Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2015

Malarstwo jest milczącą poezją* - Jan Vermeer


Kiedy ktokolwiek zapyta mnie o ulubionego malarza, nie jestem w stanie podać jednego tylko nazwiska, moje myśli krążą wokół dziesiątek sylwetek wielkich twórców z różnych epok, z różnych środowisk, dlatego najczęściej wymieniam kilku, a na pierwszy miejscu zawsze stoi Jan Vermeer, którego biografię i twórczość postanowiłam dzisiaj nieco przybliżyć. 

Przypuszczalny autoportret malarza,
fragment obrazu u Stręczycielki

Jan Vermeer (1632- 1675) urodził się i zmarł w Delft, w Holandii, był XVII-wiecznym holenderskim malarzem tworzącym w epoce baroku. Pozostawił po sobie ok. 30 obrazów (szacuje się, że malował 2-3 płótna rocznie). Vermeer pochodził w rodziny mieszczańskiej, nie posiadamy zbyt wiele informacji o jego edukacji - wiadomo jedynie, że w wieku 20 lat (w 1653 roku) wstąpił do gildii św. Łukasza skupiającej między innymi malarzy, a jak wiemy, aby wstąpić do tego rodzaju instytucji, musiał przez okres 6 lat terminować u innego ze znanych malarzy (przypuszcza się, że był to Leonaert Bramer lub Carel Fabritius - uczeń innego wybitnego malarza, Rembrandta). W tym samym roku, Vermeer poślubił również Catharinę Bolnes, co nie obyło się bez sprzeciwów ze strony matki dziewczyny, jednakże dzięki wstawiennictwu wspomnianego już Bramera, małżeństwo doszło do skutku. Mówi się, że opór Marii Thins, matki Cathariny, wywołały względy finansowe (Vermeemowie byli zadłużeni w przeciwieństwie do dobrze sytuowanej rodziny wybranki Jana), a także religia - Jan Vermeer był prawdopodobnie kalwinem, jego żona katoliczką (niewykluczone, że w związku z zawieranym małżeństwem Vermeer zmienił wyznanie). Z tego okresu właśnie pochodzą dwa najwcześniejsze, znane dzisiaj obrazy: Chrystus w domu Marii i Marty oraz Toaleta Diany. Vermeer miał dosyć liczną rodzinę - mówi się, że miał jedenaścioro (nawet może piętnaścioro) potomstwa, z których kilkoro zmarło we wczesnym dzieciństwie. Trudnił się nie tylko malarstwem, ale niewykluczone, iż prowadził oberżę ojca, a także wiadomo, że był handlarzem dzieł sztuki i ich rzeczoznawcą (w 1672 roku, wraz z grupą innych malarzy, dokonał ekspertyzy dzieł przypisywanych Michałowi Aniołowi, Tycjanowi i Rafaelowi). Vermeer prawdopodobnie nie tworzył dzieł na wolny rynek, ale dla konkretnych odbiorców, jednym z jego mecenasów był Jacob Dissius, który w 1682 roku posiadał aż 19 obrazów tego malarza. W późniejszym okresie życia, rodzina Vermeera popadła w długi - ich sytuacja finansowa była coraz gorsza, co odbiło się na zdrowiu i twórczości, która stała się mało naturalna i sztywna (Dama stojąca przy szpinecie), od 1672 roku (wybuch wojny francusko-holenderskiej) nie sprzedał żadnego płótna. 

Vermeer jest znany głównie jako malarz scen rodzajowych, chociaż w jego dorobku artystycznym znajdziemy dwa obrazy historyczne, dwie alegorie oraz widoki miasta również w liczbie dwóch. Sceny jego dzieł są najczęściej przedstawiane w mieszczańskich wnętrzach (najprawdopodobniej wzorowanych na wnętrzach jego własnego domu), często tych samych. Malował najczęściej kobiety, zwykle znajdujące się w pobliżu okien będących źródłem światła (Kobieta z naszyjnikiem pereł, 1662-1665). Charakterystyczne dla malarstwa Vermeera jest to, iż wykorzystywał często te same przedmioty, na przykład biała karafka pojawia się na obrazach Lekcja muzyki, Dziewczyna z kieliszkiem wina, Śpiąca dziewczyna

