Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Prosto z fabryki snów, czyli o filmie - Droga do przebaczenia (2007)

Droga do przebaczenia. Podchodziłam do tego tytułu wiele razy, ale niestety, jeśli akurat nie mam ochoty, to nie ma żadnej siły, która zmusi mnie do obejrzenia. W tym przypadku tak właśnie było. Nie mogłam się sama zachęcić do włączenia i obejrzenia. Nie wiem w sumie dlaczego. Obsada kusiła bardzo. Phoenix i Connelly to nazwiska, które mnie niezwykle przyciągały, ale jednak nie wystarczyły, abym się za to wzięła. Dopiero obejrzenie filmu o dosyć zbliżonej fabule, Labiryntu (2013) obudziła się we mnie szczera chęć zobaczenia Drogi do przebaczenia - absolutnie nie po to, żeby porównywać oba filmy, po prostu zainteresowała mnie właśnie ta tematyka, do której nie mogłam się wcześniej przekonać. 


Fabuła filmu nie była specjalnie odkrywcza, mam wrażenie, że akurat ta tematyka, jak żadna inna, jest dosyć mocno eksploatowana (wspomniany Labirynt czy Między światami z 2010 roku). Wielu reżyserów podjęło temat utraty/zaginięcia dziecka i tego, w jaki sposób to wpływa na jego rodziców i najbliższe otoczenie. Film, o którym pisałam wcześniej, Labirynt (2013), ukazywał historię tego, jak daleko można się posunąć w poszukiwaniu zaginionego dziecka. Droga do przebaczenia skupia się na tym, jak śmierć dziecka wpływa na jego najbliższych. To historia dwóch rodzin, które los złączył w tragicznych okolicznościach. Ethan Learner  (Joaquin Phoenix) to szczęśliwy mąż i ojciec dwójki dzieci. Pewnego dnia wybierają się na recital ich syna - dziesięcioletniego Josha. W tym samym czasie Dwight Arno (Mark Ruffalo) wraz z synem kibicują swojej drużynie w czasie meczu. W czasie gdy Dwight odwozi syna do byłej żony, dochodzi do tragedii. Arno potrąca syna Learnerów, Josha, na oczach jego ojca. Będąc w szoku, ucieka z miejsca wypadku. Ethan postanawia za wszelką cenę znaleźć zabójcę swojego syna. Z czasem dochodzi do dramatycznej konfrontacji Dwighta z Ehtanem. 


Jak wspomniałam, fabuła dosyć mało wyszukana, wielokrotnie powtarzana w różnych filmach, stale obecna w kinie. Niemniej jednak nie nudziłam się, nie oglądałam ze świadomością: wiem, jak się skończy. Scenariusz został świetnie przemyślany, co jest zasługą nie tyle dobrej podstawy (film powstał na motywach powieści), ale świetnej pracy, jaką wykonał tutaj reżyser i scenarzysta równocześnie - Terry George, twórca scenariuszy do tak wybitnych produkcji jak Hotel Ruanda (2004) czy W imię ojca (1993), dzięki czemu film był ciekawy, stopniowo tworzyło się coraz większe napięcie, widz nieustannie był ciekawy tego, jak będzie wyglądał punkt kulminacyjny. Nie wiem, na ile była to kwestia zastosowanych chwytów emocjonalnym, na ile mojej wrażliwości, na ile po prostu doskonale zrobionego filmu, ale przez pewien czas nie mogłam powstrzymać stanu emocjonalnego bliskiego wybuchnięciu płaczem. W jakiś sposób to, co widziałam na ekranie, to jak zachowywały się postaci (aktorsko pierwsza klasa!), jaka temu towarzyszyła muzyka sprawiło, że nie mogę tego filmu oceniać negatywnie. Oczywiście, mam tę świadomość, że filmowi zarzuca się pewne naciąganie faktów, mało prawdopodobne zbiegi okoliczności (sprawca wypadku i pośrednio jego ofiara rozmawiają jakby nigdy nic?), ale jestem w stanie je wszystkie usprawiedliwić tym, że obie rodziny mieszkały w jednej, niewielkiej mieścinie, gdzie możliwość wpadnięcia na siebie nie jest znowu aż taka mała, dlatego w ogóle nie zwracałam uwagi na to, na ile prawdopodobne są przedstawiane wydarzenia - film w zamierzeniu miał być historią dotyczącą ludzkiej psychiki, postaw człowieka w obliczu tragedii, nie obyczajowym obrazkiem wyjętym z życia ludzi mieszkających w jednym ze stanów Ameryki. Osobiście uważam, że wydarzenia przedstawione w filmie mają rację bytu i istnieje dosyć duże prawdopodobieństwo na to, że coś takiego faktycznie mogło/może się wydarzyć. 


Włączając film, w ogóle nie spodziewałam się, że zobaczę coś tak dobrego. Wychodziłam z założenia, że to kolejny film podejmujący tematykę rozpaczy po śmierci bliskiej osoby, nie oczekiwałam niczego nowego (kilka dni wcześniej obejrzałam dosyć przeciętne Między światami, co jeszcze bardziej mnie zniechęcało). Moje zaskoczenie było równe zachwytowi nad fenomenalną grą aktorską. Droga do przebaczenia wywarła na mnie niesamowite wrażenie, mocno zaangażowałam się w to, co widziałam na ekranie, starałam się postawić w sytuacji zarówno Ethana Learnera, którego życie w ułamku sekundy zupełnie się posypało, jak i Dwight Arno - człowieka niewątpliwie o dobrym sercu, szczerze kochającego swojego syna, ale człowieka, który zabił, nieświadomie, ale zabił. Starałam się zrozumieć motywacje jego postępowania, skrajne stany emocjonalne, w których znajdowali się bohaterowie. Twórcy niewątpliwie osiągnęli swój cel - wzbudzili emocje, skłonili do myślenia. Długo jeszcze po wyłączeniu telewizora zastanawiałam się nad tym, co zobaczyłam, zastanawiałam się, jak ja bym się zachowała w takiej sytuacji (zarówno w sytuacji ofiary, jak i sprawcy tragedii). Podobało mi się to, w jaki sposób reżyser i scenarzysta podszedł to kwestii przedstawienia sytuacji w rodzinie po śmierci dziecka - jak przeżywa to ojciec, matka, rodzeństwo (świetna Ellie Fanning w roli młodszej siostry potrąconego chłopca), jak ta śmierć wpływa nie tylko na ich stan emocjonalny, ale i wzajemne relacje. Podobało mi się to, jak pokazano kwestię odpowiedzialności i świadomości za swoje czyny sprawcy wypadku, Dwighta Arno. Wszystko to w całości dawało świetny obraz tego, jak jedno wydarzenie może zniszczyć czyjeś życie. 


Co do aktorstwa. Cóż mogę powiedzieć? Było genialne, rewelacyjne, perfekcyjne, intrygujące. Joaquin Phoenix należy do ścisłego panteonu moich ulubionych aktorów, widziałam większość jego filmów, jeden lepszy od drugiego. W każdym Phoenix daje z siebie sto procent, jest postacią, nie aktorem odgrywającym rolę - za każdym razem idealnie wciela się w powierzonego mu bohatera, perfekcyjnie oddaje jego charakter, towarzyszące mu emocje. Nie inaczej było w Drodze do przebaczenia. Phoenix znowu udowodnił, że jest wyjątkowo zdolnym aktorem. To, w jaki sposób zagrał rolę człowieka, który stracił ukochane dziecko i poprzysięga zemstę było czymś niezwykłym. Ta rola niewątpliwie na długo pozostanie w mojej pamięci. Wyrazista, charyzmatyczna, dramatyczna, tragiczna, perfekcyjnie zagrana. 


Nigdy nie pomyślałabym, że Mark Ruffalo potrafi tak genialnie grać! Nigdy nie przeczyłam, że facet ma ogromny talent, ale tego, co zobaczyłam w Drodze do przebaczenia się nie spodziewałam. Ruffalo w roli człowieka, który przez przypadek potrąca dziecko i ucieka z miejsca wypadku spisał się świetnie. Oglądaniu rozterek tej postaci, jego wahań, życia w ciągłej niepewności i strachu, wyrzutów sumienia towarzyszył podziw dla kunsztu i emocji, z jakimi ten człowiek to zagrał (ostatnia scena była po prostu godna Oscara).


Doskonale spisała się również niezwykle zdolna Jennifer Connelly w roli matki, która straciła dziecko i, co gorsze, zaczyna się obwiniać o jego śmierć. Connelly w każdym filmie, podobnie jak Phoenix, pokazuje maksimum swoich umiejętności, w Drodze do przebaczenia wypadła niezwykle przekonująco, sceny z jej udziałem mocno mnie poruszały i często byłam bliska płaczu widząc, jak fatalnie radzi sobie z tym wszystkim jej postać. Well done. 


Miłym zaskoczeniem była również obecność malutkiej jeszcze, bo dziewięcioletniej, Ellie Fanning, która zagrała postać młodszego dziecka Learnerów, siostrzyczki zmarłego Josha. Chociaż pojawiała się na ekranie dosyć rzadko, to za każdym razem skupiała uwagę widza na sobie. Sceny z jej udziałem były bardzo przykre, co w dużej mierze jest zasługą talentu małej Fanning. 



Droga do przebaczenia to film, który bardzo mnie poruszył i wstrząsnął. Jak wcześniej wspominałam, zupełnie nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam. Nie jest to kolejny film niewnoszący nic nowego, wałkujący ten sam temat. To naprawdę ciekawa historia stawiająca temat utraty bliskiej osoby i odpowiedzialności za własne czyny w zupełnie innym, nowym świetle i zachęcam każdego, kto szuka dobrego dramatu podejmującego wątki psychologiczne, do obejrzenia tego filmu.





