcać) sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, czy oglądam wciąż ten sam serial. Epizod był niezwykle nudny, przewidywalny, straasznie się ciągnęło to wszystko, a to za sprawą nadmiernego nagromadzenia scen wizualnie pięknych, a w praktyce mających minimalne znaczenie. Pierwszy odcinek minął nam na skądinąd ciekawych, intrygujących dialogach między Hannibalem a Bedelią (rewelacyjna Gillian Anderson) i scenach przedstawiających kapiącą krew, kapiącą wodę, kapiące inne ciecze, generalnie wszystko było powolne, lekko melancholijne, przepełnione nachalnymi slow motions - szczerze mówiąc, oprócz pięknych widoków Paryża i Florencji oraz rozmów pary psychiatrów nie pamiętam kompletnie nic, co mogłoby mnie zachęcić do dalszego oglądania, niemniej jednak z niecierpliwością czekam na pojawienie się wątku Grahama, któremu kibicuję, o czym za chwilę. 



Pomijając spektakularną klęskę początku trzeciego sezonu, muszę powiedzieć, że Hannibal wciąga, niezależnie od wpadek scenarzystów. Od pierwszego odcinka pierwszego sezonu byłam oczarowana i zafascynowana tym, co widziałam na ekranie. Znane mi są opinie, że serial prezentuje raczej średni poziom, bo odwołania do psychologii są raczej nieudane, symbolika nachalna i zbyt oczywista, dialogi ociekające pseudointelektualizmem, brutalność nadmierna. Po części się zgadzam z tymi opiniami, to znaczy w tej części dotyczącej przemocy - jej obecność w stosunku do odgrywanej roli jest niestety nieproporcjonalna, a oglądanie sztuki mordowania w nadmiernych ilościach przestało mi sprawiać przyjemność, ale widać taki był cel scenarzystów, co do reszty - generalnie się nie zgadzam, owszem pewne elementy (motyw jelenia chociażby czy ilość wizji Grahama) bywają męczące, dialogi są czasami zbyt przepełnione niepotrzebnym patosem i elementami dotyczącymi ludzkiej psychiki (słowem za dużo pustego gadania), ale moim zdaniem nie w takiej mierze, aby zaniżać ocenę serialu czy utrudniać oglądanie. Osobiście uwielbiam rozmowy między Lecterem a Grahamem czy Lecterem a Bedelią, są zawsze fascynująco intrygujące, przykuwają uwagę, relacje budowane z odcinka na odcinek to fantastyczny zabieg - stopniowe dowiadywanie się o sobie nawzajem, popadanie w obłęd, próba radzenia sobie z sytuacją, a to wszystko w towarzystwie genialniej stworzonej strony wizualnej. 



Przejdę teraz do mojego ulubionego momentu - oceny gry aktorskiej i zacznę od najważniejszych postaci całego serialu - Hannibala Lectera i Williama Grahama. Jak już wspomniałam, Mads Mikkelsen stworzył postać dr Lectera na nowo. Czy był to dobry pomysł? Niewątpliwie. Czy nasza duńska gwiazda sobie z tym poradziła? Moim zdaniem nie do końca. Nie będę tutaj porównywać go do Hopkinsa - to nie jest argument, rola Hopkinsa nie jest wzorem według którego ocenia się innych, którym przyszło zmierzyć się z tą postacią. Powiem tylko tyle, że Mads fenomenu Hopkinsa nie przebił, nawet mu nie dorównał. Chociaż niewątpliwie Hannibal Lecter to najważniejsza postać serialu, a Mikkelsenowi talentu nie mogę odmówić, to w jego kreacji jest coś niezwykle irytującego i coś, co sprawia, że Hannibal w jego wydaniu jest raczej przeciętny. Mads niestety ma bardzo ograniczoną mimikę twarzy (albo to jego sposób grania, nie wiem, nie wnikam), co w przypadku tak ciekawej postaci jest czynnikiem dosyć mało pozytywnym. Irytuje mnie ta niezmienna twarz Mikkelsena, pozbawiona emocji, pozbawiona ekspresji. Jakiekolwiek wyznanie padające z ust kanibala w wydaniu Madsa staje się sztuczne, teatralne i nijakie. Wiem, że w tym serialu Hannibal to postać niewzruszonego stoika, chłodnego eleganta, ale to nie oznacza, że przez całe dwa sezony Mads ma nas raczyć serią 3-4 min. Kino zna postaci równie chłodne i zdystansowane, które jednak umiały inaczej to pokazać, niż prezentować wypraną z emocji twarz (jak chociażby Marlon Brando). Nie wiem, nie przekonuje mnie to, co prezentuje na ekranie Mads Mikkelsen - było kilka scen, które robiły wrażenie (zwłaszcza finał drugiego sezonu), ale wydaje mi się, że to trochę za mało, by uznać rolę Mikkelsena za wybitną (o wiele lepiej z postacią o podobnym usposobieniu poradziła sobie Anderson, o której powiem potem)


