Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 czerwca 2015

Serialowe rozgrywki - Na krawędzi (2012)

Na krawędzi - serial reklamowany jako najbardziej wyczekiwana, najczęściej komentowana, najgłośniejsza polska produkcja sensacyjna. Muszę przyznać, że oglądając pierwsze plakaty, trailery i obserwując całą akcję promocyjną, to spodziewałam się jakiejś ambitniejszej wersji W11, ewentualnie miernej kopii chcącej dorównać fenomenowi Pitbulla albo Gliny. Niestety, ekipa odpowiadająca za promocję Na krawędzi się nie postarała - wyszło tanio, nijako i ogólnie mało zachęcająco. Ale postanowiłam nie skreślać tego tytułu z uwagi na wielkie nazwiska obecne na liście obsadzonych aktorów - Baka, Simlat, Bonaszewski, Sadowski, Fronczewski, Małecki. Pomyślałam, czemu nie, warto spróbować i kierując się słynnym nie oceniaj książki po okładce, włączyłam pierwszy odcinek. 



Po trzech długich dniach udało mi się dobrnąć do ostatniego, trzynastego, odcinka drugiego sezonu. I cofnęłam niemal wszystkie krytyczne uwagi, o których pomyślałam przed seansem. Przyznaję, że byłam pod wrażeniem tego, jak ten serial mnie wciągnął. Pierwszy sezon to historia Marty Sajno - na pozór szczęśliwej i niezależnej kobiety posiadającą imponujący majątek, prowadzącą fundację działającą na rzecz kobiet będących ofiarami przemocy, przede wszystkim na tle seksualnym. Jednak pozory mylą - pani Sajno po kilkunastu latach pobytu w Kanadzie, wraca do Polski, nie tylko po to, aby spełniać się jako filantropka, ale po to, aby na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość czterem mężczyznom, którzy przed laty okrutnie ją skrzywdzili. Fabuła niczego sobie, sposób realizacji jeszcze lepszy, ale wydaje mi się, że gdyby nie świetny dobór obsady, to nie wyglądałoby to tak dobrze. Genialnego charakteru całej serii nadała obecność takich pereł polskiego kina (i polskiej sceny teatralnej również!) jak Mariusz Bonaszewski, Przemysław Sadowski, Mirosław Baka, Łukasz Simlat. Oglądając pierwszy sezon cały czas wydawało mi się, że to aktorzy i solidnie napisany scenariusz budują ten serial, co pomogło ukryć wszelkie niedociągnięcia czy irytujący montaż. Chyba najlepszym przykładem potęgi połączenia dobry scenariusz + dobry aktor jest Przemysław Sadowski wcielający się w rolę policjanta Andrzeja Czyża, lojalnego przyjaciela Tomasza Kamińskiego (Marek Bukowski) i człowieka posiadającego ogromną liczbę "kolegów" w różnych branżach. Pan Sadowski to nie tylko, jak się okazało, rewelacyjny aktor teatralny (Nasza Klasa Słobodzianka, Przylgnięcie w reżyserii Aldony Figury), równie dobrze spisuje się na planie filmowym. Jego postać była zdecydowanie najbardziej wyrazista, nie wiem, czy to za sprawą jego wybitnych umiejętności aktorskich czy to kwestia scenariusza, w sumie nie ma to znaczenia, Sadowski świetnie odegrał rolę cynicznego, złośliwego, lubiącego wypić policjanta cechującego się jednak wielkim szacunkiem do takich wartości jak lojalność czy przyjaźń. Kwestie Andrzeja Czyża, nie dość, że świetnie napisane, to jeszcze doskonale wypowiedziane przez Sadowskiego niezwykle podnoszą wartość serialu jako całości. 


Łukasz Simlat, zdecydowanie jeden z moich ulubionych polskich aktorów. Uwielbiam go niezależnie od tego gdzie zagra i w jakim spektaklu wystąpi. Simlat to człowiek niezwykle charyzmatyczny, przyciągający widza, każda jego rola jest świetna, zapamiętywana i wyrazista, co udowodnił już u Żuławskiego w serialu Krew z krwi czy u Szumowskiej w filmie W imię... To między innymi jego nazwisko w obsadzie Na krawędzi przyciągnęło mnie i zachęciło do obejrzenia. Liczyłam na podobną kreację, co w Krwi z krwi i nie zawiodłam się. Simlat w roli Protasa - bandziora zabijającego ludzi za pieniądze, ale posiadającego pewne swoje zasady, których nigdy nie łamie, na początku pracował dla jednego z oprawców Marty Sajno, później dla drugiego, w końcu zaczął prowadzić własną grę, aby finalnie stanąć po stronie Sajno i pomóc jej w rozwiązaniu sprawy gwałtu na niej sprzed 20 lat. Niejednoznaczna postać, trudno odgadnąć motywy niektórych jego postaw, chociaż cel jego działania jest dobrze znany. Simlat rewelacyjnie spisał się w tej roli, zresztą jak w każdej. Był przekonywujący, profesjonalny, świetnie odegrał rolę brutalnego bandyty z zasadami. 


Bonaszewski i Baka. Dwóch genialnych aktorów, w dwóch różnych rolach. Mariusz Bonaszewski podbił moje serce rolą człowieka od brudnej roboty w serialu Krew z krwi, a ostatnio genialną kreacją księdza Robaka, Jacka Soplicy w spektaklu Pan Tadeusz - wszystkie słowa Teatru Narodowego. W Na krawędzi przyszło mu jednak grać wyrachowanego adwokata (wcześniej prokuratora) - jednego z czterech mężczyzn, którzy tuszowali sprawę gwałtu na Marcie Sajno, człowieka bez skrupułów, prawdopodobnie z dosyć elastyczną moralnością, niewahającego się podjąć najdrastyczniejszych kroków, by chronić swoje interesy. Mirosław Baka, niezapomniany Jacek Łazar w Krótkiego filmu o zabijaniu (1987) Kieślowskiego, tym razem wcielił się w postać adwokata przed laty broniącego Marty Sajno, poznajemy go jednak jako bezrobotnego pijaka przesypiającego całe dnie w swoim mieszkaniu w jednej z warszawskich kamienic. Baka, jak zwykle zresztą, spisał się genialnie jako człowiek, niegdyś przebiegły i chciwy, teraz drżący na myśl o tym, co może odkryć jego dawna klientka - świetnie oddał złożoność swojej postaci, jej niejednoznaczną naturę. 

Bonaszewski w roli mecenasa Niemczyka




Baka jako mecenas (były) Karski

Pozytywne wrażenie wywarł na mnie również znany z podkładania głosu Jacek Kopczyński - tym razem jako niemy osobisty ochroniarz i równocześnie najlepszy przyjaciel Marty Sajno, chociaż nie wypowiedział ani jednego słowa (nie licząc bycia narratorem) to dla mnie był jedną z najciekawszych, najbardziej tajemniczych postaci serialu świetnie zagraną przez Kopczyńskiego. Fajnie spisał się również Jakub Wieczorek w roli policjanta z wydziału terroru i zabójstw - Potockiego, sceny dialogów między nim a Czyżem należały do najlepszych fragmentów całego scenariusza, to również była niezwykle wyrazista, konkretna postać budująca całkiem niezły klimat serialu sensacyjnego. 


Jacek Kopczyński, Cichy
Wieczorek jako Potocki

Mieszane odczucia budzą u mnie odtwórcy dwóch, ponoć głównych ról, Urszula Grabowska i Marek Bukowski. Marta Sajno w zamierzeniu miała być elegancką, chłodną kobietą sukcesu bezwzględnie niszczącą ludzi, którzy ją skrzywdzili. Grabowska wizualnie pasowała idealnie - to piękna, pełna klasy kobieta w średnim wieku, więc do roli pasowała jak ulał. Gorzej było, kiedy otwierała usta, bo w sporej części scen jej aktorstwo pozostawiało wiele do życzenia - było drewniane, sztywne, wyuczone, co niezwykle przeszkadzało w oglądaniu, ale z każdym odcinkiem odczuwało się to, na szczęście, coraz mniej, aktorka zaczęła być przekonywująca i nawet doceniłam to, w jaki sposób odegrała powierzoną jej rolę. Gorzej z Bukowskim, który zupełnie nie poradził sobie z rolą bystrego policjanta z uporem maniaka szukającego czegokolwiek, co mogłoby mu pomóc rozwiązać zagadkowe poczynania Marty Sajno. W każdej scenie wypadał niezwykle sztucznie, nie był ani trochę przekonujący, a w duecie z Sadowskim czy Bonaszewskim był niestety słabszym ogniwem, wypadał blado i nijak - był jedynie rekwizytem, przystojnym i czarującym, ale rekwizytem. 


