Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Nowe oblicze Hannibala Lectera - czy Madsowi Mikkelsenowi udało się przebić fenomen Hopkinsa? cz.1

Kiedy ogłoszono rozpoczęcie zdjęć do serialu o słynnym już dr Hannibalu Lecterze, wydawać by się mogło, że nowej ekipie próbującej nadać kultowej historii nowego charakteru, opowiedzieć ją w inny, świeży sposób, nie uda się zjednać sobie fanów najsławniejszego kanibala w historii kultury, którego przed laty rewelacyjnie zagrał Anthony Hopkins. Cóż, nie powiem, kiedy ja się dowiedziałam, że ponownie ktoś bierze się za kręcenie czegokolwiek o Hannibalu, byłam nastawiona dosyć niechętnie, jako że jestem wielką wielbicielką filmu Milczenie owiec (1991) i kreacji Hopkinsa. Dlatego też moje oczekiwania względem nowej produkcji, tym razem serialu, były dosyć wysokie, by nie powiedzieć ogromne. Gdy zobaczyłam w obsadzie nazwisko Mikkelsen, muszę przyznać, że byłam całkiem zadowolona. Jego rola w Polowaniu (2012) była niezwykłym popisem umiejętności i kunsztu aktorskiego, dlatego pomyślałam sobie, że nie może być źle, skoro tak dobrze dobrali aktora do roli Lectera. Nazwisko Dancy obsadzonego w roli Willa Grahama jeszcze bardziej mnie uspokoiło. No i potem nastał dzień premiery pierwszego sezonu...





Hm, po obejrzeniu pierwszego odcinka byłam pod niezwykłym wrażeniem. Pomyślałam, że to będzie dobre, że to ma szanse dorównać fenomenowi Milczenia Owiec i Czerwonego Smoka. Jedynym powodem, który ukształtował mój tok myślenia, był fakt, że serial diametralnie różni się od serii filmowej. Hannibal nabrał zupełnie innego, nowego charakteru. Scenarzyści i Mikkelsen przedstawili nam dr Lectera jako pełnego elegancji i szarmancji, obdarzonego nienagannymi manierami kanibala, dla którego sam proces przygotowywania jedzenia jest dziełem sztuki. Ucieszył mnie fakt, iż twórcy postanowili tworzyć nie kolejną ekranizację wierną powieści/filmowi, ale stworzyć coś opartego na motywach obu tekstów kultury. Scenarzyści posklejali zatem wiele wątków obecnych w pierwowzorze, dostosowali je do swojej fabuły w sposób niezwykle ryzykowny i oryginalny. Otrzymaliśmy zatem coś zupełnie nowego, a jednak wciąż krążącego wokół sylwetki Hannibala Lectera. I to jest niewątpliwie plus całej tej produkcji. Oryginalność. Kreatywność. Nowatorstwo. Dzięki temu zobaczyliśmy historię naszego kanibala w zupełnie nowym wydaniu, przedstawioną z innej perspektywy, skupiającą się na zupełnie innych kwestiach niż seria Hopkinsa. 



Niedawno rozpoczął się trzeci sezon kontynuujący historię Hannibala Lectera, dlatego teraz poświęcę kilka chwil na ogólną opinię na temat całokształtu, tego, jak serial prezentuje się w całości. A prezentuje się całkiem nieźle. Dawno już nie widziałam produkcji, w której tak wielką wagę przywiązuje się do strony wizualnej tego, co widzimy na ekranie, o co zadbali twórcy Hannibala. Serial to nie tylko dobrze napisany scenariusz, świetna gra aktorska, magnetyczna muzyka, ale również fenomenalne zdjęcia i montaż. Oglądając Hannibala, podziwiamy to, z jaką finezją i perfekcją zadbano o to, co oglądamy. Sceny przygotowywania posiłków przez Hannibala to istne dzieła sztuki filmowej - piękne zbliżenia, zgrabne slow motion, współgrająca z całością muzyka - każdy kadr mógłby spokojnie być pięknym zdjęciem. Wnętrza pomieszczeń, zwłaszcza w domu Hannibala - jego gabinet, biblioteka, kuchnia i jadalnia wyglądają niezwykle elegancko, dostojnie i świetnie oddają atmosferę tego, co dzieje się między bohaterami. Wszystko w Hannibalu prezentuje się niezwykle elegancko i finezyjnie - nawet krwawe sceny zbrodni są dopracowane w stu procentach, oryginalne (o ile tak można w ogóle określić miejsce zbrodni). Dwa pierwsze sezony, dzięki takim zabiegom niezwykle zyskiwały na wartości, były prawdziwą przyjemnością dla koneserów "dobrze zrobionych" filmów. Niestety, co za dużo, to niezdrowo. Pierwszy odcinek trzeciego sezonu (w zamierzeniu pierwsze odcinki nowych serii mają zachęcać) sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, czy oglądam wciąż ten sam serial. Epizod był niezwykle nudny, przewidywalny, straasznie się ciągnęło to wszystko, a to za sprawą nadmiernego nagromadzenia scen wizualnie pięknych, a w praktyce mających minimalne znaczenie. Pierwszy odcinek minął nam na skądinąd ciekawych, intrygujących dialogach między Hannibalem a Bedelią (rewelacyjna Gillian Anderson) i scenach przedstawiających kapiącą krew, kapiącą wodę, kapiące inne ciecze, generalnie wszystko było powolne, lekko melancholijne, przepełnione nachalnymi slow motions - szczerze mówiąc, oprócz pięknych widoków Paryża i Florencji oraz rozmów pary psychiatrów nie pamiętam kompletnie nic, co mogłoby mnie zachęcić do dalszego oglądania, niemniej jednak z niecierpliwością czekam na pojawienie się wątku Grahama, któremu kibicuję, o czym za chwilę. 



Pomijając spektakularną klęskę początku trzeciego sezonu, muszę powiedzieć, że Hannibal wciąga, niezależnie od wpadek scenarzystów. Od pierwszego odcinka pierwszego sezonu byłam oczarowana i zafascynowana tym, co widziałam na ekranie. Znane mi są opinie, że serial prezentuje raczej średni poziom, bo odwołania do psychologii są raczej nieudane, symbolika nachalna i zbyt oczywista, dialogi ociekające pseudointelektualizmem, brutalność nadmierna. Po części się zgadzam z tymi opiniami, to znaczy w tej części dotyczącej przemocy - jej obecność w stosunku do odgrywanej roli jest niestety nieproporcjonalna, a oglądanie sztuki mordowania w nadmiernych ilościach przestało mi sprawiać przyjemność, ale widać taki był cel scenarzystów, co do reszty - generalnie się nie zgadzam, owszem pewne elementy (motyw jelenia chociażby czy ilość wizji Grahama) bywają męczące, dialogi są czasami zbyt przepełnione niepotrzebnym patosem i elementami dotyczącymi ludzkiej psychiki (słowem za dużo pustego gadania), ale moim zdaniem nie w takiej mierze, aby zaniżać ocenę serialu czy utrudniać oglądanie. Osobiście uwielbiam rozmowy między Lecterem a Grahamem czy Lecterem a Bedelią, są zawsze fascynująco intrygujące, przykuwają uwagę, relacje budowane z odcinka na odcinek to fantastyczny zabieg - stopniowe dowiadywanie się o sobie nawzajem, popadanie w obłęd, próba radzenia sobie z sytuacją, a to wszystko w towarzystwie genialniej stworzonej strony wizualnej. 