Will Graham - wybitny profiler zabójców pracujący dla FBI, pacjent (i zapewne obiekt westchnień) Hannibala Lectera, człowiek przytłoczony swoimi umiejętnościami, w tej roli Brytyjczyk, Hugh Dancy. To zabawne, bo właśnie jemu zarzuca się brak emocji, wiecznie zmęczoną twarz na ekranie, to ponoć jego postać irytuje. Hm, mam nieco inne zdanie na ten temat, bo w przeciwieństwie do Madsa Hugh przynajmniej nie jest przez cały czas denerwująco taki sam. Może to po prostu kwestia tego, jak różne są te postaci. Cóż, miałam nie porównywać do Milczenia owiec, ale zrobię to (ostatni już raz). Duet Hopkins - Foster, czyli Hannibal - Clarice był niezwykle magnetyczny, intrygujący, przykuwający uwagę, oboje byli niejednowymiarowi, w każdej scenie prezentowali co innego, Hopkins jako Hannibal był postacią złożoną, a w wydaniu Madsa nie widzę nic fascynującego, ciągle to samo, ciągle te same spojrzenia, ten sam ton głosu, te same gesty. Ale stop. Teraz o Willu i kreacji Dancy'ego. Cóż, nie zgadzam się z żadnym zarzutem kierowanym w stronę tej postaci/aktora. Moim zdaniem , Dancy idealnie poradził sobie z postacią człowieka, którym stale targają sprzeczne emocje, który nie radzi sobie z tym, co robi, jak pracuje, jak żyje. Will Graham w jego wydaniu był postacią o wiele ciekawszą, niż ta książkowa czy nawet filmowa (chociaż Norton odegrał to genialnie). Jego wizje, choć czasami męczące, były zagrane bardzo przekonująco, to on dźwigał ciężar oddania emocji podczas rozmów z Hannibalem - dzięki niemu były one tajemnicze i intrygujące. To sceny z nim należą do moich ulubionych (i jego aparycja wcale nie odgrywa tu żadnej roli!). This is my design w jego ustach to zdecydowanie najlepsza kwestia pojawiająca się w Hannibalu. W żadnym wypadku nie uważam Willa za postać męczącą i irytującą, a Hugh za aktora, który nie podołał zadaniu, wręcz przeciwnie, uważam, że udało mu się w pełni oddać złożoność swojej postaci. 




Wszystko, co dotyczy reszty postaci i aktorów wcielających się w ich role w kolejnym poście, natomiast teraz przejdę do tego, co urzeka mnie szczególnie w Hannibalu. Przejdę do relacji Will - Hannibal. Mimo mojego częściowego rozczarowania Madsem (jak wspominałam, miał dobre momenty, które mroziły krew w żyłach i przerażały ze względu na stoicki spokój i dystans dr Lectera) nie mogę zaprzeczyć, że to, co zbudował razem z odtwórcą roli Willa jest absolutnie niezwykłe. Nadal twierdzę, że to głównie zasługa Dancy'ego, ale przyznaję, że oglądanie rozmów Hannibala z Willem, obserwowanie ciągłego zacieśnienia się dziwnej więzi między nimi, to sama przyjemność. Napięcie wyczuwane podczas tych scen, wzajemna fascynacja, dystans i chłód, sprytne dogryzanie sobie nawzajem, te spojrzenia, te gesty. To wszystko ma w sobie coś niezwykle magnetycznego, momentami związanego z seksualnością, intrygującego, a finał tej relacji w drugim sezonie szokuje, zaskakuje, daje do myślenia. To atut. 



