Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 czerwca 2015

Poetycki panteon - Tomasz Różycki

Tomasz Różycki - jeden z przedstawicieli poetów młodego pokolenia. Urodzony w 1970 roku. Poeta, tłumacz, romanista związany z Opolem. Moim zdaniem jeden z najzdolniejszych polskich twórców obecnych czasów (o wiele ciekawszym niż Świetlicki) - niezwykle oryginalny, zaskakujący, trafnie i głęboko opisujący obserwowaną rzeczywistość. Najbardziej znany z nowatorskiego poematu Dwanaście stacji nawiązującego w dużym stopniu do Kartoteki Różewicza i stylu mickiewiczowskiego znanego z Pana Tadeusza, choć według mnie to nie jest perła w jego bogatej twórczości. O wiele bardziej przemawiają do mnie jego piękne wiersze, w tym Stara Twierdza, której zamierzam poświęcić kilka chwil. 




Stara Twierdza 

Skończył się wiek dwudziesty i literatura
opuściła już miasta, ich ciepłe popioły, 
zapomniane pokoje, głębokie kościoły,
głosy w piwnicach, wiśnie i dni przed maturą,

archeologię i Niemców, Żydów, Polaków i tłumy
na dworcach. Umarł Schulz, Roth umarł. Od tej pory
literatura porzuciła już upiory
ulic, dzielnic, ogródków, zrzuciła mundury 

i zamieszkała w pustce, tam, gdzie jest jej miejsce 
od zawsze, od początku. Przeniosła się wreszcie
 do ciężkiej biblioteki, do archiwum plików
wirtualnej maszyny. Umarli już Brodski, 

Mandelsztam i Leśmian,  i wstąpiła w otchłań, 
do zagubionych listów, zdjęć, do snów, do nikąd. 