~R.


niedziela, 14 czerwca 2015

Serialowe rozgrywki - Na krawędzi (2012)

Na krawędzi - serial reklamowany jako najbardziej wyczekiwana, najczęściej komentowana, najgłośniejsza polska produkcja sensacyjna. Muszę przyznać, że oglądając pierwsze plakaty, trailery i obserwując całą akcję promocyjną, to spodziewałam się jakiejś ambitniejszej wersji W11, ewentualnie miernej kopii chcącej dorównać fenomenowi Pitbulla albo Gliny. Niestety, ekipa odpowiadająca za promocję Na krawędzi się nie postarała - wyszło tanio, nijako i ogólnie mało zachęcająco. Ale postanowiłam nie skreślać tego tytułu z uwagi na wielkie nazwiska obecne na liście obsadzonych aktorów - Baka, Simlat, Bonaszewski, Sadowski, Fronczewski, Małecki. Pomyślałam, czemu nie, warto spróbować i kierując się słynnym nie oceniaj książki po okładce, włączyłam pierwszy odcinek. 



Po trzech długich dniach udało mi się dobrnąć do ostatniego, trzynastego, odcinka drugiego sezonu. I cofnęłam niemal wszystkie krytyczne uwagi, o których pomyślałam przed seansem. Przyznaję, że byłam pod wrażeniem tego, jak ten serial mnie wciągnął. Pierwszy sezon to historia Marty Sajno - na pozór szczęśliwej i niezależnej kobiety posiadającą imponujący majątek, prowadzącą fundację działającą na rzecz kobiet będących ofiarami przemocy, przede wszystkim na tle seksualnym. Jednak pozory mylą - pani Sajno po kilkunastu latach pobytu w Kanadzie, wraca do Polski, nie tylko po to, aby spełniać się jako filantropka, ale po to, aby na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość czterem mężczyznom, którzy przed laty okrutnie ją skrzywdzili. Fabuła niczego sobie, sposób realizacji jeszcze lepszy, ale wydaje mi się, że gdyby nie świetny dobór obsady, to nie wyglądałoby to tak dobrze. Genialnego charakteru całej serii nadała obecność takich pereł polskiego kina (i polskiej sceny teatralnej również!) jak Mariusz Bonaszewski, Przemysław Sadowski, Mirosław Baka, Łukasz Simlat. Oglądając pierwszy sezon cały czas wydawało mi się, że to aktorzy i solidnie napisany scenariusz budują ten serial, co pomogło ukryć wszelkie niedociągnięcia czy irytujący montaż. Chyba najlepszym przykładem potęgi połączenia dobry scenariusz + dobry aktor jest Przemysław Sadowski wcielający się w rolę policjanta Andrzeja Czyża, lojalnego przyjaciela Tomasza Kamińskiego (Marek Bukowski) i człowieka posiadającego ogromną liczbę "kolegów" w różnych branżach. Pan Sadowski to nie tylko, jak się okazało, rewelacyjny aktor teatralny (Nasza Klasa Słobodzianka, Przylgnięcie w reżyserii Aldony Figury), równie dobrze spisuje się na planie filmowym. Jego postać była zdecydowanie najbardziej wyrazista, nie wiem, czy to za sprawą jego wybitnych umiejętności aktorskich czy to kwestia scenariusza, w sumie nie ma to znaczenia, Sadowski świetnie odegrał rolę cynicznego, złośliwego, lubiącego wypić policjanta cechującego się jednak wielkim szacunkiem do takich wartości jak lojalność czy przyjaźń. Kwestie Andrzeja Czyża, nie dość, że świetnie napisane, to jeszcze doskonale wypowiedziane przez Sadowskiego niezwykle podnoszą wartość serialu jako całości. 


Łukasz Simlat, zdecydowanie jeden z moich ulubionych polskich aktorów. Uwielbiam go niezależnie od tego gdzie zagra i w jakim spektaklu wystąpi. Simlat to człowiek niezwykle charyzmatyczny, przyciągający widza, każda jego rola jest świetna, zapamiętywana i wyrazista, co udowodnił już u Żuławskiego w serialu Krew z krwi czy u Szumowskiej w filmie W imię... To między innymi jego nazwisko w obsadzie Na krawędzi przyciągnęło mnie i zachęciło do obejrzenia. Liczyłam na podobną kreację, co w Krwi z krwi i nie zawiodłam się. Simlat w roli Protasa - bandziora zabijającego ludzi za pieniądze, ale posiadającego pewne swoje zasady, których nigdy nie łamie, na początku pracował dla jednego z oprawców Marty Sajno, później dla drugiego, w końcu zaczął prowadzić własną grę, aby finalnie stanąć po stronie Sajno i pomóc jej w rozwiązaniu sprawy gwałtu na niej sprzed 20 lat. Niejednoznaczna postać, trudno odgadnąć motywy niektórych jego postaw, chociaż cel jego działania jest dobrze znany. Simlat rewelacyjnie spisał się w tej roli, zresztą jak w każdej. Był przekonywujący, profesjonalny, świetnie odegrał rolę brutalnego bandyty z zasadami. 


Bonaszewski i Baka. Dwóch genialnych aktorów, w dwóch różnych rolach. Mariusz Bonaszewski podbił moje serce rolą człowieka od brudnej roboty w serialu Krew z krwi, a ostatnio genialną kreacją księdza Robaka, Jacka Soplicy w spektaklu Pan Tadeusz - wszystkie słowa Teatru Narodowego. W Na krawędzi przyszło mu jednak grać wyrachowanego adwokata (wcześniej prokuratora) - jednego z czterech mężczyzn, którzy tuszowali sprawę gwałtu na Marcie Sajno, człowieka bez skrupułów, prawdopodobnie z dosyć elastyczną moralnością, niewahającego się podjąć najdrastyczniejszych kroków, by chronić swoje interesy. Mirosław Baka, niezapomniany Jacek Łazar w Krótkiego filmu o zabijaniu (1987) Kieślowskiego, tym razem wcielił się w postać adwokata przed laty broniącego Marty Sajno, poznajemy go jednak jako bezrobotnego pijaka przesypiającego całe dnie w swoim mieszkaniu w jednej z warszawskich kamienic. Baka, jak zwykle zresztą, spisał się genialnie jako człowiek, niegdyś przebiegły i chciwy, teraz drżący na myśl o tym, co może odkryć jego dawna klientka - świetnie oddał złożoność swojej postaci, jej niejednoznaczną naturę. 

Bonaszewski w roli mecenasa Niemczyka




Baka jako mecenas (były) Karski

Pozytywne wrażenie wywarł na mnie również znany z podkładania głosu Jacek Kopczyński - tym razem jako niemy osobisty ochroniarz i równocześnie najlepszy przyjaciel Marty Sajno, chociaż nie wypowiedział ani jednego słowa (nie licząc bycia narratorem) to dla mnie był jedną z najciekawszych, najbardziej tajemniczych postaci serialu świetnie zagraną przez Kopczyńskiego. Fajnie spisał się również Jakub Wieczorek w roli policjanta z wydziału terroru i zabójstw - Potockiego, sceny dialogów między nim a Czyżem należały do najlepszych fragmentów całego scenariusza, to również była niezwykle wyrazista, konkretna postać budująca całkiem niezły klimat serialu sensacyjnego. 


Jacek Kopczyński, Cichy
Wieczorek jako Potocki

Mieszane odczucia budzą u mnie odtwórcy dwóch, ponoć głównych ról, Urszula Grabowska i Marek Bukowski. Marta Sajno w zamierzeniu miała być elegancką, chłodną kobietą sukcesu bezwzględnie niszczącą ludzi, którzy ją skrzywdzili. Grabowska wizualnie pasowała idealnie - to piękna, pełna klasy kobieta w średnim wieku, więc do roli pasowała jak ulał. Gorzej było, kiedy otwierała usta, bo w sporej części scen jej aktorstwo pozostawiało wiele do życzenia - było drewniane, sztywne, wyuczone, co niezwykle przeszkadzało w oglądaniu, ale z każdym odcinkiem odczuwało się to, na szczęście, coraz mniej, aktorka zaczęła być przekonywująca i nawet doceniłam to, w jaki sposób odegrała powierzoną jej rolę. Gorzej z Bukowskim, który zupełnie nie poradził sobie z rolą bystrego policjanta z uporem maniaka szukającego czegokolwiek, co mogłoby mu pomóc rozwiązać zagadkowe poczynania Marty Sajno. W każdej scenie wypadał niezwykle sztucznie, nie był ani trochę przekonujący, a w duecie z Sadowskim czy Bonaszewskim był niestety słabszym ogniwem, wypadał blado i nijak - był jedynie rekwizytem, przystojnym i czarującym, ale rekwizytem. 


Grabowska jako Marta Sajno

Bukowski jako Tomasz Kamiński

Pierwszy sezon Na krawędzi był niezwykle pozytywnym zaskoczeniem - szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że będzie to aż tak niezłe. Jak wspomniałam, spodobał mi się pomysł na fabułę, jego realizacja, świetny dobór obsady. Historia Marty Sajno i jej własne, prywatne śledztwo bardzo mnie wciągnęło, ani na chwilę nie oderwałam wzroku od telewizora, nieustannie ciekawiło mnie rozwiązanie zagadki. Irytował niestety montaż, który często przypominał charakterystyczny sposób kręcenia filmów paradokumentalnych i "seriali sensacyjnych TVN" (W11, Detektywi i te sprawy), co często całkiem mnie bawiło (zamiar miał być chyba inny). Dobór muzyki do serialu pozostawię chyba w spokoju - była, czasami nie pasowała, ale nie psuła odbioru serialu, więc nie będę się nad tym rozwodzić. 