Grabowska jako Marta Sajno

Bukowski jako Tomasz Kamiński

Pierwszy sezon Na krawędzi był niezwykle pozytywnym zaskoczeniem - szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że będzie to aż tak niezłe. Jak wspomniałam, spodobał mi się pomysł na fabułę, jego realizacja, świetny dobór obsady. Historia Marty Sajno i jej własne, prywatne śledztwo bardzo mnie wciągnęło, ani na chwilę nie oderwałam wzroku od telewizora, nieustannie ciekawiło mnie rozwiązanie zagadki. Irytował niestety montaż, który często przypominał charakterystyczny sposób kręcenia filmów paradokumentalnych i "seriali sensacyjnych TVN" (W11, Detektywi i te sprawy), co często całkiem mnie bawiło (zamiar miał być chyba inny). Dobór muzyki do serialu pozostawię chyba w spokoju - była, czasami nie pasowała, ale nie psuła odbioru serialu, więc nie będę się nad tym rozwodzić. 


Drugi sezon, chociaż zapowiadał się ciekawie - pomysł z międzynarodowym problemem handlu dziećmi, sprzedażą niemowląt przez matki, średnio legalnymi badaniami nad leczeniem wirusa HIV wydawał się całkiem przemyślany - okazał się o wiele gorszy od serii numer jeden. Dodanie postaci inspektor Leny Korcz miał być próbą odświeżenia serialu, nadania mu nowego charakteru mającego przyciągnąć i zaciekawić widzów. Niestety, Kamilla Baar, niewątpliwie piękna i zdolna, irytowała od pierwszej chwili, gdy pojawiła się na ekranie. W zamierzeniu miała być kolejną, obok Marty Sajno (Grabowska) czy Tamary (Hirsch), strong woman serialu - niezależna indywidualistka przełamująca konwenanse, zdolna i bystra policjantka z zawziętością tropiąca złych ludzi. Jednak teoria a to, co miałam okazję zobaczyć na ekranie to dwie różne rzeczy. Baar, jak wspomniałam, to całkiem zdolna aktorka obdarzona przyjemną aparycją, jednak w tej roli się nie sprawdziła. Grała niezwykle irytująco (chyba nie tak miało być), a szkoda, bo jej postać powinna wzbudzać sympatię i zdobyć wielu fanów - może tylko się czepiam, ale jej wizja wykreowania pani Korcz mnie nie porwała, nie przekonała, nie zachwyciła i nawet zaczęło mi brakować zepchniętego na drugi plan Bukowskiego jako Tomasza Kamińskiego. 


Drugiej serii zabrakło niestety w wielu momentach logiki i sensu, nadto aż było sentymentalnych i ckliwych scen, które zniszczyły i tak niedopracowaną atmosferę serialu. Sezon obfitował w sceny zupełnie niepotrzebne, często mało logiczne, które zamiast przybliżać do rozwiązania zagadki, tylko oddalały od tego bohaterów. Chociaż silna ekipa pierwszego sezonu (Sadowski, Hirsch, Grabowska, Wieczorek, Simlat) nadal trzymała poziom, a nowe twarze serialu (Małecki, Dedek, Wardejn, Juras) spisywały się równie świetnie, to czegoś tutaj zabrakło. Ewidentnie coś nie zagrało - odcinki zaczęły się dłużyć, stały się nudnawe, postać Leny Korcz nie pomagała. Na szczęście z odsieczą ruszyli wymienieni przeze mnie aktorzy, zwłaszcza Małecki i Wadrejn. Grzegorz Małecki w roli Krzysztofa Kędzierskiego - mężczyzny, który nie bez powodu stanął na drodze Tamary Madejskiej (Maja Hirsch) wypadł naprawdę nieźle, w każdym odcinku jego postać wyczyniała skrajnie odmienne rzeczy, które nie pozwalały jednoznacznie ocenić tej postaci. Zdzisław Wardejn, rzadko pojawiający się w pierwszym sezonie, nadrabiający to w drugim, w roli pułkownika Kani, cynizmem, chamstwem i złośliwością dorównywał Sadowskiemu wcielającemu się w postać Andrzeja Czyża, dzięki czemu stał się jedną z moich ulubionych postaci. 

Małecki w roli Krzysztofa Kędzierskiego


Wardejn jako pułkownik Kania

Cóż, mimo tego, iż jestem pod ogromnym wrażeniem tego, z jaką wyrazistością stworzono postaci serialu Na krawędzi, jak fenomenalnie poradzili sobie aktorzy, jak ciekawie wymyślono intrygi, z którymi musieli poradzić sobie bohaterowie. Wszystko pięknie i wspaniale, ale jest jednak coś w tym serialu takiego, co nie pozwala mi go oceniać wysoko, brać zupełnie na poważnie. Nie do końca potrafię powiedzieć, co to takiego, ale czegoś ewidentnie mi w nim brakuje. Chyba brakowało mi tej świetnej atmosfery, z jaką miałam do czynienia przy okazji Pitbulla, Gliny czy Krwi z krwi. Twórcom nie udało się do końca zbudować klimatu, jaki powinien charakteryzować dobry serial sensacyjny - czasami było za mdło, zbyt ckliwie, czasami aż zbyt dosadnie. Momentami czułam, jakbym oglądała Fakty albo wspomniane już W11- wydział śledczy, a chyba tak nie powinno być. Niemniej jednak, serial wciąga i wywiera dosyć pozytywne wrażenie, w skali 1-10, oceniłabym go na mocne 6, bo miał niezwykły potencjał, aby stać się świetnym, solidnie zrobionym serialem kryminalnym i chociaż wiele mu brakuje do klasyków polskich produkcji kryminalno-sensacyjnych, to naprawdę Na krawędzi trzyma poziom i warto go obejrzeć, przynajmniej pierwszy sezon, chociażby dla doskonałego aktorstwa.



~R.



poniedziałek, 8 czerwca 2015

Nowe oblicze Hannibala Lectera - czy Madsowi Mikkelsenowi udało się przebić fenomen Hopkinsa? cz.1

Kiedy ogłoszono rozpoczęcie zdjęć do serialu o słynnym już dr Hannibalu Lecterze, wydawać by się mogło, że nowej ekipie próbującej nadać kultowej historii nowego charakteru, opowiedzieć ją w inny, świeży sposób, nie uda się zjednać sobie fanów najsławniejszego kanibala w historii kultury, którego przed laty rewelacyjnie zagrał Anthony Hopkins. Cóż, nie powiem, kiedy ja się dowiedziałam, że ponownie ktoś bierze się za kręcenie czegokolwiek o Hannibalu, byłam nastawiona dosyć niechętnie, jako że jestem wielką wielbicielką filmu Milczenie owiec (1991) i kreacji Hopkinsa. Dlatego też moje oczekiwania względem nowej produkcji, tym razem serialu, były dosyć wysokie, by nie powiedzieć ogromne. Gdy zobaczyłam w obsadzie nazwisko Mikkelsen, muszę przyznać, że byłam całkiem zadowolona. Jego rola w Polowaniu (2012) była niezwykłym popisem umiejętności i kunsztu aktorskiego, dlatego pomyślałam sobie, że nie może być źle, skoro tak dobrze dobrali aktora do roli Lectera. Nazwisko Dancy obsadzonego w roli Willa Grahama jeszcze bardziej mnie uspokoiło. No i potem nastał dzień premiery pierwszego sezonu...