O dorobku twórców minionych epok można wiele powiedzieć. Każdy potrafi wymienić chociaż jedno dzieło Adama Mickiewicza, nikomu nie są obce treny Jana Kochanowskiego. Julian Tuwim to poeta, którego znają chyba wszyscy, z Krzyżakami Henryka Sienkiewicza miał do czynienia każdy. Ale to ludzie, w których twórczości głośnym echem odbijają się ważne wydarzenia czy problemy społeczne. Literatura stanowi swoisty nośnik pamięci dla tego, co minęło. Dzięki twórcom ubiegłych stuleci w pamięci potomnych zachowało się to, co najważniejsze. Dzięki polskim tekstom kultury nigdy nie zapomnimy o cierpieniu rodaków żyjących pod obcym panowaniem, ich poświęceniu w imię walki o wolność, tragedii ludności żydowskiej podczas Holocaustu, traumie tych, którzy przeżyli II wojnę światową, wartościach cenionych przez naszych przodków. Historia determinowała istnienie literatury, dawała artystom powody do tworzenia ich, często wiekopomnych, dzieł. Zabory, życie w niewoli, odzyskanie niepodległości, życie w wolnym kraju, II wojna światowa, Holocaust, komunizm - to te wydarzenia stały się inspiracją dla twórców dziewiętnasto, a przede wszystkim dwudziestowiecznych. To te wydarzenia determinowały ich postawy i uczucia, one nadały kształt ich twórczości, zapewniały sztuce prozatorskiej i poetyckiej rację bytu. Literatura w tamtym okresie nie była tym, czym jest dzisiaj. Była bronią, narzędziem służącym walce z okupantem, lekarstwem na wszelkie troski i zmartwienia, dawała nadzieję na to, że kiedyś wszystko się zmieni, "pokrzepiała serca". Ale wojna się skończyła, Holokaust minął, komunizm upadł. Czy to znaczy, że poeci i pisarze stracili źródła, z których mogą czerpać inspirację? Czy wobec braku tak tragicznych i bolesnych wydarzeń, jak te wymienione wcześniej, literatura straciła dotychczasową wartość? Czy przestała być potrzebna w obecnych czasach? Odpowiedzi na to pytanie spróbował poniekąd udzielić ktoś, kto sięgnął za pióro teraz, współcześnie. Tym człowiekiem jest Tomasz Różycki, poeta urodzony w 1970 roku, a więc osoba młoda, której dorosłe życie przypadło już pod koniec komunizmu w Polsce. W wierszu Stara twierdza wysnuwa pesymistyczne wnioski na temat roli literatury we współczesnym życiu, stara się roztrzygnąć, czy literatura jest nam jeszcze w ogóle potrzebna. 
Utwór otwierają słowa skończył się wiek dwudziesty, ponadto wiersz powstał w listopadzie 2004 roku. Poeta w swoim tekście odnosi się do czasów dla niego już nieosiągalnych, ponieważ w tej strofie padają również słowa i literatura opuściła już miasta, ich ciepłe popioły, zapomniane pokoje, głębokie kościoły, głosy w piwnicach,  co przywodzi na myśl jedno - wojnę. Można znaleźć tutaj odniesienie do obrazu zarówno ruin zbombardowanej po powstaniu Warszawy, jak i innych zniszczonych w latach 40. europejskich miast - to właśnie ich popioły opuściła upersonifikowana literatura. Pozostawiła też zapomniane już, może opuszczone w pośpiechu, pokoje; stanowiące kiedyś potężne oparcie dla cierpiących ludzi kościoły, a nawet głosy przerażonych osób ukrywających się w piwnicach. Kolejna strofa potwierdza wysnuty wyżej wniosek. Literatura opuszcza (...) Niemców, Żydów, Polaków i tłumy na dworcach, czyli zostawia w spokoju niemieckich oprawców z okresu II wojny światowej, uciemiężoną ludność żydowską i żyjących w okupowanym kraju Polaków. Co więcej, literatura zrzuca mundury - pozostawia to, co się zdarzyło za sobą, nie zamierza do tego wracać, uwalnia się spod władzy tych bolesnych wydarzeń, którym służyła do tej pory. Warto się zastanowić, dlaczego poeta przywołał w tekście elementy rzeczywistości kojarzące się w wojną? Można zaryzykować stwierdzenie, że w ten sposób przywołał ostatnie wydarzenia, które w tak ogromnym stopniu zawładnęły twórczością pisarzy i poetów. Po wojnie zastanawiano się już tylko, jak pisać po Holocauście. Wspomnienia ogromnych tragedii i zbrodni dokonanych w czasie tej wojny odcisnęły okrutne piętno na twórczości tych, którzy pisali podczas okupacji, a także po jej zakończeniu. To w swoich tekstach rozliczali się z przeszłością (Ocalony Różewicza), próbowali utrwalić te wydarzenia, aby nikt o nich nie zapomniał (Warkoczyk Różewicza, Pamiętniki z powstania warszawskiego Białoszewskiego), oddawali cześć tym, którzy zginęli i zapewniali, że ich ofiara nie