Tyle na dzisiaj, dalszy ciąg recenzji/wrażeń/przemyśleń dotyczących Hannibala niebawem (w planach dalsza ocena wybitnej gry aktorskiej i odniesienia do części zarzutów dotyczących scenariusza). Póki co, polecam serial wszystkim lubiącym artystycznie zrobione filmy, kryminalne zagadki, psychologię, książkowego Hannibala i wciągające dialogi. 





~R.

 

niedziela, 7 czerwca 2015

Malarstwo jest milczącą poezją* - Jan Vermeer


Kiedy ktokolwiek zapyta mnie o ulubionego malarza, nie jestem w stanie podać jednego tylko nazwiska, moje myśli krążą wokół dziesiątek sylwetek wielkich twórców z różnych epok, z różnych środowisk, dlatego najczęściej wymieniam kilku, a na pierwszy miejscu zawsze stoi Jan Vermeer, którego biografię i twórczość postanowiłam dzisiaj nieco przybliżyć. 

Przypuszczalny autoportret malarza,
fragment obrazu u Stręczycielki

Jan Vermeer (1632- 1675) urodził się i zmarł w Delft, w Holandii, był XVII-wiecznym holenderskim malarzem tworzącym w epoce baroku. Pozostawił po sobie ok. 30 obrazów (szacuje się, że malował 2-3 płótna rocznie). Vermeer pochodził w rodziny mieszczańskiej, nie posiadamy zbyt wiele informacji o jego edukacji - wiadomo jedynie, że w wieku 20 lat (w 1653 roku) wstąpił do gildii św. Łukasza skupiającej między innymi malarzy, a jak wiemy, aby wstąpić do tego rodzaju instytucji, musiał przez okres 6 lat terminować u innego ze znanych malarzy (przypuszcza się, że był to Leonaert Bramer lub Carel Fabritius - uczeń innego wybitnego malarza, Rembrandta). W tym samym roku, Vermeer poślubił również Catharinę Bolnes, co nie obyło się bez sprzeciwów ze strony matki dziewczyny, jednakże dzięki wstawiennictwu wspomnianego już Bramera, małżeństwo doszło do skutku. Mówi się, że opór Marii Thins, matki Cathariny, wywołały względy finansowe (Vermeemowie byli zadłużeni w przeciwieństwie do dobrze sytuowanej rodziny wybranki Jana), a także religia - Jan Vermeer był prawdopodobnie kalwinem, jego żona katoliczką (niewykluczone, że w związku z zawieranym małżeństwem Vermeer zmienił wyznanie). Z tego okresu właśnie pochodzą dwa najwcześniejsze, znane dzisiaj obrazy: Chrystus w domu Marii i Marty oraz Toaleta Diany. Vermeer miał dosyć liczną rodzinę - mówi się, że miał jedenaścioro (nawet może piętnaścioro) potomstwa, z których kilkoro zmarło we wczesnym dzieciństwie. Trudnił się nie tylko malarstwem, ale niewykluczone, iż prowadził oberżę ojca, a także wiadomo, że był handlarzem dzieł sztuki i ich rzeczoznawcą (w 1672 roku, wraz z grupą innych malarzy, dokonał ekspertyzy dzieł przypisywanych Michałowi Aniołowi, Tycjanowi i Rafaelowi). Vermeer prawdopodobnie nie tworzył dzieł na wolny rynek, ale dla konkretnych odbiorców, jednym z jego mecenasów był Jacob Dissius, który w 1682 roku posiadał aż 19 obrazów tego malarza. W późniejszym okresie życia, rodzina Vermeera popadła w długi - ich sytuacja finansowa była coraz gorsza, co odbiło się na zdrowiu i twórczości, która stała się mało naturalna i sztywna (Dama stojąca przy szpinecie), od 1672 roku (wybuch wojny francusko-holenderskiej) nie sprzedał żadnego płótna. 