Przejdę teraz do mojego ulubionego momentu - oceny gry aktorskiej i zacznę od najważniejszych postaci całego serialu - Hannibala Lectera i Williama Grahama. Jak już wspomniałam, Mads Mikkelsen stworzył postać dr Lectera na nowo. Czy był to dobry pomysł? Niewątpliwie. Czy nasza duńska gwiazda sobie z tym poradziła? Moim zdaniem nie do końca. Nie będę tutaj porównywać go do Hopkinsa - to nie jest argument, rola Hopkinsa nie jest wzorem według którego ocenia się innych, którym przyszło zmierzyć się z tą postacią. Powiem tylko tyle, że Mads fenomenu Hopkinsa nie przebił, nawet mu nie dorównał. Chociaż niewątpliwie Hannibal Lecter to najważniejsza postać serialu, a Mikkelsenowi talentu nie mogę odmówić, to w jego kreacji jest coś niezwykle irytującego i coś, co sprawia, że Hannibal w jego wydaniu jest raczej przeciętny. Mads niestety ma bardzo ograniczoną mimikę twarzy (albo to jego sposób grania, nie wiem, nie wnikam), co w przypadku tak ciekawej postaci jest czynnikiem dosyć mało pozytywnym. Irytuje mnie ta niezmienna twarz Mikkelsena, pozbawiona emocji, pozbawiona ekspresji. Jakiekolwiek wyznanie padające z ust kanibala w wydaniu Madsa staje się sztuczne, teatralne i nijakie. Wiem, że w tym serialu Hannibal to postać niewzruszonego stoika, chłodnego eleganta, ale to nie oznacza, że przez całe dwa sezony Mads ma nas raczyć serią 3-4 min. Kino zna postaci równie chłodne i zdystansowane, które jednak umiały inaczej to pokazać, niż prezentować wypraną z emocji twarz (jak chociażby Marlon Brando). Nie wiem, nie przekonuje mnie to, co prezentuje na ekranie Mads Mikkelsen - było kilka scen, które robiły wrażenie (zwłaszcza finał drugiego sezonu), ale wydaje mi się, że to trochę za mało, by uznać rolę Mikkelsena za wybitną (o wiele lepiej z postacią o podobnym usposobieniu poradziła sobie Anderson, o której powiem potem)


Will Graham - wybitny profiler zabójców pracujący dla FBI, pacjent (i zapewne obiekt westchnień) Hannibala Lectera, człowiek przytłoczony swoimi umiejętnościami, w tej roli Brytyjczyk, Hugh Dancy. To zabawne, bo właśnie jemu zarzuca się brak emocji, wiecznie zmęczoną twarz na ekranie, to ponoć jego postać irytuje. Hm, mam nieco inne zdanie na ten temat, bo w przeciwieństwie do Madsa Hugh przynajmniej nie jest przez cały czas denerwująco taki sam. Może to po prostu kwestia tego, jak różne są te postaci. Cóż, miałam nie porównywać do Milczenia owiec, ale zrobię to (ostatni już raz). Duet Hopkins - Foster, czyli Hannibal - Clarice był niezwykle magnetyczny, intrygujący, przykuwający uwagę, oboje byli niejednowymiarowi, w każdej scenie prezentowali co innego, Hopkins jako Hannibal był postacią złożoną, a w wydaniu Madsa nie widzę nic fascynującego, ciągle to samo, ciągle te same spojrzenia, ten sam ton głosu, te same gesty. Ale stop. Teraz o Willu i kreacji Dancy'ego. Cóż, nie zgadzam się z żadnym zarzutem kierowanym w stronę tej postaci/aktora. Moim zdaniem , Dancy idealnie poradził sobie z postacią człowieka, którym stale targają sprzeczne emocje, który nie radzi sobie z tym, co robi, jak pracuje, jak żyje. Will Graham w jego wydaniu był postacią o wiele ciekawszą, niż ta książkowa czy nawet filmowa (chociaż Norton odegrał to genialnie). Jego wizje, choć czasami męczące, były zagrane bardzo przekonująco, to on dźwigał ciężar oddania emocji podczas rozmów z Hannibalem - dzięki niemu były one tajemnicze i intrygujące. To sceny z nim należą do moich ulubionych (i jego aparycja wcale nie odgrywa tu żadnej roli!). This is my design w jego ustach to zdecydowanie najlepsza kwestia pojawiająca się w Hannibalu. W żadnym wypadku nie uważam Willa za postać męczącą i irytującą, a Hugh za aktora, który nie podołał zadaniu, wręcz przeciwnie, uważam, że udało mu się w pełni oddać złożoność swojej postaci. 




Wszystko, co dotyczy reszty postaci i aktorów wcielających się w ich role w kolejnym poście, natomiast teraz przejdę do tego, co urzeka mnie szczególnie w Hannibalu. Przejdę do relacji Will - Hannibal. Mimo mojego częściowego rozczarowania Madsem (jak wspominałam, miał dobre momenty, które mroziły krew w żyłach i przerażały ze względu na stoicki spokój i dystans dr Lectera) nie mogę zaprzeczyć, że to, co zbudował razem z odtwórcą roli Willa jest absolutnie niezwykłe. Nadal twierdzę, że to głównie zasługa Dancy'ego, ale przyznaję, że oglądanie rozmów Hannibala z Willem, obserwowanie ciągłego zacieśnienia się dziwnej więzi między nimi, to sama przyjemność. Napięcie wyczuwane podczas tych scen, wzajemna fascynacja, dystans i chłód, sprytne dogryzanie sobie nawzajem, te spojrzenia, te gesty. To wszystko ma w sobie coś niezwykle magnetycznego, momentami związanego z seksualnością, intrygującego, a finał tej relacji w drugim sezonie szokuje, zaskakuje, daje do myślenia. To atut. 



Tyle na dzisiaj, dalszy ciąg recenzji/wrażeń/przemyśleń dotyczących Hannibala niebawem (w planach dalsza ocena wybitnej gry aktorskiej i odniesienia do części zarzutów dotyczących scenariusza). Póki co, polecam serial wszystkim lubiącym artystycznie zrobione filmy, kryminalne zagadki, psychologię, książkowego Hannibala i wciągające dialogi. 





~R.

 

niedziela, 7 czerwca 2015

Malarstwo jest milczącą poezją* - Jan Vermeer


Kiedy ktokolwiek zapyta mnie o ulubionego malarza, nie jestem w stanie podać jednego tylko nazwiska, moje myśli krążą wokół dziesiątek sylwetek wielkich twórców z różnych epok, z różnych środowisk, dlatego najczęściej wymieniam kilku, a na pierwszy miejscu zawsze stoi Jan Vermeer, którego biografię i twórczość postanowiłam dzisiaj nieco przybliżyć. 