poszła na marne (Pieśń o żołnierzach z Westerplatte Gałczyńskiego), próbowali odnaleźć się w wojennej rzeczywistości (Baczyński i Kolumbowie). Ale wojna się skończyła, mijały lata, rany zaczęły się goić, twórcy zaczęli powoli odchodzić. Trzeba było pogodzić się z przeszłością, zacząć od nowa. Poeci i pisarze próbowali skupić się na czymś innym, nie chcieli być już niewolnikami wspomnień z wojny. I pisali dalej. Ale to nie była już twórczość tak głośna i emocjonalna, jak ta powstała w latach 40. i 50 XX wieku. Była bardziej oszczędna, intymna, skupiała się na uczuciach towarzyszących człowiekowi, przestała być patriotyczna i pełna nadziei, bo nie było potrzeby pokrzepiać Polaków, zaczęto odchodzić od tematyki wojennej, jednak nie zdarzyło się nic, co mogłoby tak gwałtownie i potężnie zawładnąć literaturą, jak tragedia okupacji hitlerowskiej i eksterminacji ludności żydowskiej. Ludziom zaczęło się wydawać, że to, czemu warto było poświęcić utwory literackie, zostało już spisane. Sytuacja polityczna i społeczna uległa stabilizacji, ludzie nie musieli już szukać oparcia w wierszach i tekstach prozatorskich, nie potrzebowali już zapewnień o lepszych czasach, o wolności, bo to zostało osiągnięte. Współcześni pisarze i poeci stanęli przed trudnym zadaniem, trzeba było znaleźć coś, o czym warto pisać, na co warto zwracać uwagę. Ale czy to miało jeszcze sens? Czy literatura mogła mieć jeszcze do odegrania jakąś rolę? W czym mogła ulżyć ludziom, jak miała się odnaleźć w nowych czasach? Czy w ogóle istniała jakakolwiek szansa dla niej? Czy to wina literatury cierpiącej na brak inspiracji czy ludzi, którzy przestali się nią interesować? Różycki wysnuwa kontrowersyjną tezę, w której twierdzi, że literatura porzuciła już upiory ulic, dzielnic, ogródków, zrzuciła mundury. Co miał na myśli tworząc to wyliczenie? Może literatura zerwała krępujące ją więzy, przestała być niewolnicą pamięci o tym, co się już zdarzyło? Może odeszła, bo nie jest już potrzebna? Może jej wartość w obliczu obecnej rzeczywistości pozbawionej globalnych hekatomb, przykładów bestialstwa i zezwierzęcenia spadła? Może nikogo już nie interesuje, skoro ludzie nie potrzebują już ukojenia w bólu, lekarstwa na niemożność pogodzenia się z losem? W obecnych czasach, w ojczyźnie Różyckiego, panuje względny spokój, Polska jest krajem wolnym i niepodległym, demokratycznym. Nie jest rozdzielona między sąsiadów, jej mieszkańcy nie ponoszą już śmierci za walkę o wolność, nie toczą się na jej terenie okrutne zbrodnie, rodacy nie są już uciemiężeni przez wroga, nie prowadzą bratobójczych walk. W kraju panuje spokój i dobrobyt. Może w takich realiach literatura nie jest już tak potrzebna, nie cieszy się taką popularnością i szacunkiem, co zwłaszcza w ubiegłym wieku? Może dlatego usunęła się i zamieszkała tam, gdzie według Różyckiego, jest jej miejsce od zawsze, od początku", w pustce, wstąpiła "w otchłań. Ponadto, poeta przywołuje wielkich twórców XX wieku - Mandelsztama, Leśmiana, Schulza, Brodskiego. Byli poetami, prozaikami, eseistami, krytykami, niektórzy mieli żydowskie pochodzenie. W większości łączy ich to, że byli prześladowani (Mandelsztam, Brodski) albo ponieśli śmierć w czasie wojny (Schulz). Nazwisko każdego z nich pojawia się jedynie w kontekście tego, że ich śmierć spowodowała odejście literatury. Te słowa przywodzą na myśl wiersz Czesława Miłosza O poezji z powodu telefonów po śmierci Herberta, w których poeta  wyraża swoje stanowisko na temat relacji między autorem a jego dziełem. Miłosz wskazuje na to, że poeta jest jedynie sługą poezji, istotą kruchą, nędzną, której przeznaczeniem jest śmierć. Poezja natomiast jest nieśmiertelna, wieczna i po śmierci swojego "sługi" opuszcza go i "wędruje światem" wolna od "majaków psychozy, krzyku gnijących tkanek, męki  wbitego na pal", czyli wolna od marnych spraw doczesnych i ludzkich. Horacy myślał wręcz odwrotnie (co w kolejnych wiekach podkreślał Kochanowski chociażby w pieśniach), co widać zwłaszcza w Odzie II lub utworze Exegi monumentum, z  którego pochodzi słynne non omnis moriar (nie wszystek umrę). Rzymski poeta w swojej twórczości widział szansę na przetrwanie w pamięci potomnych, literatura była dla niego narzędziem, które miało go unieśmiertelnić w pewien sposób, sprawić, że mimo, iż on sam