Hm, po obejrzeniu pierwszego odcinka byłam pod niezwykłym wrażeniem. Pomyślałam, że to będzie dobre, że to ma szanse dorównać fenomenowi Milczenia Owiec i Czerwonego Smoka. Jedynym powodem, który ukształtował mój tok myślenia, był fakt, że serial diametralnie różni się od serii filmowej. Hannibal nabrał zupełnie innego, nowego charakteru. Scenarzyści i Mikkelsen przedstawili nam dr Lectera jako pełnego elegancji i szarmancji, obdarzonego nienagannymi manierami kanibala, dla którego sam proces przygotowywania jedzenia jest dziełem sztuki. Ucieszył mnie fakt, iż twórcy postanowili tworzyć nie kolejną ekranizację wierną powieści/filmowi, ale stworzyć coś opartego na motywach obu tekstów kultury. Scenarzyści posklejali zatem wiele wątków obecnych w pierwowzorze, dostosowali je do swojej fabuły w sposób niezwykle ryzykowny i oryginalny. Otrzymaliśmy zatem coś zupełnie nowego, a jednak wciąż krążącego wokół sylwetki Hannibala Lectera. I to jest niewątpliwie plus całej tej produkcji. Oryginalność. Kreatywność. Nowatorstwo. Dzięki temu zobaczyliśmy historię naszego kanibala w zupełnie nowym wydaniu, przedstawioną z innej perspektywy, skupiającą się na zupełnie innych kwestiach niż seria Hopkinsa. 



Niedawno rozpoczął się trzeci sezon kontynuujący historię Hannibala Lectera, dlatego teraz poświęcę kilka chwil na ogólną opinię na temat całokształtu, tego, jak serial prezentuje się w całości. A prezentuje się całkiem nieźle. Dawno już nie widziałam produkcji, w której tak wielką wagę przywiązuje się do strony wizualnej tego, co widzimy na ekranie, o co zadbali twórcy Hannibala. Serial to nie tylko dobrze napisany scenariusz, świetna gra aktorska, magnetyczna muzyka, ale również fenomenalne zdjęcia i montaż. Oglądając Hannibala, podziwiamy to, z jaką finezją i perfekcją zadbano o to, co oglądamy. Sceny przygotowywania posiłków przez Hannibala to istne dzieła sztuki filmowej - piękne zbliżenia, zgrabne slow motion, współgrająca z całością muzyka - każdy kadr mógłby spokojnie być pięknym zdjęciem. Wnętrza pomieszczeń, zwłaszcza w domu Hannibala - jego gabinet, biblioteka, kuchnia i jadalnia wyglądają niezwykle elegancko, dostojnie i świetnie oddają atmosferę tego, co dzieje się między bohaterami. Wszystko w Hannibalu prezentuje się niezwykle elegancko i finezyjnie - nawet krwawe sceny zbrodni są dopracowane w stu procentach, oryginalne (o ile tak można w ogóle określić miejsce zbrodni). Dwa pierwsze sezony, dzięki takim zabiegom niezwykle zyskiwały na wartości, były prawdziwą przyjemnością dla koneserów "dobrze zrobionych" filmów. Niestety, co za dużo, to niezdrowo. Pierwszy odcinek trzeciego sezonu (w zamierzeniu pierwsze odcinki nowych serii mają zachęcać) sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, czy oglądam wciąż ten sam serial. Epizod był niezwykle nudny, przewidywalny, straasznie się ciągnęło to wszystko, a to za sprawą nadmiernego nagromadzenia scen wizualnie pięknych, a w praktyce mających minimalne znaczenie. Pierwszy odcinek minął nam na skądinąd ciekawych, intrygujących dialogach między Hannibalem a Bedelią (rewelacyjna Gillian Anderson) i scenach przedstawiających kapiącą krew, kapiącą wodę, kapiące inne ciecze, generalnie wszystko było powolne, lekko melancholijne, przepełnione nachalnymi slow motions - szczerze mówiąc, oprócz pięknych widoków Paryża i Florencji oraz rozmów pary psychiatrów nie pamiętam kompletnie nic, co mogłoby mnie zachęcić do dalszego oglądania, niemniej jednak z niecierpliwością czekam na pojawienie się wątku Grahama, któremu kibicuję, o czym za chwilę. 



Pomijając spektakularną klęskę początku trzeciego sezonu, muszę powiedzieć, że Hannibal wciąga, niezależnie od wpadek scenarzystów. Od pierwszego odcinka pierwszego sezonu byłam oczarowana i zafascynowana tym, co widziałam na ekranie. Znane mi są opinie, że serial prezentuje raczej średni poziom, bo odwołania do psychologii są raczej nieudane, symbolika nachalna i zbyt oczywista, dialogi ociekające pseudointelektualizmem, brutalność nadmierna. Po części się zgadzam z tymi opiniami, to znaczy w tej części dotyczącej przemocy - jej obecność w stosunku do odgrywanej roli jest niestety nieproporcjonalna, a oglądanie sztuki mordowania w nadmiernych ilościach przestało mi sprawiać przyjemność, ale widać taki był cel scenarzystów, co do reszty - generalnie się nie zgadzam, owszem pewne elementy (motyw jelenia chociażby czy ilość wizji Grahama) bywają męczące, dialogi są czasami zbyt przepełnione niepotrzebnym patosem i elementami dotyczącymi ludzkiej psychiki (słowem za dużo pustego gadania), ale moim zdaniem nie w takiej mierze, aby zaniżać ocenę serialu czy utrudniać oglądanie. Osobiście uwielbiam rozmowy między Lecterem a Grahamem czy Lecterem a Bedelią, są zawsze fascynująco intrygujące, przykuwają uwagę, relacje budowane z odcinka na odcinek to fantastyczny zabieg - stopniowe dowiadywanie się o sobie nawzajem, popadanie w obłęd, próba radzenia sobie z sytuacją, a to wszystko w towarzystwie genialniej stworzonej strony wizualnej. 



Przejdę teraz do mojego ulubionego momentu - oceny gry aktorskiej i zacznę od najważniejszych postaci całego serialu - Hannibala Lectera i Williama Grahama. Jak już wspomniałam, Mads Mikkelsen stworzył postać dr Lectera na nowo. Czy był to dobry pomysł? Niewątpliwie. Czy nasza duńska gwiazda sobie z tym poradziła? Moim zdaniem nie do końca. Nie będę tutaj porównywać go do Hopkinsa - to nie jest argument, rola Hopkinsa nie jest wzorem według którego ocenia się innych, którym przyszło zmierzyć się z tą postacią. Powiem tylko tyle, że Mads fenomenu Hopkinsa nie przebił, nawet mu nie dorównał. Chociaż niewątpliwie Hannibal Lecter to najważniejsza postać serialu, a Mikkelsenowi talentu nie mogę odmówić, to w jego kreacji jest coś niezwykle irytującego i coś, co sprawia, że Hannibal w jego wydaniu jest raczej przeciętny. Mads niestety ma bardzo ograniczoną mimikę twarzy (albo to jego sposób grania, nie wiem, nie wnikam), co w przypadku tak ciekawej postaci jest czynnikiem dosyć mało pozytywnym. Irytuje mnie ta niezmienna twarz Mikkelsena, pozbawiona emocji, pozbawiona ekspresji. Jakiekolwiek wyznanie padające z ust kanibala w wydaniu Madsa staje się sztuczne, teatralne i nijakie. Wiem, że w tym serialu Hannibal to postać niewzruszonego stoika, chłodnego eleganta, ale to nie oznacza, że przez całe dwa sezony Mads ma nas raczyć serią 3-4 min. Kino zna postaci równie chłodne i zdystansowane, które jednak umiały inaczej to pokazać, niż prezentować wypraną z emocji twarz (jak chociażby Marlon Brando). Nie wiem, nie przekonuje mnie to, co prezentuje na ekranie Mads Mikkelsen - było kilka scen, które robiły wrażenie (zwłaszcza finał drugiego sezonu), ale wydaje mi się, że to trochę za mało, by uznać rolę Mikkelsena za wybitną (o wiele lepiej z postacią o podobnym usposobieniu poradziła sobie Anderson, o której powiem potem)