Przypuszczalny autoportret malarza,
fragment obrazu u Stręczycielki

Jan Vermeer (1632- 1675) urodził się i zmarł w Delft, w Holandii, był XVII-wiecznym holenderskim malarzem tworzącym w epoce baroku. Pozostawił po sobie ok. 30 obrazów (szacuje się, że malował 2-3 płótna rocznie). Vermeer pochodził w rodziny mieszczańskiej, nie posiadamy zbyt wiele informacji o jego edukacji - wiadomo jedynie, że w wieku 20 lat (w 1653 roku) wstąpił do gildii św. Łukasza skupiającej między innymi malarzy, a jak wiemy, aby wstąpić do tego rodzaju instytucji, musiał przez okres 6 lat terminować u innego ze znanych malarzy (przypuszcza się, że był to Leonaert Bramer lub Carel Fabritius - uczeń innego wybitnego malarza, Rembrandta). W tym samym roku, Vermeer poślubił również Catharinę Bolnes, co nie obyło się bez sprzeciwów ze strony matki dziewczyny, jednakże dzięki wstawiennictwu wspomnianego już Bramera, małżeństwo doszło do skutku. Mówi się, że opór Marii Thins, matki Cathariny, wywołały względy finansowe (Vermeemowie byli zadłużeni w przeciwieństwie do dobrze sytuowanej rodziny wybranki Jana), a także religia - Jan Vermeer był prawdopodobnie kalwinem, jego żona katoliczką (niewykluczone, że w związku z zawieranym małżeństwem Vermeer zmienił wyznanie). Z tego okresu właśnie pochodzą dwa najwcześniejsze, znane dzisiaj obrazy: Chrystus w domu Marii i Marty oraz Toaleta Diany. Vermeer miał dosyć liczną rodzinę - mówi się, że miał jedenaścioro (nawet może piętnaścioro) potomstwa, z których kilkoro zmarło we wczesnym dzieciństwie. Trudnił się nie tylko malarstwem, ale niewykluczone, iż prowadził oberżę ojca, a także wiadomo, że był handlarzem dzieł sztuki i ich rzeczoznawcą (w 1672 roku, wraz z grupą innych malarzy, dokonał ekspertyzy dzieł przypisywanych Michałowi Aniołowi, Tycjanowi i Rafaelowi). Vermeer prawdopodobnie nie tworzył dzieł na wolny rynek, ale dla konkretnych odbiorców, jednym z jego mecenasów był Jacob Dissius, który w 1682 roku posiadał aż 19 obrazów tego malarza. W późniejszym okresie życia, rodzina Vermeera popadła w długi - ich sytuacja finansowa była coraz gorsza, co odbiło się na zdrowiu i twórczości, która stała się mało naturalna i sztywna (Dama stojąca przy szpinecie), od 1672 roku (wybuch wojny francusko-holenderskiej) nie sprzedał żadnego płótna. 

Vermeer jest znany głównie jako malarz scen rodzajowych, chociaż w jego dorobku artystycznym znajdziemy dwa obrazy historyczne, dwie alegorie oraz widoki miasta również w liczbie dwóch. Sceny jego dzieł są najczęściej przedstawiane w mieszczańskich wnętrzach (najprawdopodobniej wzorowanych na wnętrzach jego własnego domu), często tych samych. Malował najczęściej kobiety, zwykle znajdujące się w pobliżu okien będących źródłem światła (Kobieta z naszyjnikiem pereł, 1662-1665). Charakterystyczne dla malarstwa Vermeera jest to, iż wykorzystywał często te same przedmioty, na przykład biała karafka pojawia się na obrazach Lekcja muzyki, Dziewczyna z kieliszkiem wina, Śpiąca dziewczyna

Powiedzenie czegokolwiek na temat techniki malarskiej, jaką posługiwał się Vermeer nie jest łatwym zadaniem. Wiadomo, że młodzi twórcy tajniki malarskiego fachu przejmowali zazwyczaj od swoich mistrzów. Co więcej, malarze za każdym razem musieli postępować według ściśle określonych reguł, co dotyczyło chociażby przygotowywania pigmentów, co wymagało wiedzy i czasu. Paleta, jaką posługiwał się Vermeer nie była imponująca - w jego dziełach znaleziono w sumie tylko 20 różnych pigmentów, od innych malarzy odróżniało go niezwykłe zamiłowanie do błękitu uzyskiwanego z kosztownego lapis-lazuli (powszechnie używany był azuryt). Vermeer używał farb olejnych i malował na płótnach, z wyjątkiem dwóch dzieł namalowanych na desce (Dziewczyna w czerwonym kapeluszu, Dziewczyna z fletem - tutaj autorstwo niepewne). 

Chociaż osoba Vermeera uległa po jego śmierci lekkiemu zapomnieniu, liczba nawiązań do jego nazwiska i twórczości jest imponująca. Jego postać jest wielokrotnie przywoływana w W poszukiwaniu straconego czasu Prousta, co więcej, jeden z bohaterów tekstu umiera przed obrazem Widok Delft. Vermeerem zachwycali się impresjoniści (Renoir), Salvador Dali uznał go za najgenialniejszego artystę w historii świata. Amerykańską pisarkę Tracy Chevalier tak bardzo zafascynował obraz Dziewczyna z perłą, że stworzyła historię tego, w jakich okolicznościach mogło powstać to dzieło (powieść doczekała się ekranizacji w 2003 roku, Scarlett Johansson jako tytułowa dziewczyna z perłą, Colin Firth w roli malarza, recenzja niebawem). Susanna Kaysen swoją książkę (na podstawie której powstał znakomity film z Winoną Ryder i Angeliną Jolie) obdarzyła tytułem jednego z obrazów Vermeera pt. Przerwana lekcja muzyki. 

Przerwana lekcja muzyki, datowana na 1658-1661, obecnie w Nowym Jorku

Widok Delft, obraz datowany na 1658-1661, obecnie znajdujące się w Hadze,
płótno sygnowane, jedno z dwóch przedstawień miasta w twórczości Vermeera,
obraz miał kilku właścicieli, opis ze sprzedaży z 1822: Sposób malowania jest śmiały,
mocny i mistrzowski, 
jak tylko można by sobie wyobrazić, wszystko prześwietlone jest 
w piękny sposób 
blaskiem słońca, tonacja powietrza i wody, powierzchnia murów i widoki
tworzą 
znamienitą całość; jest to obraz absolutnie jedyny w swoim rodzaju. 

Dziewczyna z perłą, datowana na ok. 1664,
nazywana Mona Listą Północy/Holenderską Mona Lisą

Moja przygoda z Vermeerem wbrew pozorom nie zaczęła się od zobaczenia obrazu Dziewczyna z perłą, z którego to ten holenderski twórca jest najbardziej znany. Pierwszym jego dziełem, jakie poznałam i które mnie zafascynowała było płótno pod tytułem Dziewczyna czytająca list, datowane na 1657-1659, obecnie znajdujące się w Dreźnie. 