Powiedzenie czegokolwiek na temat techniki malarskiej, jaką posługiwał się Vermeer nie jest łatwym zadaniem. Wiadomo, że młodzi twórcy tajniki malarskiego fachu przejmowali zazwyczaj od swoich mistrzów. Co więcej, malarze za każdym razem musieli postępować według ściśle określonych reguł, co dotyczyło chociażby przygotowywania pigmentów, co wymagało wiedzy i czasu. Paleta, jaką posługiwał się Vermeer nie była imponująca - w jego dziełach znaleziono w sumie tylko 20 różnych pigmentów, od innych malarzy odróżniało go niezwykłe zamiłowanie do błękitu uzyskiwanego z kosztownego lapis-lazuli (powszechnie używany był azuryt). Vermeer używał farb olejnych i malował na płótnach, z wyjątkiem dwóch dzieł namalowanych na desce (Dziewczyna w czerwonym kapeluszu, Dziewczyna z fletem - tutaj autorstwo niepewne). 

Chociaż osoba Vermeera uległa po jego śmierci lekkiemu zapomnieniu, liczba nawiązań do jego nazwiska i twórczości jest imponująca. Jego postać jest wielokrotnie przywoływana w W poszukiwaniu straconego czasu Prousta, co więcej, jeden z bohaterów tekstu umiera przed obrazem Widok Delft. Vermeerem zachwycali się impresjoniści (Renoir), Salvador Dali uznał go za najgenialniejszego artystę w historii świata. Amerykańską pisarkę Tracy Chevalier tak bardzo zafascynował obraz Dziewczyna z perłą, że stworzyła historię tego, w jakich okolicznościach mogło powstać to dzieło (powieść doczekała się ekranizacji w 2003 roku, Scarlett Johansson jako tytułowa dziewczyna z perłą, Colin Firth w roli malarza, recenzja niebawem). Susanna Kaysen swoją książkę (na podstawie której powstał znakomity film z Winoną Ryder i Angeliną Jolie) obdarzyła tytułem jednego z obrazów Vermeera pt. Przerwana lekcja muzyki. 

Przerwana lekcja muzyki, datowana na 1658-1661, obecnie w Nowym Jorku

Widok Delft, obraz datowany na 1658-1661, obecnie znajdujące się w Hadze,
płótno sygnowane, jedno z dwóch przedstawień miasta w twórczości Vermeera,
obraz miał kilku właścicieli, opis ze sprzedaży z 1822: Sposób malowania jest śmiały,
mocny i mistrzowski, 
jak tylko można by sobie wyobrazić, wszystko prześwietlone jest 
w piękny sposób 
blaskiem słońca, tonacja powietrza i wody, powierzchnia murów i widoki
tworzą 
znamienitą całość; jest to obraz absolutnie jedyny w swoim rodzaju. 

Dziewczyna z perłą, datowana na ok. 1664,
nazywana Mona Listą Północy/Holenderską Mona Lisą

Moja przygoda z Vermeerem wbrew pozorom nie zaczęła się od zobaczenia obrazu Dziewczyna z perłą, z którego to ten holenderski twórca jest najbardziej znany. Pierwszym jego dziełem, jakie poznałam i które mnie zafascynowała było płótno pod tytułem Dziewczyna czytająca list, datowane na 1657-1659, obecnie znajdujące się w Dreźnie. 