Will Graham - wybitny profiler zabójców pracujący dla FBI, pacjent (i zapewne obiekt westchnień) Hannibala Lectera, człowiek przytłoczony swoimi umiejętnościami, w tej roli Brytyjczyk, Hugh Dancy. To zabawne, bo właśnie jemu zarzuca się brak emocji, wiecznie zmęczoną twarz na ekranie, to ponoć jego postać irytuje. Hm, mam nieco inne zdanie na ten temat, bo w przeciwieństwie do Madsa Hugh przynajmniej nie jest przez cały czas denerwująco taki sam. Może to po prostu kwestia tego, jak różne są te postaci. Cóż, miałam nie porównywać do Milczenia owiec, ale zrobię to (ostatni już raz). Duet Hopkins - Foster, czyli Hannibal - Clarice był niezwykle magnetyczny, intrygujący, przykuwający uwagę, oboje byli niejednowymiarowi, w każdej scenie prezentowali co innego, Hopkins jako Hannibal był postacią złożoną, a w wydaniu Madsa nie widzę nic fascynującego, ciągle to samo, ciągle te same spojrzenia, ten sam ton głosu, te same gesty. Ale stop. Teraz o Willu i kreacji Dancy'ego. Cóż, nie zgadzam się z żadnym zarzutem kierowanym w stronę tej postaci/aktora. Moim zdaniem , Dancy idealnie poradził sobie z postacią człowieka, którym stale targają sprzeczne emocje, który nie radzi sobie z tym, co robi, jak pracuje, jak żyje. Will Graham w jego wydaniu był postacią o wiele ciekawszą, niż ta książkowa czy nawet filmowa (chociaż Norton odegrał to genialnie). Jego wizje, choć czasami męczące, były zagrane bardzo przekonująco, to on dźwigał ciężar oddania emocji podczas rozmów z Hannibalem - dzięki niemu były one tajemnicze i intrygujące. To sceny z nim należą do moich ulubionych (i jego aparycja wcale nie odgrywa tu żadnej roli!). This is my design w jego ustach to zdecydowanie najlepsza kwestia pojawiająca się w Hannibalu. W żadnym wypadku nie uważam Willa za postać męczącą i irytującą, a Hugh za aktora, który nie podołał zadaniu, wręcz przeciwnie, uważam, że udało mu się w pełni oddać złożoność swojej postaci. 




Wszystko, co dotyczy reszty postaci i aktorów wcielających się w ich role w kolejnym poście, natomiast teraz przejdę do tego, co urzeka mnie szczególnie w Hannibalu. Przejdę do relacji Will - Hannibal. Mimo mojego częściowego rozczarowania Madsem (jak wspominałam, miał dobre momenty, które mroziły krew w żyłach i przerażały ze względu na stoicki spokój i dystans dr Lectera) nie mogę zaprzeczyć, że to, co zbudował razem z odtwórcą roli Willa jest absolutnie niezwykłe. Nadal twierdzę, że to głównie zasługa Dancy'ego, ale przyznaję, że oglądanie rozmów Hannibala z Willem, obserwowanie ciągłego zacieśnienia się dziwnej więzi między nimi, to sama przyjemność. Napięcie wyczuwane podczas tych scen, wzajemna fascynacja, dystans i chłód, sprytne dogryzanie sobie nawzajem, te spojrzenia, te gesty. To wszystko ma w sobie coś niezwykle magnetycznego, momentami związanego z seksualnością, intrygującego, a finał tej relacji w drugim sezonie szokuje, zaskakuje, daje do myślenia. To atut. 



Tyle na dzisiaj, dalszy ciąg recenzji/wrażeń/przemyśleń dotyczących Hannibala niebawem (w planach dalsza ocena wybitnej gry aktorskiej i odniesienia do części zarzutów dotyczących scenariusza). Póki co, polecam serial wszystkim lubiącym artystycznie zrobione filmy, kryminalne zagadki, psychologię, książkowego Hannibala i wciągające dialogi. 





~R.

 

środa, 3 czerwca 2015

Czy Sherlockowi służą realia współczesnego Londynu?


Jedna z najczęściej oglądanych produkcji stacji BBC, serial Sherlock, po raz pierwszy wyemitowany w 2010 roku należy niewątpliwie do grupy najoryginalniejszych pomysłów na stworzenie czegoś na motywach tekstu już powstałego. Kto by pomyślał, że słynny cykl o przygodach błyskotliwego detektywa Sherlocka Holmesa tak doskonale zostanie dostosowany do realiów współczesnego Londynu. Pierwowzór napisany przez sir Arthura Conan Doyle'a a to, co stworzył Moffat i Gatiss dzieli ponad stulecie. Czy taka wariacja na temat dzieła wybitnego Szkota była dobrym pomysłem? Dla mnie, jako osoby, która uwielbia książki Doyle'a i niespecjalnie przepada za wersją filmową, w której zagrał Robert Downey Jr. taki pomysł na zekranizowanie przygód Sherlocka Holmesa był strzałem w dziesiątkę. 


Nie będę się rozwodzić na temat różnic i podobieństw między pierwowzorem a wersją BBC, bo to mija się z celem. Podoba mi się sam pomysł na to, by książki, których akcja toczy się w XIX-wiecznych realiach Wielkiej Brytanii przenieść do XXI-wiecznego Londynu, bo to udowadnia, że dzieło Conan Doyle'a jest uniwersalne i bardzo elastyczne, dzięki czemu nie ma najmniejszego problemu z dostosowaniem fabuły i postaci do czasów nam obecnych. Co więcej, kryminalne zagadki tworzone przez pisarza okazały się świetną podstawą do tworzenia poszczególnych odcinków serialu, stały się inspiracją do luźnej interpretacji, co dało szerokie pole do popisu scenarzystom. Tytuły epizodów, mniej lub bardziej nawiązujące do kolejnych części książek o Sherlocku Holmesie stanowią genialną zabawę dla miłośników serii o przygodach wybitnego detektywa, którzy z łatwością wyszukują podobieństwa i różnice, między tym, co w książkach a tym, co na ekranie. Do tej grupy zaliczam się również ja i przyznam, że oglądanie serialu przy równoczesnej znajomości książek to rewelacyjnie wspaniałe połączenie. 



Pierwszą rzeczą, która w Sherlocku mnie zachwyca to genialna, idealnie dobrana obsada aktorska, dzięki której serial zyskuje na wartości. Benedict Cumberbatch zbudował swoją postać zupełnie od nowa - bez wzorowania się na aktorach, którzy wcielili się w rolę detektywa wcześniej. Sherlock produkcji BBC jest sporo młodszy, o wiele przystojniejszy, bardziej socjopatyczny i pozbawiony manier niż jego poprzednicy - jedyny na świecie "detektyw doradczy", który pomaga policji kiedy ta sobie nie radzi, czyli zawsze. Złośliwy, uparty, niedbający o ludzi, na których mu zależy, bystry, genialny, z łatwością interpretujący fakty. Potrafi widząc człowieka, określić czym się zajmuje, jaka jest jego sytuacja w rodzinie, ile zarabia, co jadł na śniadanie. Nie dba o to, co myślą o nim inni, nie zwraca uwagi na to, co ktoś mówi, uwielbia się popisywać, zwłaszcza przy Watsonie. Na co dzień ignoruje swojego najlepszego przyjaciela, wytyka mu wady i to, że nie jest specjalnie bystry, dogaduje mu przy każdej możliwej okazji, często mocno rani (zwykle nieświadomie), po czym ma problemy ze zrozumieniem złego nastroju Johna, chociaż niewątpliwie John Watson jest jego najlepszym przyjacielem, dla którego byłby w stanie zrobić bardzo wiele. Sherlocka w takim wydaniu zafundował nam angielski aktor, Benedict Cumberbatch i muszę przyznać, że taka wersja detektywa niezwykle mi pasuje, ponieważ udało mu się nadać tej postaci nowego, świeżego, nieznanego wcześniej, co, biorąc pod uwagę mnogość produkcji filmowych związanych z Sherlockiem, jest niebywałą zaletą. Co więcej, zdecydowanie przyjemniej patrzy mi się na geniusza przed czterdziestką i z inną twarzą niż Roberta Downey'a Jr.  Mogłoby się wydawać, że Sherlock Holmes w takim wieku to nie jest specjalnie trafiony pomysł, biorąc pod uwagę, iż w kulturze sylwetka detektywa utrwaliła się jako postać człowieka w średnim wieku i starszym, palącym fajkę - słowem, scenarzyści i Cumberbatch wyszli stereotypowemu spojrzeniu na przeciw i wygrali! Angielski aktor w tej roli jest czarujący, pociągający, energiczny, enigmatyczny i w głównej mierze dzięki niemu zawsze z chęcią zasiadałam przed ekran i z wypiekami oglądałam kolejne odcinki poświęcone jego przygodom. 