Drugi sezon, chociaż zapowiadał się ciekawie - pomysł z międzynarodowym problemem handlu dziećmi, sprzedażą niemowląt przez matki, średnio legalnymi badaniami nad leczeniem wirusa HIV wydawał się całkiem przemyślany - okazał się o wiele gorszy od serii numer jeden. Dodanie postaci inspektor Leny Korcz miał być próbą odświeżenia serialu, nadania mu nowego charakteru mającego przyciągnąć i zaciekawić widzów. Niestety, Kamilla Baar, niewątpliwie piękna i zdolna, irytowała od pierwszej chwili, gdy pojawiła się na ekranie. W zamierzeniu miała być kolejną, obok Marty Sajno (Grabowska) czy Tamary (Hirsch), strong woman serialu - niezależna indywidualistka przełamująca konwenanse, zdolna i bystra policjantka z zawziętością tropiąca złych ludzi. Jednak teoria a to, co miałam okazję zobaczyć na ekranie to dwie różne rzeczy. Baar, jak wspomniałam, to całkiem zdolna aktorka obdarzona przyjemną aparycją, jednak w tej roli się nie sprawdziła. Grała niezwykle irytująco (chyba nie tak miało być), a szkoda, bo jej postać powinna wzbudzać sympatię i zdobyć wielu fanów - może tylko się czepiam, ale jej wizja wykreowania pani Korcz mnie nie porwała, nie przekonała, nie zachwyciła i nawet zaczęło mi brakować zepchniętego na drugi plan Bukowskiego jako Tomasza Kamińskiego. 


Drugiej serii zabrakło niestety w wielu momentach logiki i sensu, nadto aż było sentymentalnych i ckliwych scen, które zniszczyły i tak niedopracowaną atmosferę serialu. Sezon obfitował w sceny zupełnie niepotrzebne, często mało logiczne, które zamiast przybliżać do rozwiązania zagadki, tylko oddalały od tego bohaterów. Chociaż silna ekipa pierwszego sezonu (Sadowski, Hirsch, Grabowska, Wieczorek, Simlat) nadal trzymała poziom, a nowe twarze serialu (Małecki, Dedek, Wardejn, Juras) spisywały się równie świetnie, to czegoś tutaj zabrakło. Ewidentnie coś nie zagrało - odcinki zaczęły się dłużyć, stały się nudnawe, postać Leny Korcz nie pomagała. Na szczęście z odsieczą ruszyli wymienieni przeze mnie aktorzy, zwłaszcza Małecki i Wadrejn. Grzegorz Małecki w roli Krzysztofa Kędzierskiego - mężczyzny, który nie bez powodu stanął na drodze Tamary Madejskiej (Maja Hirsch) wypadł naprawdę nieźle, w każdym odcinku jego postać wyczyniała skrajnie odmienne rzeczy, które nie pozwalały jednoznacznie ocenić tej postaci. Zdzisław Wardejn, rzadko pojawiający się w pierwszym sezonie, nadrabiający to w drugim, w roli pułkownika Kani, cynizmem, chamstwem i złośliwością dorównywał Sadowskiemu wcielającemu się w postać Andrzeja Czyża, dzięki czemu stał się jedną z moich ulubionych postaci. 

Małecki w roli Krzysztofa Kędzierskiego


Wardejn jako pułkownik Kania

Cóż, mimo tego, iż jestem pod ogromnym wrażeniem tego, z jaką wyrazistością stworzono postaci serialu Na krawędzi, jak fenomenalnie poradzili sobie aktorzy, jak ciekawie wymyślono intrygi, z którymi musieli poradzić sobie bohaterowie. Wszystko pięknie i wspaniale, ale jest jednak coś w tym serialu takiego, co nie pozwala mi go oceniać wysoko, brać zupełnie na poważnie. Nie do końca potrafię powiedzieć, co to takiego, ale czegoś ewidentnie mi w nim brakuje. Chyba brakowało mi tej świetnej atmosfery, z jaką miałam do czynienia przy okazji Pitbulla, Gliny czy Krwi z krwi. Twórcom nie udało się do końca zbudować klimatu, jaki powinien charakteryzować dobry serial sensacyjny - czasami było za mdło, zbyt ckliwie, czasami aż zbyt dosadnie. Momentami czułam, jakbym oglądała Fakty albo wspomniane już W11- wydział śledczy, a chyba tak nie powinno być. Niemniej jednak, serial wciąga i wywiera dosyć pozytywne wrażenie, w skali 1-10, oceniłabym go na mocne 6, bo miał niezwykły potencjał, aby stać się świetnym, solidnie zrobionym serialem kryminalnym i chociaż wiele mu brakuje do klasyków polskich produkcji kryminalno-sensacyjnych, to naprawdę Na krawędzi trzyma poziom i warto go obejrzeć, przynajmniej pierwszy sezon, chociażby dla doskonałego aktorstwa.



~R.



środa, 10 czerwca 2015

Prosto z fabryki snów, czyli o filmie - Hua Mulan (2009)

Chińskie kino. Ciężko je oceniać. Jest niczym Bollywood - rocznie w Chinach powstaje więcej filmów w zasadzie niczym się od siebie nieróżniących, ile w całej Europie razem wziętej. Chińskie kino dzieli się na dwie grupy - filmy powstałe w sumie nie wiadomo po co i dlaczego oraz filmy, które faktycznie robią wrażenie, które są perełkami azjatyckiej sztuki filmowej, skądinąd bogatej w dobre, solidnie zrobione filmy tłamszone niestety przez wychodzące z tej samej taśmy produkcyjnej historie opowiadające o losach Hindusów na zasadzie bogaty on i biedna ona (lub odwrotnie) albo przepełnione efektami specjalnymi filmy quaziwojenne produkowane na potęgę właśnie w Chinach. Muszę jednak przyznać, że nie jestem do końca obiektywna, zważając na moje ogromne uwielbienie wszystkiego, co związane z Chinami - to jeden z tych krajów, których kultura mnie zachwyca i nieustannie zaskakuje. Poczynając od Wielkiego Muru Chińskiego kończąc na legendzie o Hua Mulan - chińska architektura, sztuka i literatura należą do najciekawszych i najbogatszych w historii światowych cywilizacji. I to właśnie słynna już opowieść o kobiecie, która w przebraniu mężczyzny wstąpiła do chińskiego wojska stała się inspiracją najpierw dla ekipy disneyowskiej, później dla samych Chińczyków do stworzenia filmu animowanego i dramatu wojennego poświęconego najsłynniejszej kobiecie chińskiej kultury, symbolowi nabożności synowskiej - Hua Mulan. Film pochodzący z 2009 roku należy do moich ulubionych produkcji z rodzaju tych wojennych, przygodowych i tym podobnych. 




Muszę przyznać, że historia Hua Mulan opowiedziana przez Disneya jest tą, którą kocham i uwielbiam, wychowałam się na tej bajce. Smok Mushu, świerszcz przynoszący szczęście, piękne piosenki, Jerry Goldsmith w świetnej kondycji, piękne love story z klasycznym happy endem. Całe moje dzieciństwo to disneyowska Mulan. Ale to bajka, legenda musiała zostać lekko podrasowana i dostosowana do tego, co produkuje wytwórnia Walta Disneya, musiała przecież trafiać do najmłodszych i ich przyciągać. Stąd elementy komiczne, smoki, rozśpiewana armia Chińczyków. Prawdziwa legenda i realia w jakiej powstała są jednak o wiele mniej wesołe i przyjemne. Hua Mulan według opowieści miała być dziewczyną, która by ratować schorowanego ojca, wstępuje do wojska jako mężczyzna i przez jakieś dwanaście lat służy w wojsku walcząc z wrogiem, konkretniej z Xiongnu  (koczowniczym, azjatyckim plemieniem) w okresie rozbicia północnych Chin. Oczywiście swój udział w produkcji mieli Amerykanie, co więcej każdy dramat wojenny ma w sobie jakiś wątek miłosny, dlatego i w tym przypadku nie było inaczej - w filmie pojawia się dramatyczna historia miłosna z Mulan i (nieobecnym w legendzie) księciem Wentai, w zasadzie, to ten wątek stanowi trzon całej opowieści, ale o tym za chwilę. 


Po kolei. Twórcy filmu z 2009 roku postanowili uraczyć nas historią Hua Mulan stworzoną w jej ojczyźnie. Otrzymujemy zatem opowieść o pięknej dziewczynie, która pewnego dnia staje przed trudnym wyborem: miłością do ojca czy posłuszeństwem wobec niego. Mulan wybiera mało rozsądnie, stawia emocje na pierwszy miejscu i w męskim przebraniu wymyka się z domu i wstępuje do wojska, aby uchronić przed tym swojego ukochanego ojca. W wojsku spotyka swojego przyjaciela z wioski, poznaje jednego z dowódców, jak się później okazało księcia, Wentai. Szybko pnie się po szczeblach wojskowej kariery, za każdym razem udowadniając swoje umiejętności dowódcze i nie tylko. Dzielnie walczy nie tylko z wrogimi plemionami, ale również ze swoimi uczuciami, co okazuje się zadaniem o wiele trudniejszym niż walka na polu bitwy. 