Zafascynował mnie wtedy sposób przedstawienia postaci - widzimy ją profilem, ale w szybie otwartego okna, przy którym stoi, malarz przedstawił delikatne odbicie twarzy dziewczyny. Szybko zaczęłam czytać więcej o tym dziele - o jego symbolice, technice wykonania. Vermeer dał się tutaj poznać jako mistrz operowania światłem i cieniem, dyskretnie także umieścił na płótnie symbole mające ułatwić odczytanie wymowy obrazu. Mamy zatem widoczne ułożone na stole owoce, odwołujące się do grzechu pierwszej kobiety - Ewy. Co więcej, badania rentgenowskie, wykazały, że pierwotnie malarz umieścił na ścianie obecny w jego twórczości obraz z kupidynem, który później ostatecznie zamalował. Otwarte okno, przy którym stoi dziewczyna, jest ponoć symbolem jej pragnienia kontaktu ze światem zewnętrznym, od którego, zgodnie z wymogami epoki, jest w swoisty sposób odizolowana. Muszę przyznać, że zarówno sam obraz, jak i lektura tekstu dotyczącego jego historii mocno podziałały na moją wyobraźnię i zaczęłam patrzeć na niego w taki sposób, w jaki zrobili to badacze twórczości Vermeera - list, który czyta postać na obrazie to list miłosny będący zarazem wstępem do złamania przysięgi małżeńskiej. Spokojnie mogę powiedzieć, że jest to jeden z moich ulubionych obrazów holenderskiego twórcy, bo pozostawia wiele dla wyobraźni, naprowadza na właściwy tok rozumowania obecnością ciekawych symboli, a malarsko cechuje go niezwykła precyzja i kunszt. Co prawda, nie jestem pewna, czy każdy obraz sprawia, że w mojej głowie rodzi się konkretna historia (jak w przypadku autorski własnej wersji wydarzeń dotyczącej okoliczności powstania obrazu Dziewczyna z perłą), ale za każdym razem, kiedy widzę jakikolwiek obraz Vermeera, przed oczyma duszy mojej staje mi jakaś opowieść, coś, co mogło zainspirować go do tworzenia. Moim zdaniem, Vermeer jako malarz scen rodzajowych, zasługuje na miano mistrza w tej dziedzinie. Ilość obrazów przedstawiających konkretną, wykonywaną w danym momencie czynność jest imponująca. Vermeer miał niewątpliwie talent do tworzenia tego rodzaju obrazów - udawało mu się jakby zatrzymać czas na swoim obrazie, ukazać ten jeden moment, który go zainteresował. Jego postaci zawsze mają za sobą jakąś przeszłość, przedstawiają jakąś historię, na ich twarzach zawsze można dostrzec emocje. Ponadto, jestem wielką wielbicielką tego, w jaki sposób Vermeer malował wnętrza, co doskonale widać na powyższym obrazie. Dbałość o szczegóły, realizm, doskonałe operowanie światłocieniem robią wrażenie. Niewiele mogę powiedzieć o tym, dlaczego lubię sposób, w jaki tworzył Vermeer, nie mam wystarczającej wiedzy na ten temat, ale w jego obrazach, w sposobie, w jaki tworzył jest coś, co mnie osobiście przyciąga, zawsze znajdzie się na obrazie jakiś detal, jakiś kolor, coś, co przykuje moją uwagę - cenię to, że technika Vermeera jest tak charakterystyczna, że widząc jakiś jego obraz można bez wahania stwierdzić, że to niemal na pewno jego dzieło. 

Poniżej przedstawiam kilka wybranych, moich ulubionych dzieł Vermeera:

Astronom, ok. 1668, obecnie w Luwrze, obraz zachwyca mnie dynamiką, widać, że coś się na nim dzieje, postać dotyka globusu, wygląda jakby się podnosił z krzesła. Po raz kolejny Vermeer udowodnił, że jest precyzyjnym, dokładnym malarzem, który nie idzie na łatwiznę - bogactwo szczegółów takich jak chociażby wzorzysta tkanina na stole, drapowania stroju i wspomnianej tkaniny, globus, cień szafy oświetlanej słońcem dostającym się do pokoju przez okno. Coś niezwykłego. 


Koronczarka, 1669-1671, obecnie w Luwrze, przypuszcza się, że Vermeer wykorzystał tutaj camera obscura (nici wystające z otwartej poduszki), mam sentyment do tego obrazu, bo cenię w nim precyzję, z jaką malarz oddał skupienie na twarzy kobiety tworzącej koronkę - dopracował jej strój, fryzurę, przedstawił ją z ciekawej perspektywy, moim zdaniem jeden z najlepiej wykonanych (i równocześnie najmniejszych, krawędzi nie przekraczają 25 cm) obraz Jana Vermeera. 