Zafascynował mnie wtedy sposób przedstawienia postaci - widzimy ją profilem, ale w szybie otwartego okna, przy którym stoi, malarz przedstawił delikatne odbicie twarzy dziewczyny. Szybko zaczęłam czytać więcej o tym dziele - o jego symbolice, technice wykonania. Vermeer dał się tutaj poznać jako mistrz operowania światłem i cieniem, dyskretnie także umieścił na płótnie symbole mające ułatwić odczytanie wymowy obrazu. Mamy zatem widoczne ułożone na stole owoce, odwołujące się do grzechu pierwszej kobiety - Ewy. Co więcej, badania rentgenowskie, wykazały, że pierwotnie malarz umieścił na ścianie obecny w jego twórczości obraz z kupidynem, który później ostatecznie zamalował. Otwarte okno, przy którym stoi dziewczyna, jest ponoć symbolem jej pragnienia kontaktu ze światem zewnętrznym, od którego, zgodnie z wymogami epoki, jest w swoisty sposób odizolowana. Muszę przyznać, że zarówno sam obraz, jak i lektura tekstu dotyczącego jego historii mocno podziałały na moją wyobraźnię i zaczęłam patrzeć na niego w taki sposób, w jaki zrobili to badacze twórczości Vermeera - list, który czyta postać na obrazie to list miłosny będący zarazem wstępem do złamania przysięgi małżeńskiej. Spokojnie mogę powiedzieć, że jest to jeden z moich ulubionych obrazów holenderskiego twórcy, bo pozostawia wiele dla wyobraźni, naprowadza na właściwy tok rozumowania obecnością ciekawych symboli, a malarsko cechuje go niezwykła precyzja i kunszt. Co prawda, nie jestem pewna, czy każdy obraz sprawia, że w mojej głowie rodzi się konkretna historia (jak w przypadku autorski własnej wersji wydarzeń dotyczącej okoliczności powstania obrazu Dziewczyna z perłą), ale za każdym razem, kiedy widzę jakikolwiek obraz Vermeera, przed oczyma duszy mojej staje mi jakaś opowieść, coś, co mogło zainspirować go do tworzenia. Moim zdaniem, Vermeer jako malarz scen rodzajowych, zasługuje na miano mistrza w tej dziedzinie. Ilość obrazów przedstawiających konkretną, wykonywaną w danym momencie czynność jest imponująca. Vermeer miał niewątpliwie talent do tworzenia tego rodzaju obrazów - udawało mu się jakby zatrzymać czas na swoim obrazie, ukazać ten jeden moment, który go zainteresował. Jego postaci zawsze mają za sobą jakąś przeszłość, przedstawiają jakąś historię, na ich twarzach zawsze można dostrzec emocje. Ponadto, jestem wielką wielbicielką tego, w jaki sposób Vermeer malował wnętrza, co doskonale widać na powyższym obrazie. Dbałość o szczegóły, realizm, doskonałe operowanie światłocieniem robią wrażenie. Niewiele mogę powiedzieć o tym, dlaczego lubię sposób, w jaki tworzył Vermeer, nie mam wystarczającej wiedzy na ten temat, ale w jego obrazach, w sposobie, w jaki tworzył jest coś, co mnie osobiście przyciąga, zawsze znajdzie się na obrazie jakiś detal, jakiś kolor, coś, co przykuje moją uwagę - cenię to, że technika Vermeera jest tak charakterystyczna, że widząc jakiś jego obraz można bez wahania stwierdzić, że to niemal na pewno jego dzieło. 

Poniżej przedstawiam kilka wybranych, moich ulubionych dzieł Vermeera:

Astronom, ok. 1668, obecnie w Luwrze, obraz zachwyca mnie dynamiką, widać, że coś się na nim dzieje, postać dotyka globusu, wygląda jakby się podnosił z krzesła. Po raz kolejny Vermeer udowodnił, że jest precyzyjnym, dokładnym malarzem, który nie idzie na łatwiznę - bogactwo szczegółów takich jak chociażby wzorzysta tkanina na stole, drapowania stroju i wspomnianej tkaniny, globus, cień szafy oświetlanej słońcem dostającym się do pokoju przez okno. Coś niezwykłego. 


Koronczarka, 1669-1671, obecnie w Luwrze, przypuszcza się, że Vermeer wykorzystał tutaj camera obscura (nici wystające z otwartej poduszki), mam sentyment do tego obrazu, bo cenię w nim precyzję, z jaką malarz oddał skupienie na twarzy kobiety tworzącej koronkę - dopracował jej strój, fryzurę, przedstawił ją z ciekawej perspektywy, moim zdaniem jeden z najlepiej wykonanych (i równocześnie najmniejszych, krawędzi nie przekraczają 25 cm) obraz Jana Vermeera. 

Lekcja muzyki, 1659-1664, obecnie w Pałacu Buckingham, kolejny po Dziewczynie czytającej list obraz, dla którego stworzyłam własną wersję okoliczności powstania. Zachwyca tutaj nie tylko bogactwo wystroju wnętrza i to, z jakim kunsztem Vermeer to oddał - tym razem zachwyca to, co zostało zacytowane na obrazie. Tak, zacytowane. Na instrumencie, na którym gra dziewczyna, została zacytowana inskrypcja w języku łacińskim, którą można przetłumaczyć jako muzyka jest towarzyszką w radości i lekiem na strapienia - to te słowa szczególnie do mnie trafiły i pozwoliły opowiedzieć sobie historię tego, co stało się inspiracją do stworzenia tego dzieła.  +100 za nawiązanie do stylu Caravaggia we fragmencie obrazu na ścianie.  


Ważąca perły albo Kobieta z wagą, 1662-1665, obecnie w Waszyngtonie, jeden z moich ulubionych obrazów Vermeera, bo niejednoznaczny - niby możemy to odczytywać jako kolejną, zwykłą scenę rodzajową (kobieta w ciąży/ubrana w modny wtedy typ ubioru ważąca perły), swoją drogą przepięknie stworzoną, to drugi po Dziewczynie czytającej list obraz, do którego zrodziła mi się w głowie konkretna historia okoliczności powstania, jednakże ilość symboli na obrazie daje do myślenia - perły jako symbol marności, czyli to co ziemskie,  wizja Sądu Ostatecznego za kobietą,  czyli co to wieczne i duchowe, analogie między Maryją a kobietą na obrazie - trudno jednoznacznie stwierdzić, przez co obraz jedynie zyskuje na wartości. 


Alegoria wiary, 1669-1674, obecnie w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, jedna z dwóch alegorii autorstwa Vermeera, przypuszcza się, że powstał na zamówienie jezuitów, obraz jest silnie nacechowany symbolicznie, wiara to siedząca postać kobiety w odświętnej sukni, trzymającą stopę na globusie, za nią znajduje się uproszczona reprodukcja dzieła Jacoba Jordaensa, ponownie Vermeer dał upust swojemu zamiłowaniu do błękitu, ponownie można dostrzec niezwykłą dbałość o szczegóły (jak chociażby zasłona po lewej stronie). 
Pijana dziewczyna śpiąca przy stole, ok. 1657, obecniew Metropolitan Museum of Art  w Nowym Jorku, jeden z wielu obrazów, gdzie Vermeer umieścił obraz Kupidyna (w lewym górnym rogu) - mówi się, że obraz ma przesłanie typowo moralizatorskie - pijaństwo to rzecz człowieka niegodna. Badacze twierdzą, że kobieta jest służącą, chociaż jej strój jest typowy dla pani domu,  być może jest stan ma związek z relacjami uczuciowymi (prawdopodobnie pozamałżeńskimi, kupidyn symbolem rozwiązłości), na co wskazuje obraz w lewym górnym rogu i zamalowana postać mężczyzny w pomieszczeniu obok.  Jeden z moich ulubionych obrazów - dopracowany, widać zamiłowanie do odcieni niebieskiego i wzorzystych,  ciężkich tkanin. Obraz jest dla mnie świetnym przykładem tego, jak wyglądały moda i wystrój wnętrz XVII-wiecznej Holandii. 

U stręczycielki, 1656, obecnie znajduje się w Dreźnie - odważny, nieco kontrowersyjny obraz ukazujący realia XVII-wiecznej Europy, uwielbiam perfekcje z jaką namalowany został dywan wysuwający się na pierwszy plan, obraz jest dowodem tego, co napisałam wcześniej - zawsze rodzi się w głowie jakaś historia dotycząca okoliczności powstania obrazu, każda z postaci wyraża inne emocje. 


~R.















*Simonides z Keos

piątek, 5 czerwca 2015

Kraina Lodu vs Zaplątani, bo z Disneya się nigdy nie wyrasta.