Najlepszy przyjaciel Sherlocka i prawdopodobnie jedyna (albo jedna z dwóch) osoba, która zna i rozumie go najlepiej - John Watson. Weteren wojny w Afganistanie, kapitan armii brytyjskiej, ranny w czasie misji, wraca do Londynu, do którego nie może przywyknąć. Dręczą go koszmary, dręczy go kontuzja, dręczy go brak pieniędzy. Watson to człowiek pragmatyczny, twardo stąpający po ziemi. Gdy spotyka na swojej drodze Sherlocka Holmesa, wydawałoby się, że to dwa skrajnie różne charaktery, zupełnie różne osobowości, które nigdy nie znajdą wspólnego języka. Nic bardziej mylnego, albowiem okazało się, że nie tylko świetnie się dogadują, ale również doskonale się dopełniają. Pragmatyzm Johna Watsona w połączeniu w geniuszem Sherlocka Holmesa to połączenie idealne! Co do samej postaci Watsona - polubiłam go od samego początku, co jest ogromną zasługą Martina Freemana, który fantastycznie pasuje do tego rodzaju ról. Watson okazał się nie tylko racjonalistą nieustannie krytykującego Sherlocka i jego postępowanie, ale wiernym jego kompanem, który czuje się odpowiedzialny za bezpieczeństwo przyjaciela i najlepszym przyjacielem, który zrobiłby dla niego wszystko, łącznie z oddaniem życia. 


Perłą Sherlocka jest niewątpliwie pierwszy czarny charakter serialu i największy wróg Holmesa - Moriarty. Psychopatyczmy, sadystyczny, przebiegły. Odkąd zaczął mieszać w serialu, to jego postać awansowała do mojego top3 czarnych charakterów kina, wyprzedził nawet Hannibala Lectera, co po raz kolejny jest zasługą fenomenalnej gry aktorskiej, irlandzki aktor Andrew Scott spisał się w roli człowieka, którego celem stało się zniszczenie (dosłownie i w przenośni) Sherlocka Holmesa. Oglądanie na ekranie magnetycznego, obdarzonego wielką charyzmą, imponującymi umiejętnościami w zakresie mimiki twarzy i modulacji głosu Scotta to niezwykła przyjemność. Jego rozmowy z Sherlockiem, jego podstępne intrygi należą do najciekawszych elementów serialu. Gwiazdą hitu BBC jest niewątpliwie również starszy brat Sherlocka, wysoko postawiony w hierarchii państwowej, człowiek rządu brytyjskiego, Mycroft Holmes, w rolę którego brawurowo wcielił się jeden ze scenarzystów serialu Mark Gatiss. Mycroft to człowiek raczej sprawiający wrażenie niesympatycznego gbura pozbawionego empatii i jakichkolwiek emocji nieustannie śledzący poczynania swojego młodszego brata. Z czasem jednak zyskuje sobie sympatię widzów, bo w sumie nie jest aż taki straszny, jak się wydaje. Okazuje się być błyskotliwym, choć irytującym człowiekiem, cierpliwie znoszącym wybryki Sherlocka i nieraz ratującym go z opresji. Mark Gatiss doskonale połączył te cechy swoją świetną grą aktorską. 

Andrew Scott jako Moriarty


Mark Gatiss jako Mycroft Holmes


Ciekawego charakteru nadaje serialowi postać inspektora Scotland Yardu, Grega Lestrade (w tej roli Rupert Graves). Wzbudzający sympatię Lestrade to jedna z dwóch, obok Watsona, najlepiej znająca Sherlocka osoba. Greg to człowiek pełen podziwu dla geniuszu Sherlocka Holmesa, często proszący go o pomoc w rozwiązaniu jakiejś sprawy, zawsze stający w obronie detektywa i usprawiedliwiający jego, często dziwne, wybryki. Niewątpliwie jest jego przyjacielem, chociaż ma pełną świadomość tego, jak trudne i wymagające są relacje z Holmesem. Silnym kobiecym akcentem produkcji jest (oprócz Molly i pani Hudson) Irene Adler - femme fatale w pełnym tego słowa znaczenia. Piękna, atrakcyjna, nieustannie kokietująca, podstępna intrygantka to kobieta niezależna, chadzająca własnymi drogami, niedostępna, pełna dystansu... do czasu spotkania z Sherlockiem, który podbija jej do tej pory chłodne serce i sprawia, że Irene traci kontrolę nad swoimi poczynaniami. Występująca w tej roli, przepiękna Lara Pulver spisała się rewelacyjnie, bardzo mi przypominała Gillian Anderson odgrywającą postać Bedelii w Hannibalu produkcji NBC.

Rupert Graves jako Lestrade

Lara Pulver jako Irene Adler
Jedyne ALE w przypadku obsady pojawia się przy postaci ukochanej Johna - Mary. Nic nie mam absolutnie do Amandy Abbington, powiem więcej, nie potrafię odmówić jej urody i niezwykłego talentu, ale w serialu jej postać jest zwyczajnie nieznośna - Mary psuje klimat Sherlocka, zwyczajnie tam nie pasuje, jest zbyt nachalna, zbyt irytująca - próba stylizacji postaci na kolejną strong woman serialowego świata mija się z celem. Mary brakuje klasy i sprytu Irene, delikatności Molly, ciętego języka pani Hudson, jej postać jest zbyt przerysowana, przez co sceny z jej udziałem należą do tych, do których powracam dosyć niechętnie. 





Sherlock to oczywiście nie tylko fenomenalni aktorzy, ale również znakomicie napisany scenariusz, Gatiss i Moffat dali z siebie absolutnie wszystko, co najlepsze. Każdy odcinek (mimo iż trwa niemal 1,5h) wciąga i angażuje widza. Nie możemy oderwać wzroku od ekranu, czekamy z niecierpliwością na kolejną dedukcję Sherlocka, intrygę Moriarty'ego, słowną potyczkę braci Holmes, złośliwości Sherlocka względem Grega i Johna. Od pierwszej minuty serialu kibicujemy bohaterom, myślimy nad przedstawianymi przez nich teoriami, snujemy własne - scenarzyści pozostawili widzom ogromnie szerokie pole do wyobraźni, co jest niezwykłym atutem produkcji. Dynamiczny montaż serialu, nowatorskie i intrygujące sceny, kiedy Sherlock analizuje historię życia obserwowanej osoby (czasami bywa to męczące, ale z reguły świetnie się bawię oglądając skaczące wokół postaci słowa-klucze), a także, a może przede wszystkim fenomenalna muzyka Davida Arnolda i Stevena Price'a budująca niepowtarzalny klimat XXI-wiecznego Londynu i egzystujących tam postaci. 



Wrażenie robi również sposób, w jaki zbudowano relacje Sherlock - John, Sherlock - Mycroft, Sherlock - Moriarty, Sherlock - Pani Hudson, Sherlock - Molly. Trudna przyjaźń łącząca Holmesa i Watsona została świetnie przemyślana i stworzona. Sherlock i John, chociaż ciągle się nie zgadzają i wzajemnie sobie dogryzają, niejednokrotnie udowadniają, że są w stanie zrobić dla siebie wiele, wszystko nawet. Jestem wielką fanką wszystkich rozmów toczonych przez nich (odcinek oparty na Psie Baskervillów to coś absolutnie fenomenalnego i niezwykłego), a także tego co działo się w trakcie i po sfingowanej śmierci Sherlocka (rozmowa telefoniczna, emocjonalna reakcja Johna, prośba wypowiedziana nad grobem detektywa). To wszystko sprawia, że relacja łącząca tę dwójkę należy do moich ulubionych. Pozostałe, charakteryzujące się niezmiennym wywyższaniem się i niedocenianiem drugiej strony przez Sherlocka Holmesa, zwłaszcza kiedy odzywa się w nim jednak obecna więź i emocje względem tych osób (dzielna obrona zaatakowanej pani Hudson, poświęcenie dla ratowania przyjaciół) oraz magnetyczny duet Sherlock-Moriarty to najlepsze dowody na to, jak wielką wartość ma ten serial. 