Całość filmu przypomina całkiem bardzo to, co widzimy w amerykańskim produkcjach zaliczanych do gatunku "wojenny". Wszystko tam jest brudne, zakurzone i we krwi. Bohaterowi próbują poradzić sobie z dramatem, jakim jest wojna, starają się myśleć, że to się niedługo skończy i wszyscy zaczną normalnie żyć. Co więcej, jeśli mówimy o scenach batalistycznych, to moim zdaniem, wypadają one równie dobrze, a nawet lepiej (bo Chińczycy w mniejszym stopniu wspomagają się techniką komputerową) jak w przypadku filmów amerykańskich. Sceny bitew zostały nagrane z ogromnym rozmachem i dbałością o szczegóły. Poczynając od umundurowania żołnierzy po realizm, z jakim zostało wszystko napisane i nakręcone. Nie zobaczymy tutaj tego, czego moglibyśmy się spodziewać - buntów wobec zajmowanej pozycji, dramatycznego ujawnienia tożsamości Mulan, szczerych wyznań i pocałunków w środku bitwy. Wszystko zostało dostosowane do obowiązujących w tamtych czasach realiów - Mulan (jeszcze jako kobieta w wiosce) nie dyskutuje z żadnym mężczyzną, jest posłuszna i pokorna, jej relacja z Wentai to nie żadne amerykańskie, patetyczne wyznania i dramatyczne pocałunki - to relacja oparta na wzajemnym szacunku, bez zbędnych słów i niepotrzebnych gestów - największy atut filmu. 



Hua Mulan to nie tylko solidnie zrobiony film opowiadający piękną historię. Zaraz po świetnie napisanym scenariuszu uwagę przykuwa muzyka - jedna z najpiękniejszych ścieżek dźwiękowych, jakie kiedykolwiek miałam przyjemność poznać. Aż trudno uwierzyć, że Hua Mulan była pierwszym filmem, do którego komponował twórca, o którym niestety nic nie wiem i pewnie się nie dowiem, bo dokopać się do czegokolwiek jest niezwykle trudno, ale najlepszą jego wizytówką jest to, co stworzył - dramatyczna, wzruszająca, przepełniona emocjami, rozdzierająca serce w kulminacyjnych momentach.




Co jeszcze zasługuje na uwagę w Hua Mulan? Aktorzy. Wei Zhao, śliczna i utalentowana aktorka oraz piosenkarka, w tytułowej roli spisała się rewelacyjnie. Zarzuca się czasami, że wybór aktorki był niewłaściwy - bo na pierwszy rzut oka widać, że to kobieta, bo za wysoki głos, bo za łagodne rysy twarzy. Pozwolę sobie się z tym nie zgodzić. Wei Zhao jako Mulan była niezwykle przekonywująca i chociaż momentami widać było, jak bardzo kobiecą ma urodę, to jednak będę stała za nią murem. Idealnie oddała emocje, które targały Mulan - kobiety nieprzygotowanej na to, co sama na siebie ściągnęła, kobiety walczącej między miłością a obowiązkiem, kobiety, która przez lata żyła w strachu o to, czy jej sekret nie wyjdzie na jaw. Well done. Uważam, że Wei Zhao, zaraz obok odtwórcy roli Wentai, była perłą tego filmu.


Kun Chen, bardzo popularny w swojej ojczyźnie aktor, wcielił się w filmie w rolę księcia Wentai - jedną z dwóch osób znających sekret Mulan, człowieka, który wielokrotnie uratował jej życie i który ją szczerze pokochał. Pomijając już kwestię niezwykłej urody tego człowieka, muszę przyznać, że to jedna z lepszych ról męskich w kinie w ogóle, jakie widziałam. Zakochany mężczyzna niemogący o sobie decydować, walczący między świadomością, tego co powinien robić a tym, co czuje i czego pragnie. Postać Wentai była postacią niezwykle ciekawą, i choć nieobecny w legendzie, nadał jej dodatkowego, nowego, istotnego wydźwięku. 


Nie wstydzę się napisać, że Hua Mulan to film, który zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Idealnie trafił w mój sposób postrzegania świata i tego, co oczekuję od oglądanego filmu. Włączając ten film kilka lat temu nie spodziewałam się, że zostanę uraczona piękną, subtelną historią miłosną w okrucieństwami i całą brutalnością wojny w tle. Nie spodziewałam się, że film wywrze na mnie aż takie wrażenie. Rewelacyjnie napisany scenariusz, dbałość o szczegóły i oddanie realizmu, zgrabne aktorstwo, wyjątkowa i niepowtarzalna muzyka. To te elementy sprawiły, że film jest niezwykły, zaskakujący i polecam go wszystkim, którzy chcieliby zobaczyć coś naprawdę unikatowego w skali światowego kina. 


Hua Mulan to film, który świetnie przeniósł na ekran jedną z najsłynniejszych legend w historii. Nie ma w nim nic tandetnego, kiczowatego, żenującego. To solidnie zrobiony film opowiadający w możliwie najwspanialszy sposób znaną od lat historię nadając jej nowego charakteru. A morał jest taki, że nie ocenia się książki po okładce - film wojenny wyprodukowany w Chinach wcale nie musi być gorszy od kultowych tytułów powstałych w Ameryce czy Europie. 



~R.



poniedziałek, 8 czerwca 2015

Nowe oblicze Hannibala Lectera - czy Madsowi Mikkelsenowi udało się przebić fenomen Hopkinsa? cz.1

Kiedy ogłoszono rozpoczęcie zdjęć do serialu o słynnym już dr Hannibalu Lecterze, wydawać by się mogło, że nowej ekipie próbującej nadać kultowej historii nowego charakteru, opowiedzieć ją w inny, świeży sposób, nie uda się zjednać sobie fanów najsławniejszego kanibala w historii kultury, którego przed laty rewelacyjnie zagrał Anthony Hopkins. Cóż, nie powiem, kiedy ja się dowiedziałam, że ponownie ktoś bierze się za kręcenie czegokolwiek o Hannibalu, byłam nastawiona dosyć niechętnie, jako że jestem wielką wielbicielką filmu Milczenie owiec (1991) i kreacji Hopkinsa. Dlatego też moje oczekiwania względem nowej produkcji, tym razem serialu, były dosyć wysokie, by nie powiedzieć ogromne. Gdy zobaczyłam w obsadzie nazwisko Mikkelsen, muszę przyznać, że byłam całkiem zadowolona. Jego rola w Polowaniu (2012) była niezwykłym popisem umiejętności i kunsztu aktorskiego, dlatego pomyślałam sobie, że nie może być źle, skoro tak dobrze dobrali aktora do roli Lectera. Nazwisko Dancy obsadzonego w roli Willa Grahama jeszcze bardziej mnie uspokoiło. No i potem nastał dzień premiery pierwszego sezonu...





Hm, po obejrzeniu pierwszego odcinka byłam pod niezwykłym wrażeniem. Pomyślałam, że to będzie dobre, że to ma szanse dorównać fenomenowi Milczenia Owiec i Czerwonego Smoka. Jedynym powodem, który ukształtował mój tok myślenia, był fakt, że serial diametralnie różni się od serii filmowej. Hannibal nabrał zupełnie innego, nowego charakteru. Scenarzyści i Mikkelsen przedstawili nam dr Lectera jako pełnego elegancji i szarmancji, obdarzonego nienagannymi manierami kanibala, dla którego sam proces przygotowywania jedzenia jest dziełem sztuki. Ucieszył mnie fakt, iż twórcy postanowili tworzyć nie kolejną ekranizację wierną powieści/filmowi, ale stworzyć coś opartego na motywach obu tekstów kultury. Scenarzyści posklejali zatem wiele wątków obecnych w pierwowzorze, dostosowali je do swojej fabuły w sposób niezwykle ryzykowny i oryginalny. Otrzymaliśmy zatem coś zupełnie nowego, a jednak wciąż krążącego wokół sylwetki Hannibala Lectera. I to jest niewątpliwie plus całej tej produkcji. Oryginalność. Kreatywność. Nowatorstwo. Dzięki temu zobaczyliśmy historię naszego kanibala w zupełnie nowym wydaniu, przedstawioną z innej perspektywy, skupiającą się na zupełnie innych kwestiach niż seria Hopkinsa. 