Lekcja muzyki, 1659-1664, obecnie w Pałacu Buckingham, kolejny po Dziewczynie czytającej list obraz, dla którego stworzyłam własną wersję okoliczności powstania. Zachwyca tutaj nie tylko bogactwo wystroju wnętrza i to, z jakim kunsztem Vermeer to oddał - tym razem zachwyca to, co zostało zacytowane na obrazie. Tak, zacytowane. Na instrumencie, na którym gra dziewczyna, została zacytowana inskrypcja w języku łacińskim, którą można przetłumaczyć jako muzyka jest towarzyszką w radości i lekiem na strapienia - to te słowa szczególnie do mnie trafiły i pozwoliły opowiedzieć sobie historię tego, co stało się inspiracją do stworzenia tego dzieła.  +100 za nawiązanie do stylu Caravaggia we fragmencie obrazu na ścianie.  


Ważąca perły albo Kobieta z wagą, 1662-1665, obecnie w Waszyngtonie, jeden z moich ulubionych obrazów Vermeera, bo niejednoznaczny - niby możemy to odczytywać jako kolejną, zwykłą scenę rodzajową (kobieta w ciąży/ubrana w modny wtedy typ ubioru ważąca perły), swoją drogą przepięknie stworzoną, to drugi po Dziewczynie czytającej list obraz, do którego zrodziła mi się w głowie konkretna historia okoliczności powstania, jednakże ilość symboli na obrazie daje do myślenia - perły jako symbol marności, czyli to co ziemskie,  wizja Sądu Ostatecznego za kobietą,  czyli co to wieczne i duchowe, analogie między Maryją a kobietą na obrazie - trudno jednoznacznie stwierdzić, przez co obraz jedynie zyskuje na wartości. 


Alegoria wiary, 1669-1674, obecnie w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, jedna z dwóch alegorii autorstwa Vermeera, przypuszcza się, że powstał na zamówienie jezuitów, obraz jest silnie nacechowany symbolicznie, wiara to siedząca postać kobiety w odświętnej sukni, trzymającą stopę na globusie, za nią znajduje się uproszczona reprodukcja dzieła Jacoba Jordaensa, ponownie Vermeer dał upust swojemu zamiłowaniu do błękitu, ponownie można dostrzec niezwykłą dbałość o szczegóły (jak chociażby zasłona po lewej stronie). 
Pijana dziewczyna śpiąca przy stole, ok. 1657, obecniew Metropolitan Museum of Art  w Nowym Jorku, jeden z wielu obrazów, gdzie Vermeer umieścił obraz Kupidyna (w lewym górnym rogu) - mówi się, że obraz ma przesłanie typowo moralizatorskie - pijaństwo to rzecz człowieka niegodna. Badacze twierdzą, że kobieta jest służącą, chociaż jej strój jest typowy dla pani domu,  być może jest stan ma związek z relacjami uczuciowymi (prawdopodobnie pozamałżeńskimi, kupidyn symbolem rozwiązłości), na co wskazuje obraz w lewym górnym rogu i zamalowana postać mężczyzny w pomieszczeniu obok.  Jeden z moich ulubionych obrazów - dopracowany, widać zamiłowanie do odcieni niebieskiego i wzorzystych,  ciężkich tkanin. Obraz jest dla mnie świetnym przykładem tego, jak wyglądały moda i wystrój wnętrz XVII-wiecznej Holandii. 

U stręczycielki, 1656, obecnie znajduje się w Dreźnie - odważny, nieco kontrowersyjny obraz ukazujący realia XVII-wiecznej Europy, uwielbiam perfekcje z jaką namalowany został dywan wysuwający się na pierwszy plan, obraz jest dowodem tego, co napisałam wcześniej - zawsze rodzi się w głowie jakaś historia dotycząca okoliczności powstania obrazu, każda z postaci wyraża inne emocje. 


~R.