Vermeer jest znany głównie jako malarz scen rodzajowych, chociaż w jego dorobku artystycznym znajdziemy dwa obrazy historyczne, dwie alegorie oraz widoki miasta również w liczbie dwóch. Sceny jego dzieł są najczęściej przedstawiane w mieszczańskich wnętrzach (najprawdopodobniej wzorowanych na wnętrzach jego własnego domu), często tych samych. Malował najczęściej kobiety, zwykle znajdujące się w pobliżu okien będących źródłem światła (Kobieta z naszyjnikiem pereł, 1662-1665). Charakterystyczne dla malarstwa Vermeera jest to, iż wykorzystywał często te same przedmioty, na przykład biała karafka pojawia się na obrazach Lekcja muzyki, Dziewczyna z kieliszkiem wina, Śpiąca dziewczyna

Powiedzenie czegokolwiek na temat techniki malarskiej, jaką posługiwał się Vermeer nie jest łatwym zadaniem. Wiadomo, że młodzi twórcy tajniki malarskiego fachu przejmowali zazwyczaj od swoich mistrzów. Co więcej, malarze za każdym razem musieli postępować według ściśle określonych reguł, co dotyczyło chociażby przygotowywania pigmentów, co wymagało wiedzy i czasu. Paleta, jaką posługiwał się Vermeer nie była imponująca - w jego dziełach znaleziono w sumie tylko 20 różnych pigmentów, od innych malarzy odróżniało go niezwykłe zamiłowanie do błękitu uzyskiwanego z kosztownego lapis-lazuli (powszechnie używany był azuryt). Vermeer używał farb olejnych i malował na płótnach, z wyjątkiem dwóch dzieł namalowanych na desce (Dziewczyna w czerwonym kapeluszu, Dziewczyna z fletem - tutaj autorstwo niepewne). 

Chociaż osoba Vermeera uległa po jego śmierci lekkiemu zapomnieniu, liczba nawiązań do jego nazwiska i twórczości jest imponująca. Jego postać jest wielokrotnie przywoływana w W poszukiwaniu straconego czasu Prousta, co więcej, jeden z bohaterów tekstu umiera przed obrazem Widok Delft. Vermeerem zachwycali się impresjoniści (Renoir), Salvador Dali uznał go za najgenialniejszego artystę w historii świata. Amerykańską pisarkę Tracy Chevalier tak bardzo zafascynował obraz Dziewczyna z perłą, że stworzyła historię tego, w jakich okolicznościach mogło powstać to dzieło (powieść doczekała się ekranizacji w 2003 roku, Scarlett Johansson jako tytułowa dziewczyna z perłą, Colin Firth w roli malarza, recenzja niebawem). Susanna Kaysen swoją książkę (na podstawie której powstał znakomity film z Winoną Ryder i Angeliną Jolie) obdarzyła tytułem jednego z obrazów Vermeera pt. Przerwana lekcja muzyki. 

Przerwana lekcja muzyki, datowana na 1658-1661, obecnie w Nowym Jorku

Widok Delft, obraz datowany na 1658-1661, obecnie znajdujące się w Hadze,
płótno sygnowane, jedno z dwóch przedstawień miasta w twórczości Vermeera,
obraz miał kilku właścicieli, opis ze sprzedaży z 1822: Sposób malowania jest śmiały,
mocny i mistrzowski, 
jak tylko można by sobie wyobrazić, wszystko prześwietlone jest 
w piękny sposób 
blaskiem słońca, tonacja powietrza i wody, powierzchnia murów i widoki
tworzą 
znamienitą całość; jest to obraz absolutnie jedyny w swoim rodzaju. 

Dziewczyna z perłą, datowana na ok. 1664,
nazywana Mona Listą Północy/Holenderską Mona Lisą

Moja przygoda z Vermeerem wbrew pozorom nie zaczęła się od zobaczenia obrazu Dziewczyna z perłą, z którego to ten holenderski twórca jest najbardziej znany. Pierwszym jego dziełem, jakie poznałam i które mnie zafascynowała było płótno pod tytułem Dziewczyna czytająca list, datowane na 1657-1659, obecnie znajdujące się w Dreźnie. 