Niedawno rozpoczął się trzeci sezon kontynuujący historię Hannibala Lectera, dlatego teraz poświęcę kilka chwil na ogólną opinię na temat całokształtu, tego, jak serial prezentuje się w całości. A prezentuje się całkiem nieźle. Dawno już nie widziałam produkcji, w której tak wielką wagę przywiązuje się do strony wizualnej tego, co widzimy na ekranie, o co zadbali twórcy Hannibala. Serial to nie tylko dobrze napisany scenariusz, świetna gra aktorska, magnetyczna muzyka, ale również fenomenalne zdjęcia i montaż. Oglądając Hannibala, podziwiamy to, z jaką finezją i perfekcją zadbano o to, co oglądamy. Sceny przygotowywania posiłków przez Hannibala to istne dzieła sztuki filmowej - piękne zbliżenia, zgrabne slow motion, współgrająca z całością muzyka - każdy kadr mógłby spokojnie być pięknym zdjęciem. Wnętrza pomieszczeń, zwłaszcza w domu Hannibala - jego gabinet, biblioteka, kuchnia i jadalnia wyglądają niezwykle elegancko, dostojnie i świetnie oddają atmosferę tego, co dzieje się między bohaterami. Wszystko w Hannibalu prezentuje się niezwykle elegancko i finezyjnie - nawet krwawe sceny zbrodni są dopracowane w stu procentach, oryginalne (o ile tak można w ogóle określić miejsce zbrodni). Dwa pierwsze sezony, dzięki takim zabiegom niezwykle zyskiwały na wartości, były prawdziwą przyjemnością dla koneserów "dobrze zrobionych" filmów. Niestety, co za dużo, to niezdrowo. Pierwszy odcinek trzeciego sezonu (w zamierzeniu pierwsze odcinki nowych serii mają zachęcać) sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, czy oglądam wciąż ten sam serial. Epizod był niezwykle nudny, przewidywalny, straasznie się ciągnęło to wszystko, a to za sprawą nadmiernego nagromadzenia scen wizualnie pięknych, a w praktyce mających minimalne znaczenie. Pierwszy odcinek minął nam na skądinąd ciekawych, intrygujących dialogach między Hannibalem a Bedelią (rewelacyjna Gillian Anderson) i scenach przedstawiających kapiącą krew, kapiącą wodę, kapiące inne ciecze, generalnie wszystko było powolne, lekko melancholijne, przepełnione nachalnymi slow motions - szczerze mówiąc, oprócz pięknych widoków Paryża i Florencji oraz rozmów pary psychiatrów nie pamiętam kompletnie nic, co mogłoby mnie zachęcić do dalszego oglądania, niemniej jednak z niecierpliwością czekam na pojawienie się wątku Grahama, któremu kibicuję, o czym za chwilę. 



Pomijając spektakularną klęskę początku trzeciego sezonu, muszę powiedzieć, że Hannibal wciąga, niezależnie od wpadek scenarzystów. Od pierwszego odcinka pierwszego sezonu byłam oczarowana i zafascynowana tym, co widziałam na ekranie. Znane mi są opinie, że serial prezentuje raczej średni poziom, bo odwołania do psychologii są raczej nieudane, symbolika nachalna i zbyt oczywista, dialogi ociekające pseudointelektualizmem, brutalność nadmierna. Po części się zgadzam z tymi opiniami, to znaczy w tej części dotyczącej przemocy - jej obecność w stosunku do odgrywanej roli jest niestety nieproporcjonalna, a oglądanie sztuki mordowania w nadmiernych ilościach przestało mi sprawiać przyjemność, ale widać taki był cel scenarzystów, co do reszty - generalnie się nie zgadzam, owszem pewne elementy (motyw jelenia chociażby czy ilość wizji Grahama) bywają męczące, dialogi są czasami zbyt przepełnione niepotrzebnym patosem i elementami dotyczącymi ludzkiej psychiki (słowem za dużo pustego gadania), ale moim zdaniem nie w takiej mierze, aby zaniżać ocenę serialu czy utrudniać oglądanie. Osobiście uwielbiam rozmowy między Lecterem a Grahamem czy Lecterem a Bedelią, są zawsze fascynująco intrygujące, przykuwają uwagę, relacje budowane z odcinka na odcinek to fantastyczny zabieg - stopniowe dowiadywanie się o sobie nawzajem, popadanie w obłęd, próba radzenia sobie z sytuacją, a to wszystko w towarzystwie genialniej stworzonej strony wizualnej. 



Przejdę teraz do mojego ulubionego momentu - oceny gry aktorskiej i zacznę od najważniejszych postaci całego serialu - Hannibala Lectera i Williama Grahama. Jak już wspomniałam, Mads Mikkelsen stworzył postać dr Lectera na nowo. Czy był to dobry pomysł? Niewątpliwie. Czy nasza duńska gwiazda sobie z tym poradziła? Moim zdaniem nie do końca. Nie będę tutaj porównywać go do Hopkinsa - to nie jest argument, rola Hopkinsa nie jest wzorem według którego ocenia się innych, którym przyszło zmierzyć się z tą postacią. Powiem tylko tyle, że Mads fenomenu Hopkinsa nie przebił, nawet mu nie dorównał. Chociaż niewątpliwie Hannibal Lecter to najważniejsza postać serialu, a Mikkelsenowi talentu nie mogę odmówić, to w jego kreacji jest coś niezwykle irytującego i coś, co sprawia, że Hannibal w jego wydaniu jest raczej przeciętny. Mads niestety ma bardzo ograniczoną mimikę twarzy (albo to jego sposób grania, nie wiem, nie wnikam), co w przypadku tak ciekawej postaci jest czynnikiem dosyć mało pozytywnym. Irytuje mnie ta niezmienna twarz Mikkelsena, pozbawiona emocji, pozbawiona ekspresji. Jakiekolwiek wyznanie padające z ust kanibala w wydaniu Madsa staje się sztuczne, teatralne i nijakie. Wiem, że w tym serialu Hannibal to postać niewzruszonego stoika, chłodnego eleganta, ale to nie oznacza, że przez całe dwa sezony Mads ma nas raczyć serią 3-4 min. Kino zna postaci równie chłodne i zdystansowane, które jednak umiały inaczej to pokazać, niż prezentować wypraną z emocji twarz (jak chociażby Marlon Brando). Nie wiem, nie przekonuje mnie to, co prezentuje na ekranie Mads Mikkelsen - było kilka scen, które robiły wrażenie (zwłaszcza finał drugiego sezonu), ale wydaje mi się, że to trochę za mało, by uznać rolę Mikkelsena za wybitną (o wiele lepiej z postacią o podobnym usposobieniu poradziła sobie Anderson, o której powiem potem)


Will Graham - wybitny profiler zabójców pracujący dla FBI, pacjent (i zapewne obiekt westchnień) Hannibala Lectera, człowiek przytłoczony swoimi umiejętnościami, w tej roli Brytyjczyk, Hugh Dancy. To zabawne, bo właśnie jemu zarzuca się brak emocji, wiecznie zmęczoną twarz na ekranie, to ponoć jego postać irytuje. Hm, mam nieco inne zdanie na ten temat, bo w przeciwieństwie do Madsa Hugh przynajmniej nie jest przez cały czas denerwująco taki sam. Może to po prostu kwestia tego, jak różne są te postaci. Cóż, miałam nie porównywać do Milczenia owiec, ale zrobię to (ostatni już raz). Duet Hopkins - Foster, czyli Hannibal - Clarice był niezwykle magnetyczny, intrygujący, przykuwający uwagę, oboje byli niejednowymiarowi, w każdej scenie prezentowali co innego, Hopkins jako Hannibal był postacią złożoną, a w wydaniu Madsa nie widzę nic fascynującego, ciągle to samo, ciągle te same spojrzenia, ten sam ton głosu, te same gesty. Ale stop. Teraz o Willu i kreacji Dancy'ego. Cóż, nie zgadzam się z żadnym zarzutem kierowanym w stronę tej postaci/aktora. Moim zdaniem , Dancy idealnie poradził sobie z postacią człowieka, którym stale targają sprzeczne emocje, który nie radzi sobie z tym, co robi, jak pracuje, jak żyje. Will Graham w jego wydaniu był postacią o wiele ciekawszą, niż ta książkowa czy nawet filmowa (chociaż Norton odegrał to genialnie). Jego wizje, choć czasami męczące, były zagrane bardzo przekonująco, to on dźwigał ciężar oddania emocji podczas rozmów z Hannibalem - dzięki niemu były one tajemnicze i intrygujące. To sceny z nim należą do moich ulubionych (i jego aparycja wcale nie odgrywa tu żadnej roli!). This is my design w jego ustach to zdecydowanie najlepsza kwestia pojawiająca się w Hannibalu. W żadnym wypadku nie uważam Willa za postać męczącą i irytującą, a Hugh za aktora, który nie podołał zadaniu, wręcz przeciwnie, uważam, że udało mu się w pełni oddać złożoność swojej postaci. 




Wszystko, co dotyczy reszty postaci i aktorów wcielających się w ich role w kolejnym poście, natomiast teraz przejdę do tego, co urzeka mnie szczególnie w Hannibalu. Przejdę do relacji Will - Hannibal. Mimo mojego częściowego rozczarowania Madsem (jak wspominałam, miał dobre momenty, które mroziły krew w żyłach i przerażały ze względu na stoicki spokój i dystans dr Lectera) nie mogę zaprzeczyć, że to, co zbudował razem z odtwórcą roli Willa jest absolutnie niezwykłe. Nadal twierdzę, że to głównie zasługa Dancy'ego, ale przyznaję, że oglądanie rozmów Hannibala z Willem, obserwowanie ciągłego zacieśnienia się dziwnej więzi między nimi, to sama przyjemność. Napięcie wyczuwane podczas tych scen, wzajemna fascynacja, dystans i chłód, sprytne dogryzanie sobie nawzajem, te spojrzenia, te gesty. To wszystko ma w sobie coś niezwykle magnetycznego, momentami związanego z seksualnością, intrygującego, a finał tej relacji w drugim sezonie szokuje, zaskakuje, daje do myślenia. To atut. 



Tyle na dzisiaj, dalszy ciąg recenzji/wrażeń/przemyśleń dotyczących Hannibala niebawem (w planach dalsza ocena wybitnej gry aktorskiej i odniesienia do części zarzutów dotyczących scenariusza). Póki co, polecam serial wszystkim lubiącym artystycznie zrobione filmy, kryminalne zagadki, psychologię, książkowego Hannibala i wciągające dialogi. 





~R.

 

piątek, 5 czerwca 2015

Kraina Lodu vs Zaplątani, bo z Disneya się nigdy nie wyrasta.