*Simonides z Keos

niedziela, 24 maja 2015

Poetycki panteon - Rafał Wojaczek

Pierwszy tekst na blogu to brutalne zderzenie z rzeczywistością. Nie wiem, czy rozpoczęcie Wojaczkiem pisania na blogu to dobry pomysł, ale cóż, kości zostały rzucone. Zdecydowałam, że to Rafał Wojaczek - postać kontrowersyjna na każdej płaszczyźnie - rozpocznie mój cykl "Poetycki panteon", w którym będę przybliżać sylwetki najbardziej przeze mnie cenionych poetów. Dlaczego akurat Wojaczek? Odpowiedź jest dosyć banalna, to spod jego pióra wyszedł mój absolutnie ukochany wiersz pt. "Dotknąć". Co więcej, cenię tego człowieka tak mocno, że postanowiłam umieścić go na piedestale mojej osobistej hierarchii twórców. Więcej o nim w tekście, będącym równocześnie swoistą analizą wymienionego wiersza, poniżej. Zapraszam do lektury.





Dotknąć....



Dotknąć deszczu ,by stwierdzić, że pada 
Nie deszcz, tylko pył z Księżyca spada 

Dotknąć ściany, by stwierdzić , że mur 
Nie jest ścianą, lecz kurtyną z chmur 

Ugryść kromkę, by stwierdzić, że studnia 
Wyschła oraz wszystkie inne źródła 

Wyrzec słowo, by stwierdzić, że głos 
Jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi




Rafał Wojaczek – poeta wyklęty. Ten, którego za życia odrzucono, został doceniony dopiero po przedwczesnej śmierci. Niezwykle trudno znaleźć słowa, którymi można byłoby dokładnie opisać zarówno samego Wojaczka, jak i jego twórczość. Każdy wyraz wydaje się nie odzwierciedlać w pełni charakteru tego człowieka, jego myśli, poezji.  Nawet przynależność do grupy „poetów wyklętych” nie daje takiej pełnej charakterystyki. Był buntownikiem, przekroczył wszystkie możliwe granice w tworzeniu sztuki, znane były jego skłonności do nadużywania alkoholu i leków, wielokrotnie próbował odebrać sobie życie. Żył tak, jak chciał, na własnych zasadach. Co więcej, na własnych zasadach postanowił umrzeć. Popełnić samobójstwo. W młodym wieku. Niczym romantyk. Skandalista, samotnik, geniusz, katastrofista i ten, który nie potrafił poradzić sobie z tym, co go otacza, nawet z samym sobą. To Wojaczek. Nie był polskim wieszczem narodowym jak Mickiewicz. Nie moralizował jak Kochanowski. Nie cieszył się takim uznaniem jak Szymborska, autorytetem jak Miłosz, czy nawet sympatią jak Tuwim. Rafał Wojaczek nie stał ponad rodakami strzegąc ich moralności. Stanął między nimi, a to, co myślał, przelał na papier. Na stałe zapisał się w historii polskiej literatury jako człowiek, który stanął wszystkiemu naprzeciw. Człowiek, który był doskonałym obserwatorem. Człowiek, który nie dbał o opinię innych.  Człowiek, który kontrowersyjnie i na własny sposób pokazywał, jak widzi otaczający go świat. Wreszcie człowiek, który uparcie szukał własnej tożsamości. Poezja Rafała Wojaczka w wielu aspektach przypomina tę, którą tworzyli Rimbaud, Verlaine, Stachura czy Baczyński. To poezja brutalna, mroczna, katastroficzna. To poezja, którą ciężko zinterpretować, której trudno nadać jeden, właściwy sens. Stąd moja opinia, że jego wiersze każdy powinien odczytywać samodzielnie. Nigdy nie dowiemy się, co sam poeta myślał, kiedy je tworzył. Oczywiście, oparcia możemy szukać w pracach badaczy, znawców i specjalistów, ale najlepsza interpretacja to taka, do której dojdziemy sami, bo w każdym wierszu możemy odnaleźć słowa, które jakby tylko do nas i właśnie do nas są kierowane. Świat według Wojaczka jest niedoskonały, wręcz prymitywny, ponury, naznaczony piętnem śmierci, podobnie jak ludzie go zamieszkujący. Odzwierciedleniem jego myśli, może nawet kwintesencją całej twórczości jest wiersz „Dotknąć…” pochodzący z drugiego i ostatniego wydanego za jego życia tomiku „Inna bajka” z 1970 roku.
„Dotknąć…” składa się z pięciu, zbudowanych paralelnie dystychów. Poeta nieczęsto decydował się na taki układ, ale w tym przypadku każdy dwuwiersz stanowi jedno, określone zestawienie. Wszystkie rozpoczynane są przez czasowniki dotyczące wykonywania określonych czynności, odnoszące się do zmysłów: obecne już w tytule, a później dwukrotnie użyte: „dotknąć”, następnie „ugryźć”, „łyknąć”, „wyrzec”. Wymienione czasowniki wyrażają to, co jest konieczne człowiekowi do życia i poznawania świata. Zgodnie z poglądami sensualistycznymi, wszelka ludzka wiedza pochodzi od wrażeń zmysłowych. Angielski filozof epoki oświecenia, John Locke, mawiał, że „nie ma niczego w umyśle, co nie zaistniałoby w zmysłach”. Jednak ten, który mówi w wierszu, wcale nie ma na myśli tego, że zmysły mogą w czymkolwiek pomóc człowiekowi. Wręcz przeciwnie. Owszem, pierwsze wersy każdej strofy sugerują, że bez zmysłów niemożliwe byłoby na przykład stwierdzenie, że pada deszcz. Jednak, typowym zabiegiem dla Wojaczka było podejmowanie pewnego rodzaju dyskusji z ogólnie przyjętymi normami i założeniami. Znajduje to swoje odzwierciedlenie w tekście. Podmiot liryczny dotyka deszczu, ale zamiast stwierdzić, że faktycznie pada, dochodzi do wniosku, że to „tylko pył z Księżyca spada”. Podobnie w drugim dystychu. Dotyka ściany, ale dochodzi do wniosku, że mur nie jest wcale ścianą, „lecz kurtyną z chmur”. Za tymi wyszukanymi metaforami kryje się wielkie rozczarowanie i ból osoby mówiącej w wierszu, które apogeum osiągną dopiero w końcowym dwuwierszu, ale o tym później. Woda niezbędna do życia okazuje się być tylko pyłem księżycowym, a mur, swoiste uosobienie poczucia bezpieczeństwa, staje się jedynie kruchą kurtyną z chmur. Można to rozumieć, jako pragnienie czegoś, co w naszym mniemaniu jest niezwykle niezbędne i wartościowe; coś, do czego dążymy. Pragniemy to poczuć jak padający deszcz czy dotknąć - jak ścianę. Uznajemy bowiem te pragnienia za oczywiste i wręcz przyziemne. Jednak im bardziej się do nich zbliżamy, tym szybciej okazuje się, że to jedynie ułuda, coś nietrwałego, przemijającego. Zderzenie z rzeczywistością jest tak wstrząsające i nieprawdopodobne jak fakt, iż deszcz wcale nie jest deszczem, a pyłem księżycowym, a mur to nie stabilna ściana, a ulotna kurtyna z chmur. Myślę, że tutaj wyraźnie widać autobiograficzność wiersza. Wojaczek był pesymistycznym samotnikiem, niepotrafiącym określić, kim jest, i co jest mu potrzebne w życiu. Podmiot liryczny utworu również się z tym boryka. Kolejne dwa dwuwiersze mają jeszcze bardziej ponury i przygnębiający wydźwięk. Dotyczą dwóch, chyba najbardziej elementarnych aspektów życia każdego człowieka - jedzenia i picia. Tutaj ujawniają się typowe dla poezji Wojaczka motywy śmierci, przemijania, nadchodzącego końca. Podmiot liryczny gryzie kromkę chleba po to, aby stwierdzić, że „żyto zjadły szczury”, łyka wodę, „by stwierdzić, że studnia wyschła oraz wszystkie inne źródła”. Chleb i woda są niezbędne do życia. Bez nich człowiek umiera. Żyto potrzebne to pieczenia chleba zostało zjedzone przez gryzonie, a studnia, będąca źródłem wody, wyschła. Widmo śmierci pojawia się również we fragmencie „i piekarz też zginął”.  