umrze, jego twórczość będzie trwać. Różycki polemizuje z tą teorią gorzko stwierdzając, że wraz ze śmiercią autorów, ich dzieła tracą na znaczeniu, literatura cierpi na tym, gdyż nie ma osób, które mogłyby tworzyć i zapewniać jej ciągłość. Ponadto, poeta dostrzega pewien upadek świata, jego niszczenie, czemu ma służyć przywołanie sylwetek wymienionych już poetów. Jeden z wierszy Mandelsztama przyczynił się do narażenia się władzy komunistycznej w ZSRR, co w konsekwencji doprowadziło poniekąd do zesłania go na osobisty rozkaz Stalina, w wyniku czego zmarł. Za swoje pochodzenie zginął natomiast Brunon Schulz - został zastrzelony w getcie przez niemieckiego żołnierza. Być może Różycki stara się udowodnić, że życie ludzkie jest bardzo nietrwałe i łatwo je stracić, a słowo potrafi mieć niezwykłą moc. Mówiąc o relacji między autorem a jego dziełami w "Starej twierdzy" można również wysnuć wniosek, że twórcy najczęściej podtrzymują literaturę przy istnieniu. Gdy oni umierają, ona również stopniowo staje się coraz bardziej zapomniana i zanika. Interesujące jest stwierdzenie o miejscu, w którym, według autora wiersza, powinna znajdować się literatura. Wymienione są tu "pustka", "otchłań", "ciężka biblioteka", "archiwum plików wirtualnej maszyny", "zagubione listy, zdjęcia, sny". Łatwo zauważyć rozbieżność między dwoma pierwszymi wyrażeniami a pozostałą grupą. Pustka i otchłań kojarzą się zwykle z czymś niemożliwym do zdefiniowania, ogarnięcia wyobraźnią, czymś abstrakcyjnym. Biblioteka, archiwa, listy, zdjęcia to pojęcia, które znamy, jesteśmy w stanie poznać je zmysłami, dotknąć, zobaczyć. Jak więc zrozumieć te słowa? Może chodzi o to, że nikt nie jest w stanie dokładnie określić, skąd pochodzi literatura? W jaki sposób się narodziła? Czy twórcy są jej sługami, co zasugerował Miłosz i po ich śmierci zostaje uwolniona i wędruje (światem, w pustce, w otchłani?) czy może autorzy ją kształtują, ubierają w słowa, dlatego po ich śmierci pozostaje w tym, co materialnego po nich pozostało, w listach, na zdjęciach, w snach? Może przeznaczeniem literatury jest znalezienie się w zbiorach starej biblioteki? Może miejscem literatury jest tytułowa "stara twierdza", sędziwa budowla będąca kolebką literatury, do której powoli zaczyna ona  powracać? Może nie ma żadnego miejsca, w którym powinna się znaleźć, stąd "donikąd" wieńczące tekst?  Uwagę przykuwa wyrażenie "archiwalne pliki wirtualnej maszyny", które mogą pomóc w spojrzeniu na tekst z innej perspektywy. Może Różycki mówi w gorzki sposób nie o samej literaturze, ale o ludziach i zmianach, jakie zaszły w ich mentalności? Biorąc pod uwagę to, iż wiersz powstał dopiero w 2004 roku, a sam poeta jest człowiekiem młodym i bacznie obserwującym otaczający go świat (poemat Dwanaście stacji), można wysnuć wniosek, iż to ludzie się zmienili, przestali interesować się literaturą, odrzucili ją, zrezygnowali z niej na rzecz "wirtualnych maszyn", które ją wyparły i sprawiły, że przeniosła się do plików w archiwum tychże maszyn. Wówczas, również wyliczenia literatura porzuciła już upiory ulic, dzielnic, ogródków, a także opuściła wiśnie i dni przed maturą można byłoby uznać za wyraz żalu za tym, że to, co związane z codziennością, sprawami na pozór zwykłymi i mało ważnymi wciąż jest wypierane przez patetyczną, poważną, pełną moralizowania tematykę albo że coraz bardziej traci znaczenie wskutek zmian zachodzących we współczesnym świecie. 
Stara twierdza to wiersz o dosyć ponurym wydźwięku. Oszczędny w swojej formie, pozbawiony wyszukanych środków artystycznego wyrazu (z wyjątkiem wyliczeń i uwypuklających treść przerzutni) pozwala dostrzec to, co w nim istotne. Różycki wskazuje na wciąż słabnącą pozycję literatury we współczesnym świecie podyktowaną zmianą mentalności ludzi i brakiem silnych bodźców z zewnątrz mogących stanowić inspirację dla twórców. Pesymistycznie mówi o stopniowym odchodzeniu literatury w niepamięć spowodowanym spadkiem zainteresowania, śmiercią tych, którzy wybitnie się dla niej zasłużyli, brakiem potrzeby jej znajomości. Poeta wskazuje na to, iż wraz z końcem XX wieku literatura nie odgrywa już tak ważnej roli jak w latach 40., posępnie kończy swój tekst wymownym "donikąd", co sugeruje, że literatura przestaje pełnić funkcje, które przez wieki jej przypisywano. 