Chyba nie znam osoby, która nie wychowałaby się (chociaż w minimalnym stopniu) na bajkach Disneya. Zakochany kundel, Tarzan, Król Lew, Królewna Śnieżka, Mój brat niedźwiedź, Pocahontas - bajki, które kojarzą wszyscy, bajki ponadczasowe, bo disneyowskie - mądre, zawsze zakończone morałem, rozśpiewane, wciągające nie tylko najmłodszych. Ostatnimi czasy obserwuje się jednak powolne odchodzenie od klasycznych, uwielbianych przez wszystkich, animacji, które podbijały nasze dziecięce serca. Obecne ekipy wielkich wytwórni raczą nas ostatnio bajkami, które bez cienia wątpliwości możemy nazwać raczej przeciętnymi - ot, obejrzało się, i tyle. Nie pozostaje w pamięci, nie zachęca do ponownego obejrzenia. Oczywiście, z pewnymi wyjątkami. Disney (Dreamworks w większości też) jest jedną z nielicznych wytwórni, które jak na razie nie zawiodły (albo nie zrobiły tego w jakiś bardzo bolesny sposób), wręcz przeciwnie, w roku 2010 i 2013 Disney zachwycił świat dwoma bardzo dobrymi filmami animowanymi (kolejno) Zaplątanymi i Krainą Lodu (choć wolę tytuł Frozen). Obie produkcje weszły do kin i od razu wywołały olbrzymi entuzjazm wśród najmłodszych i tych nieco starszych. Po premierze Krainy Lodu zaczęło również oba filmy animowane porównywać i mimo że portal filmweb.pl pokazuje, iż to Kraina Lodu wygrywa ten pojedynek (187 miejsce w rankingu wobec 213 miejsca zajmowanego przez Zaplątanych 5 VI 2015 r.), to moim skromnym zdaniem, to Zaplątani wiodą prym. Dlaczego? O tym w dzisiejszym poście. 































Co w Zaplątanych jest lepsze i ciekawsze niż w Krainie Lodu? Zdecydowanie fabuła, a właściwie sposób jej realizcji. Co mamy w Zaplątanych? Piękną historię nieoczekiwanych narodzin miłości, pogoń za marzeniami, redefinicję prawdziwych pragnień, wewnętrzną przemianę, odwieczną walkę dobra ze złem. Co oferuje nam Kraina Lodu? Równie piękną historię siostrzanej miłości, trudny proces rozumienia słowa "miłość" przez bohaterów, walkę z samym sobą, urzeczywistnienie powiedzenia "pozory mylą". Obie historie piękne, mądre i jak przystało na Disneya i jego moralizatorskie powołanie - pouczające. Ale. Mimo tego, iż obie bajki trwają około półtorej godziny, przy czym Kraina Lodu jakieś dziesięć minut dłużej, to ekipa pracująca nad Zaplątanymi lepiej poradziła sobie z napisaniem scenariusza. W Krainie Lodu wszystko dzieje się za szybko, jest jakby niedokończone, pourywane, wątki zbyt chaotycznie się ze sobą przeplatają, nie ma czasu na pokazanie przyczyn pewnych wydarzeń, rozbudowania wątków (jak chociażby relacji między Elsą a Anną), natomiast Zaplątani to animacja, w której maksymalnie wykorzystano czas jej trwania, aby dokładnie, powoli i wyczerpująco opowiedzieć przedstawianą historię, pokazać, co i w jaki sposób się zmienia. Oglądając Zaplątanych nie czułam się tak, jakbym oglądała urywki lub dłuższy trailer, czego nie mogę powiedzieć o Krainie Lodu, gdzie zanim konkretnie się przyjrzałam, o co chodzi, to już się skończyło. Niedobrze. To działa na niekorzyść. Od tak świetnego pomysłu na bajkę, jakim była Kraina Lodu oczekiwałam czegoś, co mnie zaskoczy, czegoś, czego jeszcze nie widziałam. I pomyliłam się, a przyznaję, że po świetnej premierze Zaplątanych, moje oczekiwania były dosyć duże. 








































Co jeszcze drażni w Krainie Lodu, a zachwyca w Zaplątanych? Postaci. Nie ma nic bardziej drażniącego niż niedopracowanie bohaterów. A to właśnie zaserwowali nam twórcy Krainy Lodu. W Zaplątanych mamy Roszpunkę - osiemnastoletnią, zaginioną księżniczkę o włosach obdarzonych magicznymi właściwościami, artystyczną duszę, szaloną marzycielkę, Flynna Ridera (wł. Julka Szczerbca) - drobnego złodziejaszka, podstępnego egoistę, zapatrzonego w siebie przystojniaka, który zmienia się pod wpływem poznanej Roszpunki, Gothel - czarownicę, która jest dla Roszpunki matką, jedyną osobą, z którą ma kontakt przez poznaniem Flynna, przebiegłą, okrutną wykorzystującą dar Roszpunki do własnych celów. Oprócz tego para królewska, czyli prawdziwi rodzice Roszpunki,  dwóch nieciekawych zbirów, dowódcę gwardii z niemieckim akcentem, karczemną gawiedź pozornie nieprzyjemnych typów i to, bez czego żadna bajka Disneya się nie obejdzie, czyli zwierzaki - najwierniejszy kompan Roszpunki, czyli kameleon oraz tropiący Flynna wierzchowiec gwardzisty, Max. Kraina Lodu oferuje nam natomiast Elsę - księżniczkę o niezwykłym darze, który staje się jej przekleństwem, nieumiejącą sobie poradzić z własnymi umiejętnościami, Annę - młodszą siostrę Elsy, niedojrzałą, szaloną romantyczkę, nierozumiejącą złych relacji (a właściwie ich braku) między nią a siostrą, Kristoffa - człowieka puszczy trudniącego się dostarczaniem lodu, zakochanego w Annie, pomagającej jej w poszukiwaniu siostry, Hansa - szarmanckiego księcia z sąsiedniego kraju, który nie jest tym, za kogo się podaje, Księcia - starszego pana chcącego przejąć władzę w królestwie odziedziczonym przez Elsę, Pabbiego - sympatycznego trolla (czy innego stwora) oraz Olafa - bałwana o gorącym sercu i wiele innych mniej znaczących postaci, w tym oczywiście renifera Kristoffa - Svena (Max, czy to Twoje nowe wcielenie?). Słowem, sporo tego. I to jest wada Krainy Lodu. Zaplątani to opowieść, gdzie postaci są silnie zarysowane, mocno określone, z biegiem czasu poznajemy je coraz lepiej, ich przeszłość i to jacy są naprawdę. Mamy również jasno określony czarny charakter (i pomagierów), który miesza chcąc osiągnąć własne korzyści. W Krainie Lodu, nie dość, że postaci jest dużo to ich sylwetki są zwyczajnie lekko tylko zarysowane, przez co ich obecność robi raczej średnie wrażenie, nikogo lepiej nie poznajemy, z nikim się nie utożsamiamy. Elsa, która z założenia miała stać się postacią negatywną, jest nią może przez kilka minut - co generalnie mocno psuje odbiór bajki, relacje między Kristoffem a Anną rodzą się szybciej niż Olaf topnieje w letnim słońcu. Dramat. Poza tym, niestety, ale w Krainie Lodu widzę zbyt dużo zbyt nachalnych nawiązań do Zaplątanych (Anna wzorowana na Roszpunce, Sven a Max, dramatyczny wyścig z czasem Kristoffa a odciecz Flynna).











































Co zachwyca w jednej i drugiej animacji? Niewątpliwie muzyka. Disney znany jest z tego, że jego filmy animowane są przepełnione piosenkami i piękną muzyką. I w tych przypadkach nie jest inaczej. Alan Menken (kompozytor-weteran disneyowskich bajek) w Zaplątanych i Christopher Beck w Krainie Lodu nie zawiedli. Obie bajki to opowieści okraszone rewelacyjną muzyką, co szczególnie widać w piosenkach (niestety, sama ścieżka dźwiękowa towarzysząca bohaterom jest zwykle, niesłusznie, pomijana). I've got a dream (Marzenie mam), I see the light (Po raz pierwszy widzę blask) w Zaplątanych oraz Do you wanna build a snowman (Ulepimy dziś bałwana?), Let it go (Mam tę moc), Love is an open door (Miłość stanęła w drzwiach) czy For the first time in forever (Pierwszy raz jak sięga pamięć) to wzbudzające zachwyt piosenki energiczne, pełne emocji, które żyją własnym życiem, niezależnie od animacji (Let it go czy Do you wanna built a snowman doczekały się nawet setek przerobionych wersji), idealnie zaśpiewane przez Mandy Moore (Zaplątani) oraz Idinę Menzel i Kristen Bell (Kraina Lodu). 







Poniżej również piękna ścieżka dźwiękowa do Zaplątanych, dzieło Alana Menkena: 






W obu animacjach niezwykłe wrażenie robi również sama grafika. Włosy Roszpunki, setki lampionów puszczonych w wieczorne niebo, scena tańca w królestwie w Zaplątanych oraz powstawanie zamku Elsy czy sprowadzanie zimy na królestwo i pozbywanie się śniegu z Arendell to niewątpliwie perełki disneyowskiej animacji. Co więcej, Disney nie byłby sobą, gdyby bajki tej wytwórni nie pouczały najmłodszych (i nie tylko) widzów. I zarówno Zaplątani, jak i Kraina Lodu ten morał w sobie mają. Z Zaplątanych wiemy, że należy spełniać marzenia, dowiadujemy się, że nie zawsze to, co nam się wydawało, jest naszym prawdziwym pragnieniem, miłość zmienia każdego, miłość rodzi się nawet z największych przeciwieństw, czasem ci, którzy powinni chcieć dla nas jak najlepiej okazują się być tymi, którzy robią nam największą krzywdę, miłość zwycięża wszystko, dobro zawsze wygrywa. Kraina Lodu uczy nas o potędze miłości (to nie tylko ta między kobietą a mężczyzną), o tym, że miłość nie rodzi się w pięć minut, a książę nie zawsze jest tym, za kogo się podaje,  prawdziwa miłość równa się zdolność do poświęceń, nie opłaca się być chłodnym i odcinać się od tych, którzy nas kochają. Oh my Disney... 
