Nawet piekarz. Zastanawiającym elementem wiersza mogą być słowa „oraz wszystkie inne źródła”. O jakich źródłach myśli osoba mówiąca w wierszu? Wskazała już studnię jako jedyne źródło życiodajnej wody, więc na pewno te słowa nie odnoszą się do niej. Zatem czym są? Biorąc pod uwagę cały tekst, ciężkie życiowe doświadczenia Wojaczka, a co za tym idzie charakter jego wierszy, można wysnuć wniosek, iż te „wszystkie inne źródła” stanowią to, w czym podmiot upatruje szansę na dokonanie zmian w swoim życiu, w czym widzi to, do czego dążył, i co było mu niezbędne. Jednak i w tym przypadku czeka go gorzkie rozczarowanie. Inne źródła to ludzie, którzy zmieniliby jego życie, sprawiliby, że nie czułby się już samotny. Jednak wypowiedziane słowo, będące w rzeczywistości rozpaczliwym krzykiem, wołaniem o pomoc, nikogo nie obchodzi. Osoba mówiąca w wierszu wskazuje na obojętność względem drugiego człowieka. „Dotknąć…” to wiersz dopracowany pod względem formy. Tekst jest pozornie uporządkowany dzięki zapisaniu go w dystychach, znajdziemy w nim też rymy (pada-spada, mur-chmur). Zrezygnowanie z wyszukanego słownictwa na rzecz wyrażeń dosyć potocznych, prostych („żyto zjadły szczury”, „nikogo to nie obchodzi”) kontrastuje z obecnością niebanalnych, oryginalnych metafor („pył z Księżyca spada”, „kurtyna z chmur”), jednak pomimo tego, tekst jest czytelny – jego forma, zastosowane środki artystycznego wyrazu nie przysłaniają treści, nie utrudniają odczytania. Ważną rolę pełnią tu również przerzutnie międzywersowe – szczególnie widać to w dwóch początkowych dystychach. W pierwszym wers kończy czasownik „pada”, który sugeruje koniec wypowiedzi (podmiot czuje deszcz, więc stwierdza, że pada). Nic bardziej mylnego. Drugi wers kontynuuje wypowiedź z pierwszego i burzy wcześniejsze wnioski (deszcz nie jest tak naprawdę deszczem, a pyłem z Księżyca). Analogiczna sytuacja występuje w drugim dwuwierszu. Przerzutnie w czwartej i piątej strofie mają inny charakter – „ja” liryczne” gryzie chleb i łyka wodę, wie, że pieczywo powstaje z żyta, a źródłem wody jest studnia. Jednak i w tym przypadku drugi wers niszczy to, do czego doszedł wcześniej. Gryząc chleb, przekonuje się, że zboże zjadły szczury, a studnia wyschła. Dzięki paralelnej budowie wypowiedzi, wiersz charakteryzuje pewien rytm, który brutalnie burzy piąty, w mojej opinii, ponury i tragiczny dystych, w którym najlepiej widać ogromną samotność podmiotu lirycznego, a może nawet samego Rafała Wojaczka. Życie osoby mówiącej w tekście, którą, myślę, że można utożsamić z poetą, to pasmo rozczarowań, smutku i melancholii. Ten człowiek jest świadomy kruchości i marności ludzkiego życia, tego, że wszystko, do czego dąży to ułuda i nieprawda. Taka postawa jest niezwykle bliska temu, co przedstawiali w swoich tekstach poeci barokowi jak Mikołaj Sęp Szarzyński („Sonet III: o wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem”, w szczególności fragment „[…] wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie?”) czy Daniel Naborowski („Krótkość żywota”). Zarówno oni, jak i Wojaczek wskazują na, jak już wspomniałam, marność człowieka, jego uległość wobec pokus, również ułomność, bo nawet jego zmysły go zwodzą. Uważam, że podmiot jest przekonany, iż człowiekowi do życia jest tak naprawdę potrzebny drugi człowiek. To on nadaje wszystkiemu sens, nie pozwala poczuć się samotnym, w mojej opinii kontakt z drugą osobą może stanowić jeden z ważniejszych celów, do których dążymy, jeśli nie najważniejszy. Wówczas tekst można odczytać inaczej. Deszcz, czyli jednocześnie woda, jako coś niezbędnego do życia, byłby symbolem obcowania z drugim człowiekiem, przyjaźnią z nim – czymś, bez czego człowiek nie może się obejść. Fakt, iż ten deszcz okazuje się być jedynie jakimś pyłem z Księżyca, czymś nędznym i bezwartościowym, oznacza, że przyjaźń nic nie znaczy, to tylko puste słowo. W ten sam sposób można interpretować wykorzystanie pojęcia muru. Mur daje oparcie, swoiste poczucie bezpieczeństwa – podobnie jak przyjaźń. Jednak szybko można się przekonać, że przyjaźń to tylko jakaś zasłona z chmur – nietrwała i znikająca, kiedy rodzi się problem, konflikt, potrzeba.  Jest niczym kurtyna podnoszona przed rozpoczęciem się przedstawienia teatralnego – widzimy ją tylko wtedy, kiedy nie rozgrywa się nic istotnego, podobnie jest z przyjaźnią – istnieje, dopóki nie pojawi się problem wymagający emocjonalnego zaangażowania drugiej osoby. Wielokrotnie już wspominałam o problemach ze znalezieniem własnej tożsamości i odnalezienia się w świecie przez Wojaczka. Może tym, do czego skrycie dążył, i czego pragnął była przyjaźń?  Wiersz nie jest przykładem liryki opisowej, bowiem poeta tworzy nie świat rzeczy, ale pojęć. Przywołany w tekście świat materialny stanowi metaforę tego, co niematerialne, związane z duszą człowieka. Fakt, iż przenośnie dotyczą pojęć tak oczywistych jak deszcz, ściana, chleb i woda potęgują tylko tragizm życia człowieka, który nie może odnaleźć sensu własnego istnienia, nie może pogodzić się z tym, że wszystkie wartości, do jakich dążył okazują się czymś marnym jak pył księżyca czy ulotnym niczym kurtyna z chmur. To nie rozum, ale zmysły i cielesność pomagają człowiekowi zrozumieć bezsens własnego życia. Osoba mówiąca w wierszu odczuwa niemal fizyczny ból, jak ten związany z głodem czy pragnieniem, bo nie żyje w błogiej nieświadomości. Obdarzony rozumem, umiejętnością myślenia i wyciągania wniosków, zauważa, do czego zmierza świat i jak skończy się jego egzystencja. Wie, że człowiek urodził się po to, by żyć od rozczarowania do rozczarowania. Jest świadomy tego, że życie ludzkie zmierza nieuchronnie do śmierci i ta świadomość determinuje jego skrajnie pesymistyczną postawę. Doskonale zdaje sobie sprawę, że żyje samotnie, bo ludzie są wobec niego obojętni. Jego krzyk nie zwraca niczyjej uwagi, nikogo nie obchodzi. Myślę, że to powód, dla którego cierpi najmocniej.  Bo nie jest rozumiany, nie otrzymuje potrzebnego wsparcia, nikomu na nim nie zależy. Dla niego sens i cel ludzkiej egzystencji nadaje obcowanie z innymi.  