~R.

niedziela, 24 maja 2015

Poetycki panteon - Rafał Wojaczek

Pierwszy tekst na blogu to brutalne zderzenie z rzeczywistością. Nie wiem, czy rozpoczęcie Wojaczkiem pisania na blogu to dobry pomysł, ale cóż, kości zostały rzucone. Zdecydowałam, że to Rafał Wojaczek - postać kontrowersyjna na każdej płaszczyźnie - rozpocznie mój cykl "Poetycki panteon", w którym będę przybliżać sylwetki najbardziej przeze mnie cenionych poetów. Dlaczego akurat Wojaczek? Odpowiedź jest dosyć banalna, to spod jego pióra wyszedł mój absolutnie ukochany wiersz pt. "Dotknąć". Co więcej, cenię tego człowieka tak mocno, że postanowiłam umieścić go na piedestale mojej osobistej hierarchii twórców. Więcej o nim w tekście, będącym równocześnie swoistą analizą wymienionego wiersza, poniżej. Zapraszam do lektury.





Dotknąć....



Dotknąć deszczu ,by stwierdzić, że pada 
Nie deszcz, tylko pył z Księżyca spada 

Dotknąć ściany, by stwierdzić , że mur 
Nie jest ścianą, lecz kurtyną z chmur 

Ugryść kromkę, by stwierdzić, że studnia 
Wyschła oraz wszystkie inne źródła 

Wyrzec słowo, by stwierdzić, że głos 
Jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi




Rafał Wojaczek – poeta wyklęty. Ten, którego za życia odrzucono, został doceniony dopiero po przedwczesnej śmierci. Niezwykle trudno znaleźć słowa, którymi można byłoby dokładnie opisać zarówno samego Wojaczka, jak i jego twórczość. Każdy wyraz wydaje się nie odzwierciedlać w pełni charakteru tego człowieka, jego myśli, poezji.  Nawet przynależność do grupy „poetów wyklętych” nie daje takiej pełnej charakterystyki. Był buntownikiem, przekroczył wszystkie możliwe granice w tworzeniu sztuki, znane były jego skłonności do nadużywania alkoholu i leków, wielokrotnie próbował odebrać sobie życie. Żył tak, jak chciał, na własnych zasadach. Co więcej, na własnych zasadach postanowił umrzeć. Popełnić samobójstwo. W młodym wieku. Niczym romantyk. Skandalista, samotnik, geniusz, katastrofista i ten, który nie potrafił poradzić sobie z tym, co go otacza, nawet z samym sobą. To Wojaczek. Nie był polskim wieszczem narodowym jak Mickiewicz. Nie moralizował jak Kochanowski. Nie cieszył się takim uznaniem jak Szymborska, autorytetem jak Miłosz, czy nawet sympatią jak Tuwim. Rafał Wojaczek nie stał ponad rodakami strzegąc ich moralności. Stanął między nimi, a to, co myślał, przelał na papier. Na stałe zapisał się w historii polskiej literatury jako człowiek, który stanął wszystkiemu naprzeciw. Człowiek, który był doskonałym obserwatorem. Człowiek, który nie dbał o opinię innych.  Człowiek, który kontrowersyjnie i na własny sposób pokazywał, jak widzi otaczający go świat. Wreszcie człowiek, który uparcie szukał własnej tożsamości. Poezja Rafała Wojaczka w wielu aspektach przypomina tę, którą tworzyli Rimbaud, Verlaine, Stachura czy Baczyński. To poezja brutalna, mroczna, katastroficzna. To poezja, którą ciężko zinterpretować, której trudno nadać jeden, właściwy sens. Stąd moja opinia, że jego wiersze każdy powinien odczytywać samodzielnie. Nigdy nie dowiemy się, co sam poeta myślał, kiedy je tworzył. Oczywiście, oparcia możemy szukać w pracach badaczy, znawców i specjalistów, ale najlepsza interpretacja to taka, do której dojdziemy sami, bo w każdym wierszu możemy odnaleźć słowa, które jakby tylko do nas i właśnie do nas są kierowane. Świat według Wojaczka jest niedoskonały, wręcz prymitywny, ponury, naznaczony piętnem śmierci, podobnie jak ludzie go zamieszkujący. Odzwierciedleniem jego myśli, może nawet kwintesencją całej twórczości jest wiersz „Dotknąć…” pochodzący z drugiego i ostatniego wydanego za jego życia tomiku „Inna bajka” z 1970 roku.
„Dotknąć…” składa się z pięciu, zbudowanych paralelnie dystychów. Poeta nieczęsto decydował się na taki układ, ale w tym przypadku każdy dwuwiersz stanowi jedno, określone zestawienie. Wszystkie rozpoczynane są przez czasowniki dotyczące wykonywania określonych czynności, odnoszące się do zmysłów: obecne już w tytule, a później dwukrotnie użyte: „dotknąć”, następnie „ugryźć”, „łyknąć”, „wyrzec”. Wymienione czasowniki wyrażają to, co jest konieczne człowiekowi do życia i poznawania świata. Zgodnie z poglądami sensualistycznymi, wszelka ludzka wiedza pochodzi od wrażeń zmysłowych. Angielski filozof epoki oświecenia, John Locke, mawiał, że „nie ma niczego w umyśle, co nie zaistniałoby w zmysłach”. Jednak ten, który mówi w wierszu, wcale nie ma na myśli tego, że zmysły mogą w czymkolwiek pomóc człowiekowi. Wręcz przeciwnie. Owszem, pierwsze wersy każdej strofy sugerują, że bez zmysłów niemożliwe byłoby na przykład stwierdzenie, że pada deszcz. Jednak, typowym zabiegiem dla Wojaczka było podejmowanie pewnego rodzaju dyskusji z ogólnie przyjętymi normami i założeniami. Znajduje to swoje odzwierciedlenie w tekście. Podmiot liryczny dotyka deszczu, ale zamiast stwierdzić, że faktycznie pada, dochodzi do wniosku, że to „tylko pył z Księżyca spada”. Podobnie w drugim dystychu. Dotyka ściany, ale dochodzi do wniosku, że mur nie jest wcale ścianą, „lecz kurtyną z chmur”. Za tymi wyszukanymi metaforami kryje się wielkie rozczarowanie i ból osoby mówiącej w wierszu, które apogeum osiągną dopiero w końcowym dwuwierszu, ale o tym później. Woda niezbędna do życia okazuje się być tylko pyłem księżycowym, a mur, swoiste uosobienie poczucia bezpieczeństwa, staje się jedynie kruchą kurtyną z chmur. Można to rozumieć, jako pragnienie czegoś, co w naszym mniemaniu jest niezwykle niezbędne i wartościowe; coś, do czego dążymy. Pragniemy to poczuć jak padający deszcz czy dotknąć - jak ścianę. Uznajemy bowiem te pragnienia za oczywiste i wręcz przyziemne. Jednak im bardziej się do nich zbliżamy, tym szybciej okazuje się, że to jedynie ułuda, coś nietrwałego, przemijającego. Zderzenie z rzeczywistością jest tak wstrząsające i nieprawdopodobne jak fakt, iż deszcz wcale nie jest deszczem, a pyłem księżycowym, a mur to nie stabilna ściana, a ulotna kurtyna z chmur. Myślę, że tutaj wyraźnie widać autobiograficzność wiersza. Wojaczek był pesymistycznym samotnikiem, niepotrafiącym określić, kim jest, i co jest mu potrzebne w życiu. Podmiot liryczny utworu również się z tym boryka. Kolejne dwa dwuwiersze mają jeszcze bardziej ponury i przygnębiający wydźwięk. Dotyczą dwóch, chyba najbardziej elementarnych aspektów życia każdego człowieka - jedzenia i picia. Tutaj ujawniają się typowe dla poezji Wojaczka motywy śmierci, przemijania, nadchodzącego końca. Podmiot liryczny gryzie kromkę chleba po to, aby stwierdzić, że „żyto zjadły szczury”, łyka wodę, „by stwierdzić, że studnia wyschła oraz wszystkie inne źródła”. Chleb i woda są niezbędne do życia. Bez nich człowiek umiera. Żyto potrzebne to pieczenia chleba zostało zjedzone przez gryzonie, a studnia, będąca źródłem wody, wyschła. Widmo śmierci pojawia się również we fragmencie „i piekarz też zginął”.  