Co boli w jednym i drugim? Dubbing. Konkretnie polski. Ojciec polskiego dubbingu Wojciech Paszkowski powinien się zastanowić nad tym, czy nie dopadło go zawodowe wypalenie. Ilość wyreżyserowanych przez niego bajek/filmów/innych produkcji w języku polskim jest imponująca, ale zarówno w Zaplątanych, jak i Krainie Lodu Paszkowski zaliczył bolesne porażki. Polska ekipa nie poradziła sobie z językowymi niuansami typowymi dla angielskiego i starając się maksymalnie oddać sens oryginalnych słów, zapomniała nieco o tym, jaki jest język ojczysty. Dobór aktorów użyczających głosu również nie powala. Maciej Stuhr, chociaż uroczy i zdolny, nie podołał dubbingowaniu Flynna, z czym Zachary Levi w oryginale nie miał najmniejszego problemu. Polska wersja językowa dla Krainy Lodu to (oprócz genialnego Mozila jako Olafa) totalna klęska - Katarzyna Łaska śpiewająca partie wokalne Elsy to obraza dla Idiny Menzel. 






















Podsumowując, bajki i wszelkie inne animacje, jakie proponuje nam Disney nigdy się nie znudzą, chociaż ich forma ewoluowała na przestrzeni lat, to wciąż cieszą się one niesłabnącą popularnością. Każdy, kto usiądzie przed ekranem, w minutę staje się na powrót dzieckiem. Animacje Disneya zawsze będą niepowtarzalne, wyjątkowe i zapadające w pamięć. Tacy są też Zaplątani, taka jest Kraina Lodu. Chociaż osobiście wolę Zaplątanych i zawsze będę stała murem za ich fenomenem i wytykała nieścisłości Krainy Lodu i potraktowane po macoszemu postaci, to obie animacje podbiły moje serce i wywarły ogromne wrażenie. Wielkie brawa za tak oryginalne podejście do historii znanych od pokoleń i opowiedzenie ich na nowo.  Wszystkich, którzy nie widzieli gorąco zachęcam do obejrzenia. 






~R.

środa, 3 czerwca 2015

Czy Sherlockowi służą realia współczesnego Londynu?


Jedna z najczęściej oglądanych produkcji stacji BBC, serial Sherlock, po raz pierwszy wyemitowany w 2010 roku należy niewątpliwie do grupy najoryginalniejszych pomysłów na stworzenie czegoś na motywach tekstu już powstałego. Kto by pomyślał, że słynny cykl o przygodach błyskotliwego detektywa Sherlocka Holmesa tak doskonale zostanie dostosowany do realiów współczesnego Londynu. Pierwowzór napisany przez sir Arthura Conan Doyle'a a to, co stworzył Moffat i Gatiss dzieli ponad stulecie. Czy taka wariacja na temat dzieła wybitnego Szkota była dobrym pomysłem? Dla mnie, jako osoby, która uwielbia książki Doyle'a i niespecjalnie przepada za wersją filmową, w której zagrał Robert Downey Jr. taki pomysł na zekranizowanie przygód Sherlocka Holmesa był strzałem w dziesiątkę. 


Nie będę się rozwodzić na temat różnic i podobieństw między pierwowzorem a wersją BBC, bo to mija się z celem. Podoba mi się sam pomysł na to, by książki, których akcja toczy się w XIX-wiecznych realiach Wielkiej Brytanii przenieść do XXI-wiecznego Londynu, bo to udowadnia, że dzieło Conan Doyle'a jest uniwersalne i bardzo elastyczne, dzięki czemu nie ma najmniejszego problemu z dostosowaniem fabuły i postaci do czasów nam obecnych. Co więcej, kryminalne zagadki tworzone przez pisarza okazały się świetną podstawą do tworzenia poszczególnych odcinków serialu, stały się inspiracją do luźnej interpretacji, co dało szerokie pole do popisu scenarzystom. Tytuły epizodów, mniej lub bardziej nawiązujące do kolejnych części książek o Sherlocku Holmesie stanowią genialną zabawę dla miłośników serii o przygodach wybitnego detektywa, którzy z łatwością wyszukują podobieństwa i różnice, między tym, co w książkach a tym, co na ekranie. Do tej grupy zaliczam się również ja i przyznam, że oglądanie serialu przy równoczesnej znajomości książek to rewelacyjnie wspaniałe połączenie. 



Pierwszą rzeczą, która w Sherlocku mnie zachwyca to genialna, idealnie dobrana obsada aktorska, dzięki której serial zyskuje na wartości. Benedict Cumberbatch zbudował swoją postać zupełnie od nowa - bez wzorowania się na aktorach, którzy wcielili się w rolę detektywa wcześniej. Sherlock produkcji BBC jest sporo młodszy, o wiele przystojniejszy, bardziej socjopatyczny i pozbawiony manier niż jego poprzednicy - jedyny na świecie "detektyw doradczy", który pomaga policji kiedy ta sobie nie radzi, czyli zawsze. Złośliwy, uparty, niedbający o ludzi, na których mu zależy, bystry, genialny, z łatwością interpretujący fakty. Potrafi widząc człowieka, określić czym się zajmuje, jaka jest jego sytuacja w rodzinie, ile zarabia, co jadł na śniadanie. Nie dba o to, co myślą o nim inni, nie zwraca uwagi na to, co ktoś mówi, uwielbia się popisywać, zwłaszcza przy Watsonie. Na co dzień ignoruje swojego najlepszego przyjaciela, wytyka mu wady i to, że nie jest specjalnie bystry, dogaduje mu przy każdej możliwej okazji, często mocno rani (zwykle nieświadomie), po czym ma problemy ze zrozumieniem złego nastroju Johna, chociaż niewątpliwie John Watson jest jego najlepszym przyjacielem, dla którego byłby w stanie zrobić bardzo wiele. Sherlocka w takim wydaniu zafundował nam angielski aktor, Benedict Cumberbatch i muszę przyznać, że taka wersja detektywa niezwykle mi pasuje, ponieważ udało mu się nadać tej postaci nowego, świeżego, nieznanego wcześniej, co, biorąc pod uwagę mnogość produkcji filmowych związanych z Sherlockiem, jest niebywałą zaletą. Co więcej, zdecydowanie przyjemniej patrzy mi się na geniusza przed czterdziestką i z inną twarzą niż Roberta Downey'a Jr.  Mogłoby się wydawać, że Sherlock Holmes w takim wieku to nie jest specjalnie trafiony pomysł, biorąc pod uwagę, iż w kulturze sylwetka detektywa utrwaliła się jako postać człowieka w średnim wieku i starszym, palącym fajkę - słowem, scenarzyści i Cumberbatch wyszli stereotypowemu spojrzeniu na przeciw i wygrali! Angielski aktor w tej roli jest czarujący, pociągający, energiczny, enigmatyczny i w głównej mierze dzięki niemu zawsze z chęcią zasiadałam przed ekran i z wypiekami oglądałam kolejne odcinki poświęcone jego przygodom. 




Najlepszy przyjaciel Sherlocka i prawdopodobnie jedyna (albo jedna z dwóch) osoba, która zna i rozumie go najlepiej - John Watson. Weteren wojny w Afganistanie, kapitan armii brytyjskiej, ranny w czasie misji, wraca do Londynu, do którego nie może przywyknąć. Dręczą go koszmary, dręczy go kontuzja, dręczy go brak pieniędzy. Watson to człowiek pragmatyczny, twardo stąpający po ziemi. Gdy spotyka na swojej drodze Sherlocka Holmesa, wydawałoby się, że to dwa skrajnie różne charaktery, zupełnie różne osobowości, które nigdy nie znajdą wspólnego języka. Nic bardziej mylnego, albowiem okazało się, że nie tylko świetnie się dogadują, ale również doskonale się dopełniają. Pragmatyzm Johna Watsona w połączeniu w geniuszem Sherlocka Holmesa to połączenie idealne! Co do samej postaci Watsona - polubiłam go od samego początku, co jest ogromną zasługą Martina Freemana, który fantastycznie pasuje do tego rodzaju ról. Watson okazał się nie tylko racjonalistą nieustannie krytykującego Sherlocka i jego postępowanie, ale wiernym jego kompanem, który czuje się odpowiedzialny za bezpieczeństwo przyjaciela i najlepszym przyjacielem, który zrobiłby dla niego wszystko, łącznie z oddaniem życia. 