Chyba nie znam osoby, która nie wychowałaby się (chociaż w minimalnym stopniu) na bajkach Disneya. Zakochany kundel, Tarzan, Król Lew, Królewna Śnieżka, Mój brat niedźwiedź, Pocahontas - bajki, które kojarzą wszyscy, bajki ponadczasowe, bo disneyowskie - mądre, zawsze zakończone morałem, rozśpiewane, wciągające nie tylko najmłodszych. Ostatnimi czasy obserwuje się jednak powolne odchodzenie od klasycznych, uwielbianych przez wszystkich, animacji, które podbijały nasze dziecięce serca. Obecne ekipy wielkich wytwórni raczą nas ostatnio bajkami, które bez cienia wątpliwości możemy nazwać raczej przeciętnymi - ot, obejrzało się, i tyle. Nie pozostaje w pamięci, nie zachęca do ponownego obejrzenia. Oczywiście, z pewnymi wyjątkami. Disney (Dreamworks w większości też) jest jedną z nielicznych wytwórni, które jak na razie nie zawiodły (albo nie zrobiły tego w jakiś bardzo bolesny sposób), wręcz przeciwnie, w roku 2010 i 2013 Disney zachwycił świat dwoma bardzo dobrymi filmami animowanymi (kolejno) Zaplątanymi i Krainą Lodu (choć wolę tytuł Frozen). Obie produkcje weszły do kin i od razu wywołały olbrzymi entuzjazm wśród najmłodszych i tych nieco starszych. Po premierze Krainy Lodu zaczęło również oba filmy animowane porównywać i mimo że portal filmweb.pl pokazuje, iż to Kraina Lodu wygrywa ten pojedynek (187 miejsce w rankingu wobec 213 miejsca zajmowanego przez Zaplątanych 5 VI 2015 r.), to moim skromnym zdaniem, to Zaplątani wiodą prym. Dlaczego? O tym w dzisiejszym poście. 































Co w Zaplątanych jest lepsze i ciekawsze niż w Krainie Lodu? Zdecydowanie fabuła, a właściwie sposób jej realizcji. Co mamy w Zaplątanych? Piękną historię nieoczekiwanych narodzin miłości, pogoń za marzeniami, redefinicję prawdziwych pragnień, wewnętrzną przemianę, odwieczną walkę dobra ze złem. Co oferuje nam Kraina Lodu? Równie piękną historię siostrzanej miłości, trudny proces rozumienia słowa "miłość" przez bohaterów, walkę z samym sobą, urzeczywistnienie powiedzenia "pozory mylą". Obie historie piękne, mądre i jak przystało na Disneya i jego moralizatorskie powołanie - pouczające. Ale. Mimo tego, iż obie bajki trwają około półtorej godziny, przy czym Kraina Lodu jakieś dziesięć minut dłużej, to ekipa pracująca nad Zaplątanymi lepiej poradziła sobie z napisaniem scenariusza. W Krainie Lodu wszystko dzieje się za szybko, jest jakby niedokończone, pourywane, wątki zbyt chaotycznie się ze sobą przeplatają, nie ma czasu na pokazanie przyczyn pewnych wydarzeń, rozbudowania wątków (jak chociażby relacji między Elsą a Anną), natomiast Zaplątani to animacja, w której maksymalnie wykorzystano czas jej trwania, aby dokładnie, powoli i wyczerpująco opowiedzieć przedstawianą historię, pokazać, co i w jaki sposób się zmienia. Oglądając Zaplątanych nie czułam się tak, jakbym oglądała urywki lub dłuższy trailer, czego nie mogę powiedzieć o Krainie Lodu, gdzie zanim konkretnie się przyjrzałam, o co chodzi, to już się skończyło. Niedobrze. To działa na niekorzyść. Od tak świetnego pomysłu na bajkę, jakim była Kraina Lodu oczekiwałam czegoś, co mnie zaskoczy, czegoś, czego jeszcze nie widziałam. I pomyliłam się, a przyznaję, że po świetnej premierze Zaplątanych, moje oczekiwania były dosyć duże. 








































Co jeszcze drażni w Krainie Lodu, a zachwyca w Zaplątanych? Postaci. Nie ma nic bardziej drażniącego niż niedopracowanie bohaterów. A to właśnie zaserwowali nam twórcy Krainy Lodu. W Zaplątanych mamy Roszpunkę - osiemnastoletnią, zaginioną księżniczkę o włosach obdarzonych magicznymi właściwościami, artystyczną duszę, szaloną marzycielkę, Flynna Ridera (wł. Julka Szczerbca) - drobnego złodziejaszka, podstępnego egoistę, zapatrzonego w siebie przystojniaka, który zmienia się pod wpływem poznanej Roszpunki, Gothel - czarownicę, która jest dla Roszpunki matką, jedyną osobą, z którą ma kontakt przez poznaniem Flynna, przebiegłą, okrutną wykorzystującą dar Roszpunki do własnych celów. Oprócz tego para królewska, czyli prawdziwi rodzice Roszpunki,  dwóch nieciekawych zbirów, dowódcę gwardii z niemieckim akcentem, karczemną gawiedź pozornie nieprzyjemnych typów i to, bez czego żadna bajka Disneya się nie obejdzie, czyli zwierzaki - najwierniejszy kompan Roszpunki, czyli kameleon oraz tropiący Flynna wierzchowiec gwardzisty, Max. Kraina Lodu oferuje nam natomiast Elsę - księżniczkę o niezwykłym darze, który staje się jej przekleństwem, nieumiejącą sobie poradzić z własnymi umiejętnościami, Annę - młodszą siostrę Elsy, niedojrzałą, szaloną romantyczkę, nierozumiejącą złych relacji (a właściwie ich braku) między nią a siostrą, Kristoffa - człowieka puszczy trudniącego się dostarczaniem lodu, zakochanego w Annie, pomagającej jej w poszukiwaniu siostry, Hansa - szarmanckiego księcia z sąsiedniego kraju, który nie jest tym, za kogo się podaje, Księcia - starszego pana chcącego przejąć władzę w królestwie odziedziczonym przez Elsę, Pabbiego - sympatycznego trolla (czy innego stwora) oraz Olafa - bałwana o gorącym sercu i wiele innych mniej znaczących postaci, w tym oczywiście renifera Kristoffa - Svena (Max, czy to Twoje nowe wcielenie?). Słowem, sporo tego. I to jest wada Krainy Lodu. Zaplątani to opowieść, gdzie postaci są silnie zarysowane, mocno określone, z biegiem czasu poznajemy je coraz lepiej, ich przeszłość i to jacy są naprawdę. Mamy również jasno określony czarny charakter (i pomagierów), który miesza chcąc osiągnąć własne korzyści. W Krainie Lodu, nie dość, że postaci jest dużo to ich sylwetki są zwyczajnie lekko tylko zarysowane, przez co ich obecność robi raczej średnie wrażenie, nikogo lepiej nie poznajemy, z nikim się nie utożsamiamy. Elsa, która z założenia miała stać się postacią negatywną, jest nią może przez kilka minut - co generalnie mocno psuje odbiór bajki, relacje między Kristoffem a Anną rodzą się szybciej niż Olaf topnieje w letnim słońcu. Dramat. Poza tym, niestety, ale w Krainie Lodu widzę zbyt dużo zbyt nachalnych nawiązań do Zaplątanych (Anna wzorowana na Roszpunce, Sven a Max, dramatyczny wyścig z czasem Kristoffa a odciecz Flynna).











