Nawet piekarz. Zastanawiającym elementem wiersza mogą być słowa „oraz wszystkie inne źródła”. O jakich źródłach myśli osoba mówiąca w wierszu? Wskazała już studnię jako jedyne źródło życiodajnej wody, więc na pewno te słowa nie odnoszą się do niej. Zatem czym są? Biorąc pod uwagę cały tekst, ciężkie życiowe doświadczenia Wojaczka, a co za tym idzie charakter jego wierszy, można wysnuć wniosek, iż te „wszystkie inne źródła” stanowią to, w czym podmiot upatruje szansę na dokonanie zmian w swoim życiu, w czym widzi to, do czego dążył, i co było mu niezbędne. Jednak i w tym przypadku czeka go gorzkie rozczarowanie. Inne źródła to ludzie, którzy zmieniliby jego życie, sprawiliby, że nie czułby się już samotny. Jednak wypowiedziane słowo, będące w rzeczywistości rozpaczliwym krzykiem, wołaniem o pomoc, nikogo nie obchodzi. Osoba mówiąca w wierszu wskazuje na obojętność względem drugiego człowieka. „Dotknąć…” to wiersz dopracowany pod względem formy. Tekst jest pozornie uporządkowany dzięki zapisaniu go w dystychach, znajdziemy w nim też rymy (pada-spada, mur-chmur). Zrezygnowanie z wyszukanego słownictwa na rzecz wyrażeń dosyć potocznych, prostych („żyto zjadły szczury”, „nikogo to nie obchodzi”) kontrastuje z obecnością niebanalnych, oryginalnych metafor („pył z Księżyca spada”, „kurtyna z chmur”), jednak pomimo tego, tekst jest czytelny – jego forma, zastosowane środki artystycznego wyrazu nie przysłaniają treści, nie utrudniają odczytania. Ważną rolę pełnią tu również przerzutnie międzywersowe – szczególnie widać to w dwóch początkowych dystychach. W pierwszym wers kończy czasownik „pada”, który sugeruje koniec wypowiedzi (podmiot czuje deszcz, więc stwierdza, że pada). Nic bardziej mylnego. Drugi wers kontynuuje wypowiedź z pierwszego i burzy wcześniejsze wnioski (deszcz nie jest tak naprawdę deszczem, a pyłem z Księżyca). Analogiczna sytuacja występuje w drugim dwuwierszu. Przerzutnie w czwartej i piątej strofie mają inny charakter – „ja” liryczne” gryzie chleb i łyka wodę, wie, że pieczywo powstaje z żyta, a źródłem wody jest studnia. Jednak i w tym przypadku drugi wers niszczy to, do czego doszedł wcześniej. Gryząc chleb, przekonuje się, że zboże zjadły szczury, a studnia wyschła. Dzięki paralelnej budowie wypowiedzi, wiersz charakteryzuje pewien rytm, który brutalnie burzy piąty, w mojej opinii, ponury i tragiczny dystych, w którym najlepiej widać ogromną samotność podmiotu lirycznego, a może nawet samego Rafała Wojaczka. Życie osoby mówiącej w tekście, którą, myślę, że można utożsamić z poetą, to pasmo rozczarowań, smutku i melancholii. Ten człowiek jest świadomy kruchości i marności ludzkiego życia, tego, że wszystko, do czego dąży to ułuda i nieprawda. Taka postawa jest niezwykle bliska temu, co przedstawiali w swoich tekstach poeci barokowi jak Mikołaj Sęp Szarzyński („Sonet III: o wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem”, w szczególności fragment „[…] wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie?”) czy Daniel Naborowski („Krótkość żywota”). Zarówno oni, jak i Wojaczek wskazują na, jak już wspomniałam, marność człowieka, jego uległość wobec pokus, również ułomność, bo nawet jego zmysły go zwodzą. Uważam, że podmiot jest przekonany, iż człowiekowi do życia jest tak naprawdę potrzebny drugi człowiek. To on nadaje wszystkiemu sens, nie pozwala poczuć się samotnym, w mojej opinii kontakt z drugą osobą może stanowić jeden z ważniejszych celów, do których dążymy, jeśli nie najważniejszy. Wówczas tekst można odczytać inaczej. Deszcz, czyli jednocześnie woda, jako coś niezbędnego do życia, byłby symbolem obcowania z drugim człowiekiem, przyjaźnią z nim – czymś, bez czego człowiek nie może się obejść. Fakt, iż ten deszcz okazuje się być jedynie jakimś pyłem z Księżyca, czymś nędznym i bezwartościowym, oznacza, że przyjaźń nic nie znaczy, to tylko puste słowo. W ten sam sposób można interpretować wykorzystanie pojęcia muru. Mur daje oparcie, swoiste poczucie bezpieczeństwa – podobnie jak przyjaźń. Jednak szybko można się przekonać, że przyjaźń to tylko jakaś zasłona z chmur – nietrwała i znikająca, kiedy rodzi się problem, konflikt, potrzeba.  Jest niczym kurtyna podnoszona przed rozpoczęciem się przedstawienia teatralnego – widzimy ją tylko wtedy, kiedy nie rozgrywa się nic istotnego, podobnie jest z przyjaźnią – istnieje, dopóki nie pojawi się problem wymagający emocjonalnego zaangażowania drugiej osoby. Wielokrotnie już wspominałam o problemach ze znalezieniem własnej tożsamości i odnalezienia się w świecie przez Wojaczka. Może tym, do czego skrycie dążył, i czego pragnął była przyjaźń?  Wiersz nie jest przykładem liryki opisowej, bowiem poeta tworzy nie świat rzeczy, ale pojęć. Przywołany w tekście świat materialny stanowi metaforę tego, co niematerialne, związane z duszą człowieka. Fakt, iż przenośnie dotyczą pojęć tak oczywistych jak deszcz, ściana, chleb i woda potęgują tylko tragizm życia człowieka, który nie może odnaleźć sensu własnego istnienia, nie może pogodzić się z tym, że wszystkie wartości, do jakich dążył okazują się czymś marnym jak pył księżyca czy ulotnym niczym kurtyna z chmur. To nie rozum, ale zmysły i cielesność pomagają człowiekowi zrozumieć bezsens własnego życia. Osoba mówiąca w wierszu odczuwa niemal fizyczny ból, jak ten związany z głodem czy pragnieniem, bo nie żyje w błogiej nieświadomości. Obdarzony rozumem, umiejętnością myślenia i wyciągania wniosków, zauważa, do czego zmierza świat i jak skończy się jego egzystencja. Wie, że człowiek urodził się po to, by żyć od rozczarowania do rozczarowania. Jest świadomy tego, że życie ludzkie zmierza nieuchronnie do śmierci i ta świadomość determinuje jego skrajnie pesymistyczną postawę. Doskonale zdaje sobie sprawę, że żyje samotnie, bo ludzie są wobec niego obojętni. Jego krzyk nie zwraca niczyjej uwagi, nikogo nie obchodzi. Myślę, że to powód, dla którego cierpi najmocniej.  Bo nie jest rozumiany, nie otrzymuje potrzebnego wsparcia, nikomu na nim nie zależy. Dla niego sens i cel ludzkiej egzystencji nadaje obcowanie z innymi.  