Nie ulega wątpliwości, że wszystko, co złożyło się na sukces serialu (od aktorów po kryminalne zagadki i intrygi) spowodowało lawinowy napływ tworów czysto fanowskich, takich jak liczne fanfiction, teorie na temat niektórych wydarzeń oraz słynny już Johnlock, o którym za chwilę. Muszę przyznać, że popularność jaką zyskała wariacja BBC na temat przygód detektywa - geniusza w ogóle mnie nie dziwi. Wręcz przeciwnie, spodziewałam się tego. Fantastyczny pomysł na uwspółcześnienie znanej od lat historii w połączeniu z doborową obsadą, genialną muzyką i świetnym montażem sprawiły, że Sherlock nie bez powodu zyskał rzesze fanów na całym świecie. Zgrzyt powoduje jednak jeden fakt dotyczący fanów i ich spekulacji. Nie od dziś wiadomo, że popularnym zabiegiem jest próba zbudowania więzi o podłożu seksualnym między bohaterami, zwłaszcza płci męskiej, co można zaobserwować w Hannibalu (2013). Wiele w tej kwestii zależy od oglądających, którzy dopowiadają sobie wiele rzeczy, spekulują, tworzą własne, fanowskie, wersje wydarzeń. Nie jestem niestety fanką takich zabiegów, co więcej, sprawiają, że tracę wiarę w poziom reprezentowany przez dany fandom. W moim przekonaniu, relacja łącząca Holmesa i Watsona to świetny przykład prawdziwej, trwałej męskiej przyjaźni w klasycznym wydaniu. Nie mogę ścierpieć ciągłego fascynowania się Johnlockiem i próbami wyswatania tej dwójki bohaterów przez fanów, co znajduje swoje odzwierciedlenie w licznych fanfiction, obrazkach i memach. No nie. Dla mnie osobiście, taka relacja traci, staje się czymś, co mnie odpycha i bulwersuje, bo kiedy ja zaczynałam przygodę z Sherlockiem, fascynowała mnie historia przyjaźni tych dwóch, i nie widziałam w tym absolutnie nic związanego z jakąkolwiek erotyką i seksualnością. To drażni. To irytuje. Postawienie sprawy w ten sposób sprawia, że pewne kwestie, takie jak przyjaźń właśnie są odsuwane na dalszy plan, seksualizacja każdej możliwej relacji jest dla mnie chora i w ogóle nieadekwatna do tego, co widzę na ekranie, dlatego pozostanę przy swoich przekonaniach i będę się podniecać tym, jak wspaniałymi i lojalnymi przyjaciółmi są, a nie jak dobrą byliby parą. 


Sherlock to doskonały wybór dla tych, dla których liczy się przede wszystkim dobre aktorstwo, perfekcja w kwestiach czysto technicznych (montaż, operowanie kamerą i te rzeczy) i oglądanie z mózgiem i w skupieniu. Oglądając ten serial cały czas trzeba być czujnym, aby zrozumieć wszystkie teorie i tropy, na jakie wpadają nasi bohaterowie - Sherlock nie nudzi, motywuje widza do samodzielnego myślenia i próby rozwiązania zagadki, sprawia, że nie można oderwać wzroku od ekranu, a długi czas trwania nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Co więcej, to doskonała rozrywka nie tylko dla pasjonatów twórczości Coyle'a, ale również dla tych, którzy nigdy nie mieli z nią do czynienia i chcą poznać sylwetkę najsłynniejszego detektywa w historii literatury albo poszukują dynamicznego, solidnie zrobionego, dopracowanego serialu, który wciąga i nie zanudza. 





~R.

wtorek, 2 czerwca 2015

TOP15 - ranking bohaterów piątego sezonu 'Gry o tron'

Planowałam zrobić ranking ulubionych postaci serialu Gra o tron (szczegółów nie muszę chyba podawać), ale po chwili namysłu doszłam do wniosku, że zrobienie top15 biorąc pod uwagę wszystkie pięć sezonów jest raczej niemożliwe, dlatego na razie postanowiłam pozostać przy sezonie ostatnim z numerem pięć. Poniżej ranking moich ulubionych bohaterów ostatniej serii Gry o tron (możliwe spoilery!)

1. Tyrion Lannister

Tyrion Lannister, jedna z nielicznych postaci, której udało się przebrnąć przez jak dotąd wszystkie sezony serialu (co jak nieustannie nam pokazuje zarówno sam Martin, jak i scenarzyści serialu nie jest wcale proste). Charyzmatyczny potomek Tywina Lannistera to złośliwy, sarkastyczny człowiek nigdy niekryjący się ze swoim zdaniem, mający słabość do wina i pięknych kobiet. Niezwykle inteligentny i bystry stale wyprowadza z równowagi swoją starszą siostrę, przed którą w pewnym momencie musi uciekać. Wówczas po raz kolejny udowadnia, że nie tylko umiejętności we władaniu bronią się liczą, a intelekt i umiejętne dobieranie słów, dzięki czemu jeden z Lannisterów staje się doradcą osoby, która dąży do obalenia tego rodu - córki szalonego króla, Daenerys Targaryen. Postać Tyriona należy do moich ulubionych, nie tylko ze względu na świetnie napisaną, wyrazistą rolę, ale i to, w jaki sposób wykreował ją Peter Dinklage - amerykański aktor, laureat Złotego Globu w 2012 roku właśnie za kreację Tyriona Lannistera. Dinklage dzięki swoim umiejętnościom aktorskim (podbił moje serce w filmie Dróżnik z 2003 roku), świetnemu oddawaniu emocji głosem, energią i charyzmą widoczną w swojej grze, zbudował jedną z najbardziej rozpoznawalnych i uwielbianych przez widzów postać, za co należy mu się 1. miejsce w moim rankingu. 




2. Jaqen H'Ghar

Jaqen H'Ghar - Człowiek bez Twarzy, którego pożegnaliśmy w 2. sezonie, a który ku mojej uciesze powrócił w obecnie trwającym to jedna z najbardziej tajemniczych postaci Gry o tron, która przyciągnęła moją uwagę już w pierwszej minucie, kiedy pojawiła się na ekranie. Jaqen to bohater powiązany z wątkiem Aryi Stark - uratowany przez nią, gdy był więziony i wieziony na Mur, odwdzięcza się córce Nedda wykorzystując swoje skrytobójcze zdolności. Odchodząc pod koniec 2. sezonu wręcza dziewczynce monetę pochodzącą z Braavos - jedyny sposób, dzięki któremu Arya mogła go ponownie odnaleźć. Wspomniana przeze mnie aura tajemniczości nieustannie otaczająca postać Człowieka bez Twarzy spowodowała zrodzenie się dziesiątek teorii fanowskich na temat jego przeszłości i roli, jaką odgrywa w życiu najmłodszej córki Starków, co tylko świadczy o wyjątkowości tego bohatera. Odgrywający jego rolę niemiecki aktor Tom Wlaschiha, podobnie jak Peter Dinklage, wiele zdziałał swoim głosem, dzięki któremu Jaqen H'Ghar jest jeszcze bardziej enigmatyczny i przyciągający uwagę. 




3. Jorah Mormont 

Biedny Jorah nie miał niestety szczęścia w relacjach z ukochaną khaleesi, nie dość, że obdarzył ją nieodwzajemnionym uczuciom, to jego umiłowana królowa dowiedziała się, że jej najlojalniejszy doradca, najlepszy przyjaciel i najodważniejszy obrońca, któremu bezgranicznie ufała, ją zdradził. Dumna Daenerys nie mogąc się z tym pogodzić, łaskawie wygnała Mormonta, dla którego, od tego, momentu priorytetem stało się uzyskanie przebaczenia i powrót do łask Matki Smoków, co jest jego głównym motywem, dla którego uprowadza Tyriona Lannistera uciekającego przed gniewem siostry i wyrokiem śmierci. Zarówno postać nieszczęsnego rycerza z Północy, jak i odgrywający jego rolę brytyjski aktor Iain Glen wywarli na mnie szczególne wrażenie. Lojalność, odwaga, oddanie, szczera miłość i gotowość oddania życia za Daenerys Targaryen to przymioty godne szlachetnego rycerza - chociaż dopuścił się zdrady i przez pewien czas donosił Varysowi o wszystkim, co ostatnia ze smoczego rodu ma w planach, przeszedł ogromną przemianę, gdy zobaczył khaleesi żywą ze smokami przy piersi, po tym jak weszła w płomienie podczas pogrzebu Khala Drogo. Wówczas padł pięknej księżniczce do stóp i zaczął jej wiernie służyć. Sam aktor, Iain Glen, rewelacyjnie spisał się w roli Mormonta, został idelnie dopasowany wizualnie, świetnie oddawał emocje odgrywanej postaci. 