Co zachwyca w jednej i drugiej animacji? Niewątpliwie muzyka. Disney znany jest z tego, że jego filmy animowane są przepełnione piosenkami i piękną muzyką. I w tych przypadkach nie jest inaczej. Alan Menken (kompozytor-weteran disneyowskich bajek) w Zaplątanych i Christopher Beck w Krainie Lodu nie zawiedli. Obie bajki to opowieści okraszone rewelacyjną muzyką, co szczególnie widać w piosenkach (niestety, sama ścieżka dźwiękowa towarzysząca bohaterom jest zwykle, niesłusznie, pomijana). I've got a dream (Marzenie mam), I see the light (Po raz pierwszy widzę blask) w Zaplątanych oraz Do you wanna build a snowman (Ulepimy dziś bałwana?), Let it go (Mam tę moc), Love is an open door (Miłość stanęła w drzwiach) czy For the first time in forever (Pierwszy raz jak sięga pamięć) to wzbudzające zachwyt piosenki energiczne, pełne emocji, które żyją własnym życiem, niezależnie od animacji (Let it go czy Do you wanna built a snowman doczekały się nawet setek przerobionych wersji), idealnie zaśpiewane przez Mandy Moore (Zaplątani) oraz Idinę Menzel i Kristen Bell (Kraina Lodu). 







Poniżej również piękna ścieżka dźwiękowa do Zaplątanych, dzieło Alana Menkena: 






W obu animacjach niezwykłe wrażenie robi również sama grafika. Włosy Roszpunki, setki lampionów puszczonych w wieczorne niebo, scena tańca w królestwie w Zaplątanych oraz powstawanie zamku Elsy czy sprowadzanie zimy na królestwo i pozbywanie się śniegu z Arendell to niewątpliwie perełki disneyowskiej animacji. Co więcej, Disney nie byłby sobą, gdyby bajki tej wytwórni nie pouczały najmłodszych (i nie tylko) widzów. I zarówno Zaplątani, jak i Kraina Lodu ten morał w sobie mają. Z Zaplątanych wiemy, że należy spełniać marzenia, dowiadujemy się, że nie zawsze to, co nam się wydawało, jest naszym prawdziwym pragnieniem, miłość zmienia każdego, miłość rodzi się nawet z największych przeciwieństw, czasem ci, którzy powinni chcieć dla nas jak najlepiej okazują się być tymi, którzy robią nam największą krzywdę, miłość zwycięża wszystko, dobro zawsze wygrywa. Kraina Lodu uczy nas o potędze miłości (to nie tylko ta między kobietą a mężczyzną), o tym, że miłość nie rodzi się w pięć minut, a książę nie zawsze jest tym, za kogo się podaje,  prawdziwa miłość równa się zdolność do poświęceń, nie opłaca się być chłodnym i odcinać się od tych, którzy nas kochają. Oh my Disney... 
























Co boli w jednym i drugim? Dubbing. Konkretnie polski. Ojciec polskiego dubbingu Wojciech Paszkowski powinien się zastanowić nad tym, czy nie dopadło go zawodowe wypalenie. Ilość wyreżyserowanych przez niego bajek/filmów/innych produkcji w języku polskim jest imponująca, ale zarówno w Zaplątanych, jak i Krainie Lodu Paszkowski zaliczył bolesne porażki. Polska ekipa nie poradziła sobie z językowymi niuansami typowymi dla angielskiego i starając się maksymalnie oddać sens oryginalnych słów, zapomniała nieco o tym, jaki jest język ojczysty. Dobór aktorów użyczających głosu również nie powala. Maciej Stuhr, chociaż uroczy i zdolny, nie podołał dubbingowaniu Flynna, z czym Zachary Levi w oryginale nie miał najmniejszego problemu. Polska wersja językowa dla Krainy Lodu to (oprócz genialnego Mozila jako Olafa) totalna klęska - Katarzyna Łaska śpiewająca partie wokalne Elsy to obraza dla Idiny Menzel. 






















Podsumowując, bajki i wszelkie inne animacje, jakie proponuje nam Disney nigdy się nie znudzą, chociaż ich forma ewoluowała na przestrzeni lat, to wciąż cieszą się one niesłabnącą popularnością. Każdy, kto usiądzie przed ekranem, w minutę staje się na powrót dzieckiem. Animacje Disneya zawsze będą niepowtarzalne, wyjątkowe i zapadające w pamięć. Tacy są też Zaplątani, taka jest Kraina Lodu. Chociaż osobiście wolę Zaplątanych i zawsze będę stała murem za ich fenomenem i wytykała nieścisłości Krainy Lodu i potraktowane po macoszemu postaci, to obie animacje podbiły moje serce i wywarły ogromne wrażenie. Wielkie brawa za tak oryginalne podejście do historii znanych od pokoleń i opowiedzenie ich na nowo.  Wszystkich, którzy nie widzieli gorąco zachęcam do obejrzenia. 






~R.

sobota, 30 maja 2015

Żuławski vs Komasa, czyli dlaczego nie powinno się zmieniać reżyserów.

Tym razem krótko. Krew z krwi to jeden z moich ulubionych seriali, ogólnie, nie tylko polskich, ale sprostuję, moje serce podbił pierwszy sezon, niedawno rozpoczęty sezon numer dwa figuruje w mojej świadomości pod nazwą: zniszczony, podeptany potencjał lub profanacja serii pierwszej. Xawery Żuławski - główny reżyser pierwszego sezonu serialu Krew z krwi. Przyznam szczerze, że ogólna ocena całego jego dosyć niewielkiego dorobku reżyserskiego jest mocno średnia (Wojna polsko-ruska to dla mnie pomyłka nad pomyłkami i wszystko pomyłki), ale jego wynik jego reżyserskiej pracy na planie Krwi z krwi bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, o czym obszernie opowiedziałam post wcześniej. Co do niejakiego Jana Komasy. O tym człowieku niewiele dobrego mogę powiedzieć. Zarówno Sala Samobójców, jak i Miasto 44 okazały się produkcjami nietrafionymi (dla mnie), chociaż wiem, że Miasto 44 zbierało dosyć pochlebne recenzje (czego do tej pory nie pojmuję). Mimo rewelacyjnego pomysłu na fabułę do oryginalnego Powstania Warszawskiego (2014), nazwisko Komasy od zawsze kojarzy mi się z czymś nieudanym, tandetnym, nudnym, ckliwym i pseudojakimś. Dlatego, gdy oczom moim ukazała się informacja, że to on przejmie reżyserię drugiego sezonu Krwi z krwi, lekko mnie zamurowało. Mimo iż Jan Komasa jest młodszy od Xawerego Żuławskiego o niemal 10 lat, to ten pierwszy sprawił, że ten wspaniały serial zaczął przypominać jałowe, płaczliwe historyjki rodem z Klanu połączone ze scenami wzorowanymi na amerykańskich filmach sensacyjnych/akcji. 