Sądzę, że „Dotknąć…” to zarówno dokładny portret psychologiczny samego Wojaczka, jak i doskonale wysnute wnioski dotyczące ludzkiego życia. Burzliwe życie, choroba psychiczna i wcześniej wymienione problemy z odnalezieniem się w otaczającym świecie znajdują swoje odzwierciedlenie w tym tekście. Ponadto, obserwacje poczynione przez poetę, zawarte w wierszu są wynikiem ciągłych poszukiwań najważniejszych wartości, własnej tożsamości, sensu życia, niestety wciąż nieskuteczne. Poeta jest rozgoryczony tym, co widzi, i do jakich przygnębiających wniosków dochodzi. „Dotknąć…” to zapis myśli o nieuchronnej śmierci, samotności, uporczywym poszukiwaniu zrozumienia, przyjaźni, ciągłych rozczarowaniach.  To również gorzka ocena okrutnej rzeczywistości („głos jest krzykiem, który nikogo nie obchodzi”), w której jednostka czuje się oszukana, przytłoczona przez egoizm innych, a jej samotność nie zwraca niczyjej uwagi. „Dotknąć…” to dowód zarówno na kunszt poetycki Rafała Wojaczka, aktualność jego przemyśleń, jak i postawioną przeze mnie wcześniej tezę, że każdy może znaleźć w utworze lirycznym coś, co sprawia wrażenie, jakby było skierowane do nas, stworzone tylko dla nas.  

~R.