Sądzę, że „Dotknąć…” to zarówno dokładny portret psychologiczny samego Wojaczka, jak i doskonale wysnute wnioski dotyczące ludzkiego życia. Burzliwe życie, choroba psychiczna i wcześniej wymienione problemy z odnalezieniem się w otaczającym świecie znajdują swoje odzwierciedlenie w tym tekście. Ponadto, obserwacje poczynione przez poetę, zawarte w wierszu są wynikiem ciągłych poszukiwań najważniejszych wartości, własnej tożsamości, sensu życia, niestety wciąż nieskuteczne. Poeta jest rozgoryczony tym, co widzi, i do jakich przygnębiających wniosków dochodzi. „Dotknąć…” to zapis myśli o nieuchronnej śmierci, samotności, uporczywym poszukiwaniu zrozumienia, przyjaźni, ciągłych rozczarowaniach.  To również gorzka ocena okrutnej rzeczywistości („głos jest krzykiem, który nikogo nie obchodzi”), w której jednostka czuje się oszukana, przytłoczona przez egoizm innych, a jej samotność nie zwraca niczyjej uwagi. „Dotknąć…” to dowód zarówno na kunszt poetycki Rafała Wojaczka, aktualność jego przemyśleń, jak i postawioną przeze mnie wcześniej tezę, że każdy może znaleźć w utworze lirycznym coś, co sprawia wrażenie, jakby było skierowane do nas, stworzone tylko dla nas.  

~R.