Topa i Kulesza wraz z reżyserem drugiego sezonu Janem Komasą


Ekipa pierwszego sezonu: (od prawej) Simlat, Kuna,
 Kulesza, Bonaszewski z reżyserem Xawerym Żuławskim


Już fabuła drugiego sezonu mnie mocno rozczarowała. Carmen (przypominam: świadek koronny) wraca po trzech latach do kraju. I gdzie zostaje ulokowana? W Elblągu, jakby nie było, całkiem niedaleko rodzinnej Gdyni. Nie powiem, duże ryzyko, i mimo wyjaśnień w serialu, dlaczego akurat ściągnięto ją akurat do Elbląga, gdzie wcale wciąż nie grozi jej wielkie niebezpieczeństwo, nadal jest to dla mnie niezrozumiałe i naciągnięte do potrzeb serialu. 
Pełna obaw szybko zaczęłam szukać informacji o nowych bohaterach serialu. Po premierze pierwszego odcinka byłam pełna optymizmu. Grono aktorskie serialu zasilili nowi, zdolni aktorzy, m.in. ciężka do rozpoznania, ale nadal genialna Kinga Preis w roli odpychającej pani prokurator Reszke, która skutecznie będzie utrudniać Carmen życie, utalentowana Roma Gąsiorowska w zupełnie nowej, szokującej odsłonie, w roli żony Wiktora Roty - Ewy, charyzmatyczny i wyrazisty Piotr Głowacki jako więzień Speedy, nieznany mi wcześniej Tomasz Sobczak, który wcielił się w inspektora Kłosa, przyjacielsko (?) nastawionego do Carmen, Bartłomiej Topa, jak zawsze niezawodny, którego tym razem możemy podziwiać w roli mężczyzny, w którym zakochała się Carmen, Jana oraz Wiesław Komasa (syn jego talentu po ojcu niestety nie odziedziczył) odgrywający postać dawnego wspólnika, teraz wroga Andrzeja Roty - Rosiaka, który postanowił mu wszystko odebrać w ramach zemsty za krzywdy w przeszłości. Wróciła Kulesza,  wrócił Bobrowski, Grałej nadal w formie, Bonaszewski równie tajemniczy (ale bardziej rozmowny), Musiał wydoroślał, Andrzejewski nie stracił energii i zapału. Słowem, jest nadzieja. Bardzo byłam szczęśliwa, kiedy tak silna ekipa miała zająć się graniem w serialu. Bardzo szczęśliwa. Tym boleśniejszy było zderzenie w okrutną rzeczywistością, którą zafundował nam Komasa. 

Komasa Senior jako Rosiak oraz Szymon Bobrowski w roli Bronka



Fabuła, nie powiem, mimo tego Elbląga miała potencjał. Carmen wraca układać sobie życie w Polsce, znajduje mężczyznę, którego obdarza miłością,  odnajduje Sandrę (Izabela Kuna), chce zacząć od nowa, pod innym nazwiskiem, w innym miejscu. Jednak jej braciszek, Wiktor, nie zamierza dać jej spokoju. Dzięki jej zeznaniom wychodzi z więzienia i niemal pierwszego dnia wplątuje się w kłopoty, ale tym razem nie kradnie towaru, a podpada zarówno Bronkowi, jak i dilerowi Holendrowi. Przez niego, Carmen ponownie musi stanąć twarzą w twarz z przestępczym światem, od którego chciała uciec. Zaczyna się robić nieciekawie. 


Kulesza jako Carmen Rota-Majewska


Cóż, niestety całkiem interesująca fabuła i próbujący ją udźwignąć aktorzy na nie wiele się zdali wobec tego, co wyczyniał Komasa i scenarzyści (ciągle ci sami). Minęło już 8 odcinków, które spokojnie można by zmieścić w 4 epizodach. Komasa spowolnił akcję, spłaszczył ją, odebrał serialowi charakterystyczną dynamikę, odarł w aury tajemniczości i niepokoju. Z dawnego genialnego serialu pozostali nadal wspaniali aktorzy, których niestety przygniotły koszmarki w scenariuszu i wymysły reżysera. Carmen stała się ofiarą ckliwego love story z Janem (Bartłomiej Topa) w roli głównej pełnego dramatów, cichych dni, ciągłych powrotów oraz (o zgrozo) miała pecha, bo trafiła na wyjątkowo nieprzyjemną prokurator Reszke, która wygląda tak, jakby urwała się z amerykańskiego filmu sensacyjnego - sceny z nią to pełne niedomówień dialogi, melancholijne spojrzenia w dal, bieganie wokół samochodu z wymownym "ku*wa" na ustach, pełne milczenia i półsłówek przesłuchania - poczułam się trochę, jakbym oglądała jeden z tych filmów typu masz prawo zachować milczenie, czyli synteza amerykańskiego kina i w11. Bolesne doświadczenie. Co więcej, scenariusz przestał budzić w nas niepokój, otaczać całą historię piękną i niepokojącą równocześnie aurą tajemnicy, wszystko mamy podane jakby na talerzu, nie musimy zastanawiać się, kto za czym stoi, bo wszystko jest pięknie pokazane na ekranie. Dialogi między bohaterami, skrajnie płaczliwe i ckliwe (tak się bałem, że mogę cię już więcej nie zobaczyć...), przez teatralne (kosztem pokrzywdzenia postaci Romy Gąsiorowskiej) aż po po prostu idiotyczne, które aż proszą się o wycięcie (gangsterski slang wersja polisz amerika, nie polecam). 


Kinga Preis jako prokurator Reszke i Tomasz Sobczak w roli Kłosa

To wszystko, co urzekło mnie w pierwszym sezonie, a mianowicie, tajemnica, brutalność, niepokój, rewelacyjny scenariusz, jakiś tam element psychologii w tym wszystkim, zaskakujące plot twisty, dynamika wydarzeń, zostało podeptane przez Jana Komasę i zastąpione ckliwością, zbytnim rozciągnięciem scenariusza, sprzecznościami, rażącą w oczy inspiracją filmami amerykańskimi, dziwnymi zdarzeniami pozbawionymi logiki i związku przyczynowo-skutkowego. Pozostała tylko fantastyczna, przegenialna, perfekcyjna obsada, dzięki którym jeszcze nie dałam sobie spokoju z tym serialem. Wniosek jest taki, że zmiana reżysera między sezonami może być niezbyt dobra w skutkach, bolesna dla widza i będąca obrazą dla poprzednika. 
~ R. 

środa, 27 maja 2015

Walk of fame - Meryl Streep

"Nominowane są cztery kobiety oraz, zgodnie z prawem stanu California, Meryl Streep" - ten fragment przemówienia Jareda Leto wręczającego Oscara za najlepszą drugoplanową rolę w 2015 roku będzie stanowił kwintesencję tego, co zamierzam powiedzieć o niewątpliwie jednej z najważniejszych sylwetek światowego kina - amerykańskiej aktorce, Meryl Streep. 


Laureatka trzech Nagród Akademii Filmowej (Sprawa Kramerów z 1979, Wybór Zofii z 1982 oraz Żelazna Dama z 2011), łącznie nominowana do tej nagrody aż 19 (!) razy, zdobywczyni ośmiu Złotych Globów przy 28 (!!) nominacjach (m.in. za Kochanicę Francuza z 1981 czy Diabeł ubiera się u Prady z 2006 roku), a także wielokrotna zdobywczyni i nominowana do tak prestiżowych nagród jak BAFTA, Emmy, Satelita, nagradzana w Cannes, Berlinie, ulubienica krytyków. To Meryl Streep. Aby wymienić i skomentować jej wszystkie osiągnięcia musiałabym przeznaczyć na to dziesięć postów. Dzisiaj jednak postaram się zrozumieć jej wielki fenomen i wyrazić swoją prywatną opinię na temat jej kariery. 