4. Jon Snow

Bękarci syn Eddarda Starka, który w piątym sezonie Gry o tron awansował do rangi Lorda Dowódcy Nocnej Straży to jedna z najbardziej wielbionych (zwłaszcza przez damską część widzów) postać całej serii. Przystojny, szlachetny, o dobrym sercu, odważny. Taki jest właśnie Jon Snow - można powiedzieć, że wszystkie swoje cnoty odziedziczył po ojcu, Eddardzie. Poznaliśmy go jako wycofanego młodzieńca żyjącego w Winterfell, który postanowił w jakiś sposób przysłużyć się ojczyźnie i wykorzystać jakoś swoje życie - wstąpił do Nocnej Straży, jedynego miejsca, gdzie jego pochodzenie nie miało znaczenia. Jon ujmował widzów wszystkim. Honorem, stawaniem w obronie słabszych, miłością, którą obdarzył pochodzącą z dzikich Ygritte. W piątym sezonie, już jako Lord Dowódca, podejmuje niezwykle ryzykowną decyzję, która podzieliła jego braci - postanowił zawrzeć sojusz z Dzikimi, dzięki czemu zwiększyłyby się ich szanse w walce z Innymi. Zarówno postać Jona Snow, jak i fenomen odtwórcy jego roli, Kita Haringtona sprawiły, że za każdym razem, kiedy czarny brat pojawia się na ekranie, moje serce bije mocniej - z zachwytu nad umiejętnościami i powierzchownością Kita oraz emocjami, jakie wzbudza jego postać. 



5. Jaimie Lannister 

Kolejny z rodu Lannisterów uplasował się na 4. miejscu. Szczerze przyznam, że w pierwszym sezonie Gry o tron życzyłam mu śmierci - za okaleczenie Brana Starka, za sypianie z własną siostrą i inne jego grzeszki, jednak z czasem postać Królobójcy zaczęła wzbudzać moje pozytywne emocje. Okazał się jedyną osobą, która bez cienia szyderstwa patrzy na Tyriona Lannistera, jest jedynym z rodzeństwa, który szczerze kocha swojego brata, co udowadnia pod koniec czwartego sezonu. Co więcej, największe wrażenie wywarł na mnie wątek Jaimie + Brienne, kiedy to w najstarszym synu Tywina Lannistera rodzą się uczucia inne niż względem siebie samego, lub swojej rodziny, Jaimie nie dość, że wyznaje Brienne prawdę o czynie, który uczynił go Królobójcą (niewątpliwie jedna z najbardziej poruszających scen serialu), to kilkakrotnie ratuje jej życie (raz ryzykując własne), przez co wybaczyłam mu jego ekscesy z Cersei oraz próbę zamordowania niewinnego dziecka. Duńczyk, Nikolaj Coster-Waldau, jest jednym z najprzystojniejszych i najzdolniejszych aktorów, jakich podziwiałam na ekranie, z łatwością oddał złożoność swojej postaci i wewnętrzne rozterki nią targające. 



6. Tormund

Jeden z popleczników Mance'a Raydera, znany wojownik, a później także sprzymierzeniec Lorda Dowódcy, Jona Snow. Brutalny, opryskliwy, nieprzyjemny - taki jest Tormund. Ale im dłużej go oglądamy na ekranie, tym więcej jego zalet dostrzegamy - jest odważny, waleczny, i wbrew pozorom, zależy mu na dobru swoich ludzi. Moje serce podbił w ósmym odcinku, kiedy to wybrał się z Jonem do Hardhome, aby przekonać Dzikich do konieczności połączenia sił w walce z Innymi. Poczynając od "rozmowy" z Lordem Kości po dzielne stawianie czoła armii nieumarłych, nie mogłam oderwać od niego oczu. Odgrywający jego rolę, potężny norweski aktor Kristofer Hivju, chociaż pojawiający się na ekranie rzadziej niż większość wymienionych postaci, jest jedną z pereł tego serialu - wyrazisty, energiczny i charyzmatyczny. 



7. Theon/Reek

Nie szanuję Theona. Kiedy zdradził Robba, zajął Winterfell, był kolejną postacią, której życzyłam śmierci. Jego obecność na ekranie mnie odpychała (co jest niewątpliwie zasługą genialnej gry aktorskiej Alfiego Allena). Niemniej jednak, to, co zrobił mu Ramsay sprawiło, że poczułam do niego swoiste współczucie, było mi go żal, bo wiedziałam, że nie był takim potworem, na jakiego chciał wyglądać. Reek, jak go ochrzcił bękart Boltona, stał się postacią, która wzbudzała moją litość, chciałam, aby jego siostra jednak go uratowała i doprowadziła do porządku. Tak się nie stało. Zamiast tego pojawiła się Sansa - szansa na to, że Reek z powrotem przypomni sobie kim jest i postawi się swojemu oprawcy - były takie momenty, kiedy byłam niemal pewna, że Theon coś zrobi, cokolwiek, w jakikolwiek sposób pokaże, że jednak jest coś wart. Ponownie tak się nie stało. Reek zaczął robić rzeczy odwrotne do oczekiwanych, czym ponownie mi się naraził, ale nadal wierzę, że w końcu odezwie się w nim wola walki, która zajmie miejsce strachu przed bękarcim synem Boltona. Sama postać Theona nie jest tak genialna, jak poprzednie, ale niewątpliwie poprzednicy Alfiego Allena w tym zestawieniu nie mogą mu równać - genialna, fenomenalna, szokująca, robiąca wrażenie gra aktorska tego Brytyjczyka to jest to, co w tej postaci zdecydowanie najlepsze, nikt nie dorównał do tej pory temu, co zrobił Allen kreując swoją postać - grał tak, jakby faktycznie spotkały go te wszystkie okropieństwa i każda minuta jego życia była przepełniona lękiem przed swoim oprawcą. 





8. Cersei Lannister

Trochę to dziwne, że tak bezwzględna postać wylądowała w moim rankingu najciekawszych bohaterów piątego sezonu Gry o tron, ale postanowiłam, że w ten sposób nagrodzę genialną Lenę Headey odgrywającą tę rolę. Udało jej się w stu procentach sprawić, że Cersei jest postacią mocno znienawidzoną ze względu na jej okrutne intrygi, nienawiść wobec brata i nieciekawą politykę. Wyrachowana, bezwzględna, zakłamana. Taka jest właśnie jedyna córka Tywina Lannistera. Chociaż kocha swoje dzieci i jest w stanie zrobić dla nich wszystko, to nie wzbudza sympatii ani nawet współczucia, dlatego też to, co spotkało ją w siódmym odcinku piątego sezonu jest tym, czego oczekiwano od dawna. Sprawiedliwość, w którą wielu przestało już wierzyć, dosięgła w końcu i ją. Co więcej, sprytna i przebiegła Cersei wpadła we własne sidła. Jak już wspomniałam, obecność tej postaci jest spowodowana tym, że chwali się aktorów, którzy potrafią sprawić, że oglądający pała niemal szczerą nienawiścią do fikcyjnego bohatera - to właśnie swoimi umiejętnościami (zwłaszcza genialnym tonem głosu i pogardliwym spojrzeniem) osiągnęła Brytyjka, Lena Headey w roli największej miłośniczki trunków w historii kina - Cersei Lannister.


9. Ramsay Bolton (wcześniej Snow)

Podobnie jak w przypadku Theona i Cersei, obecność w tym zestawieniu Ramsay'a Snow - sadystycznego bękarta Roose'a Boltona znanego z pastwienia się nad Theonem oraz gwałtem na Sansie Stark, wynika nie z mojej sympatii do tej postaci, ale z geniuszu aktora, który odgrywa tę rolę. Brytyjski aktor, Iwan Rheon, rewelacyjnie wcielił się w tę rolę - sprawił, że postać Ramsay'a trafiła na moją czarną listę znienawidzonych bohaterów Gry o tron, co niewątpliwie jest zaletą, gdyż jego wyrazistość i charyzma przytłacza wielu innych, z założenia pozytywnych bohaterów, którzy przy aktorskim fenomenie Rheona wypadają niezwykle blado (na przykład Sophie Turner jako Sansa Stark), dlatego uznałam, że Ramsay Bolton zasługuje na miano jednej z najciekawszych postaci serialu. 