Perłą Sherlocka jest niewątpliwie pierwszy czarny charakter serialu i największy wróg Holmesa - Moriarty. Psychopatyczmy, sadystyczny, przebiegły. Odkąd zaczął mieszać w serialu, to jego postać awansowała do mojego top3 czarnych charakterów kina, wyprzedził nawet Hannibala Lectera, co po raz kolejny jest zasługą fenomenalnej gry aktorskiej, irlandzki aktor Andrew Scott spisał się w roli człowieka, którego celem stało się zniszczenie (dosłownie i w przenośni) Sherlocka Holmesa. Oglądanie na ekranie magnetycznego, obdarzonego wielką charyzmą, imponującymi umiejętnościami w zakresie mimiki twarzy i modulacji głosu Scotta to niezwykła przyjemność. Jego rozmowy z Sherlockiem, jego podstępne intrygi należą do najciekawszych elementów serialu. Gwiazdą hitu BBC jest niewątpliwie również starszy brat Sherlocka, wysoko postawiony w hierarchii państwowej, człowiek rządu brytyjskiego, Mycroft Holmes, w rolę którego brawurowo wcielił się jeden ze scenarzystów serialu Mark Gatiss. Mycroft to człowiek raczej sprawiający wrażenie niesympatycznego gbura pozbawionego empatii i jakichkolwiek emocji nieustannie śledzący poczynania swojego młodszego brata. Z czasem jednak zyskuje sobie sympatię widzów, bo w sumie nie jest aż taki straszny, jak się wydaje. Okazuje się być błyskotliwym, choć irytującym człowiekiem, cierpliwie znoszącym wybryki Sherlocka i nieraz ratującym go z opresji. Mark Gatiss doskonale połączył te cechy swoją świetną grą aktorską. 

Andrew Scott jako Moriarty


Mark Gatiss jako Mycroft Holmes


Ciekawego charakteru nadaje serialowi postać inspektora Scotland Yardu, Grega Lestrade (w tej roli Rupert Graves). Wzbudzający sympatię Lestrade to jedna z dwóch, obok Watsona, najlepiej znająca Sherlocka osoba. Greg to człowiek pełen podziwu dla geniuszu Sherlocka Holmesa, często proszący go o pomoc w rozwiązaniu jakiejś sprawy, zawsze stający w obronie detektywa i usprawiedliwiający jego, często dziwne, wybryki. Niewątpliwie jest jego przyjacielem, chociaż ma pełną świadomość tego, jak trudne i wymagające są relacje z Holmesem. Silnym kobiecym akcentem produkcji jest (oprócz Molly i pani Hudson) Irene Adler - femme fatale w pełnym tego słowa znaczenia. Piękna, atrakcyjna, nieustannie kokietująca, podstępna intrygantka to kobieta niezależna, chadzająca własnymi drogami, niedostępna, pełna dystansu... do czasu spotkania z Sherlockiem, który podbija jej do tej pory chłodne serce i sprawia, że Irene traci kontrolę nad swoimi poczynaniami. Występująca w tej roli, przepiękna Lara Pulver spisała się rewelacyjnie, bardzo mi przypominała Gillian Anderson odgrywającą postać Bedelii w Hannibalu produkcji NBC.

Rupert Graves jako Lestrade

Lara Pulver jako Irene Adler
Jedyne ALE w przypadku obsady pojawia się przy postaci ukochanej Johna - Mary. Nic nie mam absolutnie do Amandy Abbington, powiem więcej, nie potrafię odmówić jej urody i niezwykłego talentu, ale w serialu jej postać jest zwyczajnie nieznośna - Mary psuje klimat Sherlocka, zwyczajnie tam nie pasuje, jest zbyt nachalna, zbyt irytująca - próba stylizacji postaci na kolejną strong woman serialowego świata mija się z celem. Mary brakuje klasy i sprytu Irene, delikatności Molly, ciętego języka pani Hudson, jej postać jest zbyt przerysowana, przez co sceny z jej udziałem należą do tych, do których powracam dosyć niechętnie. 





Sherlock to oczywiście nie tylko fenomenalni aktorzy, ale również znakomicie napisany scenariusz, Gatiss i Moffat dali z siebie absolutnie wszystko, co najlepsze. Każdy odcinek (mimo iż trwa niemal 1,5h) wciąga i angażuje widza. Nie możemy oderwać wzroku od ekranu, czekamy z niecierpliwością na kolejną dedukcję Sherlocka, intrygę Moriarty'ego, słowną potyczkę braci Holmes, złośliwości Sherlocka względem Grega i Johna. Od pierwszej minuty serialu kibicujemy bohaterom, myślimy nad przedstawianymi przez nich teoriami, snujemy własne - scenarzyści pozostawili widzom ogromnie szerokie pole do wyobraźni, co jest niezwykłym atutem produkcji. Dynamiczny montaż serialu, nowatorskie i intrygujące sceny, kiedy Sherlock analizuje historię życia obserwowanej osoby (czasami bywa to męczące, ale z reguły świetnie się bawię oglądając skaczące wokół postaci słowa-klucze), a także, a może przede wszystkim fenomenalna muzyka Davida Arnolda i Stevena Price'a budująca niepowtarzalny klimat XXI-wiecznego Londynu i egzystujących tam postaci. 



Wrażenie robi również sposób, w jaki zbudowano relacje Sherlock - John, Sherlock - Mycroft, Sherlock - Moriarty, Sherlock - Pani Hudson, Sherlock - Molly. Trudna przyjaźń łącząca Holmesa i Watsona została świetnie przemyślana i stworzona. Sherlock i John, chociaż ciągle się nie zgadzają i wzajemnie sobie dogryzają, niejednokrotnie udowadniają, że są w stanie zrobić dla siebie wiele, wszystko nawet. Jestem wielką fanką wszystkich rozmów toczonych przez nich (odcinek oparty na Psie Baskervillów to coś absolutnie fenomenalnego i niezwykłego), a także tego co działo się w trakcie i po sfingowanej śmierci Sherlocka (rozmowa telefoniczna, emocjonalna reakcja Johna, prośba wypowiedziana nad grobem detektywa). To wszystko sprawia, że relacja łącząca tę dwójkę należy do moich ulubionych. Pozostałe, charakteryzujące się niezmiennym wywyższaniem się i niedocenianiem drugiej strony przez Sherlocka Holmesa, zwłaszcza kiedy odzywa się w nim jednak obecna więź i emocje względem tych osób (dzielna obrona zaatakowanej pani Hudson, poświęcenie dla ratowania przyjaciół) oraz magnetyczny duet Sherlock-Moriarty to najlepsze dowody na to, jak wielką wartość ma ten serial. 


Nie ulega wątpliwości, że wszystko, co złożyło się na sukces serialu (od aktorów po kryminalne zagadki i intrygi) spowodowało lawinowy napływ tworów czysto fanowskich, takich jak liczne fanfiction, teorie na temat niektórych wydarzeń oraz słynny już Johnlock, o którym za chwilę. Muszę przyznać, że popularność jaką zyskała wariacja BBC na temat przygód detektywa - geniusza w ogóle mnie nie dziwi. Wręcz przeciwnie, spodziewałam się tego. Fantastyczny pomysł na uwspółcześnienie znanej od lat historii w połączeniu z doborową obsadą, genialną muzyką i świetnym montażem sprawiły, że Sherlock nie bez powodu zyskał rzesze fanów na całym świecie. Zgrzyt powoduje jednak jeden fakt dotyczący fanów i ich spekulacji. Nie od dziś wiadomo, że popularnym zabiegiem jest próba zbudowania więzi o podłożu seksualnym między bohaterami, zwłaszcza płci męskiej, co można zaobserwować w Hannibalu (2013). Wiele w tej kwestii zależy od oglądających, którzy dopowiadają sobie wiele rzeczy, spekulują, tworzą własne, fanowskie, wersje wydarzeń. Nie jestem niestety fanką takich zabiegów, co więcej, sprawiają, że tracę wiarę w poziom reprezentowany przez dany fandom. W moim przekonaniu, relacja łącząca Holmesa i Watsona to świetny przykład prawdziwej, trwałej męskiej przyjaźni w klasycznym wydaniu. Nie mogę ścierpieć ciągłego fascynowania się Johnlockiem i próbami wyswatania tej dwójki bohaterów przez fanów, co znajduje swoje odzwierciedlenie w licznych fanfiction, obrazkach i memach. No nie. Dla mnie osobiście, taka relacja traci, staje się czymś, co mnie odpycha i bulwersuje, bo kiedy ja zaczynałam przygodę z Sherlockiem, fascynowała mnie historia przyjaźni tych dwóch, i nie widziałam w tym absolutnie nic związanego z jakąkolwiek erotyką i seksualnością. To drażni. To irytuje. Postawienie sprawy w ten sposób sprawia, że pewne kwestie, takie jak przyjaźń właśnie są odsuwane na dalszy plan, seksualizacja każdej możliwej relacji jest dla mnie chora i w ogóle nieadekwatna do tego, co widzę na ekranie, dlatego pozostanę przy swoich przekonaniach i będę się podniecać tym, jak wspaniałymi i lojalnymi przyjaciółmi są, a nie jak dobrą byliby parą. 


Sherlock to doskonały wybór dla tych, dla których liczy się przede wszystkim dobre aktorstwo, perfekcja w kwestiach czysto technicznych (montaż, operowanie kamerą i te rzeczy) i oglądanie z mózgiem i w skupieniu. Oglądając ten serial cały czas trzeba być czujnym, aby zrozumieć wszystkie teorie i tropy, na jakie wpadają nasi bohaterowie - Sherlock nie nudzi, motywuje widza do samodzielnego myślenia i próby rozwiązania zagadki, sprawia, że nie można oderwać wzroku od ekranu, a długi czas trwania nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Co więcej, to doskonała rozrywka nie tylko dla pasjonatów twórczości Coyle'a, ale również dla tych, którzy nigdy nie mieli z nią do czynienia i chcą poznać sylwetkę najsłynniejszego detektywa w historii literatury albo poszukują dynamicznego, solidnie zrobionego, dopracowanego serialu, który wciąga i nie zanudza. 





~R.