Meryl z Oscarem za Żelazną Damę, 2012

Przyznam, że Meryl Streep to jedna z nielicznych aktorek wzbudzających u mnie mieszane, często skrajne emocje. Poczynając od jej urody, przez liczne nagrody, po poziom aktorstwa, który reprezentuję. Zacznę od urody Meryl, która ma zarówno swoich zwolenników, jak i osoby, które podchodzą do tego zagadnienia dosyć krytycznie. Gdybym miała jednym słowem określić urodę Streep, użyłabym chyba słowa oryginalna, może nietypowa. Jedno i drugie moim zdaniem jest adekwatne. Meryl Streep to osoba o urodzie, którą można porównać do Nicole Kidman czy Tildy Swinton. Nie jest to oczywiste piękno, jest w niej coś szlachetnego, coś przyciągającego, magnetycznego. Myślę, że ona jest w pewien sposób atrakcyjna, urodziwa. Nie można jej odmówić niezwykłej klasy i stylu, ale to już inna kwestia. W samej Meryl podobają mi się bardzo jej oczy - zawsze pełne życia, energii, przez co jej spojrzenie przykuwa uwagę swoją wnikliwością i bystrością. Poza tym, jak już wspomniałam, Meryl ma w sobie coś szlachetnego, dostojnego (cecha Cate Blanchett), co sprawia, że nie mogę złego słowa powiedzieć o jej specyficznej urodzie. 


Przejdę teraz do aktorstwa. Tu będzie bardziej brutalnie. Może się nie znam, może nie zobaczyłam tego kunsztu, ale dwie spośród trzech nagrodzonych Oscarem ról Streep to dla mnie nieporozumienie. Jedynym nagrodzonym filmem z Meryl, który podbił moje serce jest Wybór Zofii (1982) i nie dlatego, że mówi tam po polsku, chociaż robiło to wrażenie. Rola Meryl Streep w tym filmie niezwykle mnie poruszyła, film oglądałam kilka lat temu, i wciąż pamiętam wiele scen, w których udowodniła swój kunszt i umiejętności, ale na tym skupię się na końcu przy okazji rankingu moich ulubionych ról Meryl Streep. Teraz chciałabym przekrojowo opisać i ocenić, dlaczego jej osoba wzbudza moje mieszane uczucia. Talentu jej nie odmówię. Charyzmy jej nie odmówię. Doświadczenia jej nie odmówię. Elastyczności jej nie odmówię. Wydaje się, że jest to aktorka idealna, uniwersalna wręcz - zagra każdą rolę, co widać w różnorodności jej filmografii. Co jest w niej takiego zatem, że kiedy widzę ją na plakacie filmu, to mnie odrzuca? Obawiam się, że Meryl (podobnie jak Johnny'ego Deppa) jest zwyczajnie za dużo. Niemal co roku możemy zobaczyć przynajmniej jeden film, w którym zagrała co najmniej drugoplanową rolę. Wydaje mi się, że w moim przypadku doszło zwyczajnie do zmęczenia jej obecnością na ekranie. Co więcej, zaczęłam dostrzegać pewne mankamenty w jej aktorstwie, które powoli dają o sobie znać. Mimo mojej całej sympatii do Meryl Streep, nie mogę przestać myśleć o tym, jak mnie irytuje. Apogeum mojej irytacji miało miejsce przy oglądaniu Żelaznej Damy - ten film cały czas zbudzał moje negatywne emocje, sposób gry Streep był dla mnie tu nie do zniesienia, podobne wrażenia odniosłam przy okazji filmów: Diabał ubiera się u Prady (2006), Mamma Mia (2008), Sierpień w hrabstwie Osage (2013).


Nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Jak już wielokrotnie wspominałam, lubię i szanuję Meryl Streep za cały wkład w rozwój światowego kina, ale mam wrażenie, że silna pozycja, jaką sobie zdobyła w swojej branży, jej nieustanna obecność w filmach, sprawiły, że przestałam cieszyć się każdą nową zapowiedzią produkcji z nią, a zaczęłam bardziej wnikliwie analizować jej role, zwłaszcza te po 2004 roku. I zaobserwowałam coś, co mnie w niej irytuje - zobaczyłam Meryl Streep w każdej granej przez nią postaci. Zauważyłam, że ona zwyczajnie sobą przytłacza odgrywane role, co może być skutkiem zbyt częstego występowania albo ... albo nie wiem czego. Kiedy widzę na ekranie Jodie Foster albo Edwarda Nortona, widzę przede wszystkim wizualnie podobnego bohatera, nie Foster, nie Nortona - widzę postać jakiejś historii. Natomiast kiedy patrzę na Meryl, najpierw widzę Meryl, słyszę jej głos, dostrzegam jej charakterystyczny sposób gry, dopiero, jakoś mimochodem, widzę kogo gra. Wydaje mi się, że ona zaczęła się w swoisty sposób powtarzać, co widać przy okazji Żelaznej Damy (2011), filmów Sierpień w hrabstwie Osage (2013), Tajemnice lasu (2014), Dawca Pamięci (2014), Mamma Mia (2008). Doszłam również do gorzkiego wniosku na temat jej nagradzania - obawiam się, że Akademia popadła w nadmierny zachwyt jej osobą, co daje o sobie znać przy okazji ogłaszaniu nominacji - Meryl jest nominowana ostatnio prawie za każdy swój film. To boli. Tęsknię za tą delikatną, skromną Meryl, która podbiła moje serce rolami w Wyborze Zofii (1982), Kochanicy Francuza (1981), Łowcy Jeleni (1978), Pożegnaniu z Afryką (1985). Ale nie wszystko stracone, chcę wierzyć, że Meryl ponownie udowodni mi, że w aktorstwie na pierwszym miejscu stawia odegranie postaci, potem własną osobowość. Tymczasem, aby zakończyć pozytywnie, ranking moich top3 ulubionych ról Meryl Streep. Enjoy! 


1. Wątpliwość, 2008 - siostra Aloysius


Meryl Streep, Philip Seymour Hoffman, Amy Adams - to nie mogło się nie udać. Rewelacyjny dramat obyczajowy z doborową obsadą. Meryl Streep udowodniła mi, że jest fenomenalną aktorką, która potrafi zagrać każdą rolę. Siostra Aloysius jest tego najlepszym dowodem. Zimna, wyrachowana, surowa zakonnica narzucająca drakońskie zasady w swojej szkole. Szczerze znienawidziłam tę postać już w pierwszych minutach filmu, co było zasługą Meryl Streep, która dzięki głosowi, mimice (zwłaszcza spojrzeniu) i umiejętnością sprawiła, że tej kobiety nie dało się lubić, co dopiero mówić o jakimkolwiek szacunku. W skali 1-10, zasłużone 10. 



2. Kochanica Francuza, 1981, Sarah/Anna



Jeden z najbardziej klimatycznych i romantycznych (nie wstydzę się użyć tego słowa) filmów, jakie widziałam. Duet Streep - Irons, oglądanie ich było czystą przyjemnością. Meryl w podwójnej roli była tam subtelna, uwodzicielska, niedostępna, dostojna, piękna - mogłabym wymieniać bez końca. Solidne 9/10. 



3. Wybór Zofii, 1982, Zofia Zawistowska 


Meryl Streep w oscarowej roli Zofii Zawistowskiej to fenomen w czystej postaci. Streep doskonale oddała złożoność granej przez siebie postaci, świetnie wczuła się w klimat filmu, w którym zagrała. Również 9 (+1 za scenę zagraną po polsku - oczarowała mnie. 




~R.