10. Olenna Tyrell

Seniorka rodu Tyrellów, babka królowej Margaery i ser Lorasa - Olenna Tyrell. Pyskata, bystra, przebiegła, sprytnie odgadująca intencje swoich rozmówców, niedbająca o konwenanse, niezabiegająca o sympatię innych Olenna jest jedną z najciekawszych postaci kobiecych serialu, dla mnie to taki Tyrion w żeńskim wydaniu. Moje serce podbiła chłodem i złośliwością bijącymi od niej w kontaktach z Cersei oraz ukrytą pogardą, z jaką potraktowała Wielkiego Wróbla przy zachowaniu swojego autorytetu i klasy godnej damy. Diana Rigg spisała się w tej roli rewelacyjnie - jej postać przywróciła mi wiarę w to, że w kobiety Gry o tron nie muszą zastraszać ani siłą przypominać o swojej pozycji - wystarczy trzeźwy umysł i odpowiednie dobieranie sojuszników. 



11. Loras Tyrell

Wybór dosyć nieoczwisty i niespodziewany - na 11. miejscu mojej topki uplasował się wnuk lady Olenny - Loras, mogący się pochwalić jedynie tym, że wygrał z Górą (ale przeżył tylko dzięki Ogarowi), bo nie sądzę, aby klęska w pojedynku z Brienne ani sypianie z Renlym Baratheonem było powodem do dumy. Niemniej jednak jest to postać, którą darzę dosyć dużą sympatią. Podobnie jak w przypadku Alfiego Allena jako Theona, zachwycił mnie aktor wcielający się w rolę Lorasa - angielski aktor Finn Jones, przez co od początku kibicowałam tej postaci z uwagi na chęć jak najdłuższej szansy na oglądanie go na ekranie, bowiem aktorsko nie mam się do czego przyczepić - atak furii w wykonaniu Jonesa podczas przesłuchania o pederastię to jedna z lepszych scen piątego sezonu. Liczę na to, że Loras Tyrell jeszcze udowodni, że oprócz spędzania nocy z mężczyznami i zabawiania dam, potrafi wykorzystać swoją pozycję, umiejętności we władaniu mieczem i własne możliwości w celu zdobycia większych korzyści i przede wszystkim, władzy dla swojej rodziny. Mam nadzieję, że jeszcze namiesza w historii Westeros. 




12. Bronn

Związany z Lannisterami wojownik, lubiący (podobnie jak Tyrion) wino i piękne kobiety, a poza tym lubiący wymachiwać mieczem to kolejna z ciekawych, wyrazistych i zapamiętywanych przez widzów postaci Gry o tron. Najpierw służył Tyrionowi, następnie stał się trenerem jednorękiego brata karła, potem chcąc się ustatkować i chronić życie, odmówił reprezentowania Tyriona w próbie walki przeciwko Górze, tylko po to, aby później zostać skłonionym do odbycia niebezpiecznej podróży do Dorne w towarzystwie Królobójcy, podczas której ponownie oddał się ulubionemu zajęciu - wymachiwaniu mieczem i eliminowaniem zagrożeń, a widzowie mogli również poznać jego artystyczną duszę - w czasie drogi do Wodnych Ogrodów oraz siedząc w celi władcy Dorne umilał sobie i towarzyszom czas śpiewając pieśni. Tak, Bronn to niewątpliwie jedna z najoryginalniejszych i najciekawszych postaci serialu, do czego w dużej mierze przyczynił się utalentowany Jerome Flynn. 


13. Arya Stark

W przeciwieństwie do swojej starszej siostry, Sansy, Arya wzięła sprawy we własne ręce i postanowiła sama decydować o swoim losie, a pierwszym samodzielnym krokiem córki Nedda Starka była samotna wyprawa do Braavos, do Domu Czerni i Bieli, gdzie zamierzała pobierać nauki u poznanego wcześniej Jaqena H'Ghara. Arya Stark od początku dała się poznać jako zbuntowana córka lodra Północy, diametralnie różna od swojej siostry, lubiąca męskie rozrywki, takie jak chociażby walka na miecze czy strzelanie z łuku. Bystra dziewczyna próbująca znaleźć swoje miejsce w świecie, która podjęła ciężkie wyzwanie stania się Nikim, to jedna z jaśniejszych gwiazd piątego sezonu Gry o tron. Maisie Williams na naszych oczach staje się coraz lepszą aktorką, co widać w ewolucji granej przez nią postaci - Arya staje się coraz odważniejsza, wygadana, pewna swoich racji, walcząca o to, na czym jej zależy. Nauka w Braavos to pierwszy krok, który podjęła, by rozliczyć się ze swoją własną przeszłością i wreszcie zemścić się na tych wszystkich, przez których straciła to, co kochała najbardziej. 





14. Stannis Baratheon 

Nielubiany przeze mnie przez cztery sezony, w piątym postanowił się zrehabilitować - najrozsądniejszy z braci, Stannis Baratheon to postać, która wzbudza we mnie mieszane uczucia. Przyznam, że chciałam, aby ponosił klęskę za klęską, a to wszystko przez to, iż jest ślepo zapatrzony w Melisandre, która generalnie stała się szarą eminencją władzy Stannisa, który wykonywał wszystko, co ona uważała za stosowne. Kiedy już traciłam nadzieję na to, że polubię tego bohatera, Stannis nieoczekiwanie pojawił się na Murze przychodząc z odcieszą Nocnej Straży, ale to nie tym czynem zaskarbił sobie mój szacunek. Wszystko, co dobre w Stannisie dotyczy jego jedynego dziecka - córki Shireen. Scena monologu Stannisa będącego odpowiedzą na pytanie księżniczki o to, czy się jej wstydzi, zakończona słowami bo jesteś moją córką podbiła moje serce i sprawiła, że zaczęłam na niego patrzeć nieco przychylniej. W moim nowym przekonaniu utwierdziła mnie również scena z Melisandre, gdy ten zdecydowanie odmówił poświęcenia swojego dziecka w imię wyższego celu, jakim było odniesienie zwycięstwa w planowanej wojnie. Pokazał, że jednak ma własny rozum i nie podąża ślepo za Czerwoną Kapłanką, co więcej, udowodnił, że ma w sobie więcej honoru i szlachetności, niż przypuszczałam. Niewiele mogę powiedzieć o aktorze wcielającym się w jego rolę - angielski aktor Stephen Dillane jak na razie wydaje mi się bardzo nijaki, niemal przeźroczysty, chociaż może to stanowić zaletę w kreowaniu odgrywanej roli. 





15. Karsi

Dopiero co zapałałam szczerą sympatią do jednej z przywódczyń Dzikich, a scenarzyści jeszcze w tym samym odcinku postanowili ją uśmiercić. To zabolało. Karsi bowiem przypomniała mi o Ygritte - poznaliśmy ją jako nieco zbuntowaną, odważną, waleczną, odznaczającą się ciętym językiem kobietę, która chciała sprzymierzyć się z Nocą Strażą, by wspólnie stawić czoła Innym. Wiązałam wielkie nadzieje z wątkiem tej postaci - wiadomo, kobiety Gry o tron mają wielką moc. Kiedy widziałam, z jakim zaangażowaniem ewakuowała swoich ludzi z Hardhome, wyrażała swoją niechęć do Thennów (podzielam opinię), zapragnęłam, aby została na dłużej. Niestety. Nie można mieć wszystkiego. Mój entuzjazm spowodowany sceną w namiocie został gwałtownie zgaszony okrutną sceną śmierci wojowniczej Karsi - zszokowana widokiem nieumarłych dzieci przestała się bronić. To był największy szok i najbardziej bolesna śmierć od czasu odejścia Oberyna. Co więcej, duńska aktorka, piękna Brigitte Hjort Sorensen miała ogromny potencjał do wykreowania naprawdę ciekawej roli. Gratuluję scenarzystom braku wyobraźni. 





Kolejne rankingi z Gry o tron w drodze.


~R.