Zafascynował mnie wtedy sposób przedstawienia postaci - widzimy ją profilem, ale w szybie otwartego okna, przy którym stoi, malarz przedstawił delikatne odbicie twarzy dziewczyny. Szybko zaczęłam czytać więcej o tym dziele - o jego symbolice, technice wykonania. Vermeer dał się tutaj poznać jako mistrz operowania światłem i cieniem, dyskretnie także umieścił na płótnie symbole mające ułatwić odczytanie wymowy obrazu. Mamy zatem widoczne ułożone na stole owoce, odwołujące się do grzechu pierwszej kobiety - Ewy. Co więcej, badania rentgenowskie, wykazały, że pierwotnie malarz umieścił na ścianie obecny w jego twórczości obraz z kupidynem, który później ostatecznie zamalował. Otwarte okno, przy którym stoi dziewczyna, jest ponoć symbolem jej pragnienia kontaktu ze światem zewnętrznym, od którego, zgodnie z wymogami epoki, jest w swoisty sposób odizolowana. Muszę przyznać, że zarówno sam obraz, jak i lektura tekstu dotyczącego jego historii mocno podziałały na moją wyobraźnię i zaczęłam patrzeć na niego w taki sposób, w jaki zrobili to badacze twórczości Vermeera - list, który czyta postać na obrazie to list miłosny będący zarazem wstępem do złamania przysięgi małżeńskiej. Spokojnie mogę powiedzieć, że jest to jeden z moich ulubionych obrazów holenderskiego twórcy, bo pozostawia wiele dla wyobraźni, naprowadza na właściwy tok rozumowania obecnością ciekawych symboli, a malarsko cechuje go niezwykła precyzja i kunszt. Co prawda, nie jestem pewna, czy każdy obraz sprawia, że w mojej głowie rodzi się konkretna historia (jak w przypadku autorski własnej wersji wydarzeń dotyczącej okoliczności powstania obrazu Dziewczyna z perłą), ale za każdym razem, kiedy widzę jakikolwiek obraz Vermeera, przed oczyma duszy mojej staje mi jakaś opowieść, coś, co mogło zainspirować go do tworzenia. Moim zdaniem, Vermeer jako malarz scen rodzajowych, zasługuje na miano mistrza w tej dziedzinie. Ilość obrazów przedstawiających konkretną, wykonywaną w danym momencie czynność jest imponująca. Vermeer miał niewątpliwie talent do tworzenia tego rodzaju obrazów - udawało mu się jakby zatrzymać czas na swoim obrazie, ukazać ten jeden moment, który go zainteresował. Jego postaci zawsze mają za sobą jakąś przeszłość, przedstawiają jakąś historię, na ich twarzach zawsze można dostrzec emocje. Ponadto, jestem wielką wielbicielką tego, w jaki sposób Vermeer malował wnętrza, co doskonale widać na powyższym obrazie. Dbałość o szczegóły, realizm, doskonałe operowanie światłocieniem robią wrażenie. Niewiele mogę powiedzieć o tym, dlaczego lubię sposób, w jaki tworzył Vermeer, nie mam wystarczającej wiedzy na ten temat, ale w jego obrazach, w sposobie, w jaki tworzył jest coś, co mnie osobiście przyciąga, zawsze znajdzie się na obrazie jakiś detal, jakiś kolor, coś, co przykuje moją uwagę - cenię to, że technika Vermeera jest tak charakterystyczna, że widząc jakiś jego obraz można bez wahania stwierdzić, że to niemal na pewno jego dzieło. 

Poniżej przedstawiam kilka wybranych, moich ulubionych dzieł Vermeera:

Astronom, ok. 1668, obecnie w Luwrze, obraz zachwyca mnie dynamiką, widać, że coś się na nim dzieje, postać dotyka globusu, wygląda jakby się podnosił z krzesła. Po raz kolejny Vermeer udowodnił, że jest precyzyjnym, dokładnym malarzem, który nie idzie na łatwiznę - bogactwo szczegółów takich jak chociażby wzorzysta tkanina na stole, drapowania stroju i wspomnianej tkaniny, globus, cień szafy oświetlanej słońcem dostającym się do pokoju przez okno. Coś niezwykłego. 


Koronczarka, 1669-1671, obecnie w Luwrze, przypuszcza się, że Vermeer wykorzystał tutaj camera obscura (nici wystające z otwartej poduszki), mam sentyment do tego obrazu, bo cenię w nim precyzję, z jaką malarz oddał skupienie na twarzy kobiety tworzącej koronkę - dopracował jej strój, fryzurę, przedstawił ją z ciekawej perspektywy, moim zdaniem jeden z najlepiej wykonanych (i równocześnie najmniejszych, krawędzi nie przekraczają 25 cm) obraz Jana Vermeera. 

Lekcja muzyki, 1659-1664, obecnie w Pałacu Buckingham, kolejny po Dziewczynie czytającej list obraz, dla którego stworzyłam własną wersję okoliczności powstania. Zachwyca tutaj nie tylko bogactwo wystroju wnętrza i to, z jakim kunsztem Vermeer to oddał - tym razem zachwyca to, co zostało zacytowane na obrazie. Tak, zacytowane. Na instrumencie, na którym gra dziewczyna, została zacytowana inskrypcja w języku łacińskim, którą można przetłumaczyć jako muzyka jest towarzyszką w radości i lekiem na strapienia - to te słowa szczególnie do mnie trafiły i pozwoliły opowiedzieć sobie historię tego, co stało się inspiracją do stworzenia tego dzieła.  +100 za nawiązanie do stylu Caravaggia we fragmencie obrazu na ścianie.  


Ważąca perły albo Kobieta z wagą, 1662-1665, obecnie w Waszyngtonie, jeden z moich ulubionych obrazów Vermeera, bo niejednoznaczny - niby możemy to odczytywać jako kolejną, zwykłą scenę rodzajową (kobieta w ciąży/ubrana w modny wtedy typ ubioru ważąca perły), swoją drogą przepięknie stworzoną, to drugi po Dziewczynie czytającej list obraz, do którego zrodziła mi się w głowie konkretna historia okoliczności powstania, jednakże ilość symboli na obrazie daje do myślenia - perły jako symbol marności, czyli to co ziemskie,  wizja Sądu Ostatecznego za kobietą,  czyli co to wieczne i duchowe, analogie między Maryją a kobietą na obrazie - trudno jednoznacznie stwierdzić, przez co obraz jedynie zyskuje na wartości. 


Alegoria wiary, 1669-1674, obecnie w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, jedna z dwóch alegorii autorstwa Vermeera, przypuszcza się, że powstał na zamówienie jezuitów, obraz jest silnie nacechowany symbolicznie, wiara to siedząca postać kobiety w odświętnej sukni, trzymającą stopę na globusie, za nią znajduje się uproszczona reprodukcja dzieła Jacoba Jordaensa, ponownie Vermeer dał upust swojemu zamiłowaniu do błękitu, ponownie można dostrzec niezwykłą dbałość o szczegóły (jak chociażby zasłona po lewej stronie). 
Pijana dziewczyna śpiąca przy stole, ok. 1657, obecniew Metropolitan Museum of Art  w Nowym Jorku, jeden z wielu obrazów, gdzie Vermeer umieścił obraz Kupidyna (w lewym górnym rogu) - mówi się, że obraz ma przesłanie typowo moralizatorskie - pijaństwo to rzecz człowieka niegodna. Badacze twierdzą, że kobieta jest służącą, chociaż jej strój jest typowy dla pani domu,  być może jest stan ma związek z relacjami uczuciowymi (prawdopodobnie pozamałżeńskimi, kupidyn symbolem rozwiązłości), na co wskazuje obraz w lewym górnym rogu i zamalowana postać mężczyzny w pomieszczeniu obok.  Jeden z moich ulubionych obrazów - dopracowany, widać zamiłowanie do odcieni niebieskiego i wzorzystych,  ciężkich tkanin. Obraz jest dla mnie świetnym przykładem tego, jak wyglądały moda i wystrój wnętrz XVII-wiecznej Holandii. 

U stręczycielki, 1656, obecnie znajduje się w Dreźnie - odważny, nieco kontrowersyjny obraz ukazujący realia XVII-wiecznej Europy, uwielbiam perfekcje z jaką namalowany został dywan wysuwający się na pierwszy plan, obraz jest dowodem tego, co napisałam wcześniej - zawsze rodzi się w głowie jakaś historia dotycząca okoliczności powstania obrazu, każda z postaci wyraża inne emocje. 


~R.















*Simonides z Keos