Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2015

Muzyczny przegląd - Florence and the machine (top10)

1. Breath of life, Ceremonials (2011)




2. Heavy in your arms, Lungs (2009)




3. Cosmic love, Lungs (2009)




4. Shake it out, Ceremonials (2011)




5. Spectrum, Ceremonials (2011)




6. No light, no light, Ceremonials (2011)




7. Hearlines, Ceremonials (2011)




8. You've got the love, Lungs (2009)




9. Over the love, nagrane do filmu Wielki Gatsby (2013)



10. Dog days are over, Lungs (2009)




~R.



poniedziałek, 15 czerwca 2015

Muzyczny przegląd - to warto znać!

1. Ennio Morricone, film Misja (1986), fragment pt. Gabriel's Oboe





2. Yann Tiersen, film Amelia (2001), fragment pt. J'y suis jamais alle 





3. Hans Zimmer, film Gladiator (2000), fragment pt. Barbarian horde



4. Howard Shore, film Władca pierścieni: Drużyna pierścienia (2001), fragment pt. The Fellowship




5. James Horner, film Braveheart (1995), fragment pt.  For the love of a princess



6. Mark Mancina, film Tarzan (1999), fragment pt. One family




7. Li Si Song, film Hua Mulan (2009), fragment pt. Love isn't intact




8. Dario Marianelli, film Duma i uprzedzenie (2005), fragment pt. Your hands are cold 




9. Krzesimir Dębski, film Ogniem i mieczem (1999), fragment pt. Pieśń Heleny 




10. Hans Zimmer, film Karmazynowy przypływ (1995), fragment pt. Roll Tide




~R. 



środa, 10 czerwca 2015

Muzyczny przegląd - to warto znać!

1. Austra, Lose it, z albumu Free it break (2011)




2. Ed Sheeran, I see fire, z albumu X (2014)




3. Bat for Lashes, Oh yeah, z albumu The Haunted Man (2012)




4. Sia, Chandelier, z albumu 1000 Forms of Fear (2014)




5. Dead Can Dance, The host of Seraphim, z albumu The Serpent's Egg (1987)




6. Jessie Ware, Wildest moments, z albumu Devotion (2012)




7. Arctic Monkeys, R U Mine?, z albumu AM (2013)




8. Florence and the machine, Breath of life, z albumu, z albumu Ceremonials (2011)




9. Aaron Tveit, Goodbye, ze spektaklu Catch me if you can (Broadway)




10. Nick Cave & The Bad Seeds, There she goes, my beautiful world, z albumu Abattoir Blues/The Lyre of orpheus (2004)





~R.

piątek, 5 czerwca 2015

Kraina Lodu vs Zaplątani, bo z Disneya się nigdy nie wyrasta.

Chyba nie znam osoby, która nie wychowałaby się (chociaż w minimalnym stopniu) na bajkach Disneya. Zakochany kundel, Tarzan, Król Lew, Królewna Śnieżka, Mój brat niedźwiedź, Pocahontas - bajki, które kojarzą wszyscy, bajki ponadczasowe, bo disneyowskie - mądre, zawsze zakończone morałem, rozśpiewane, wciągające nie tylko najmłodszych. Ostatnimi czasy obserwuje się jednak powolne odchodzenie od klasycznych, uwielbianych przez wszystkich, animacji, które podbijały nasze dziecięce serca. Obecne ekipy wielkich wytwórni raczą nas ostatnio bajkami, które bez cienia wątpliwości możemy nazwać raczej przeciętnymi - ot, obejrzało się, i tyle. Nie pozostaje w pamięci, nie zachęca do ponownego obejrzenia. Oczywiście, z pewnymi wyjątkami. Disney (Dreamworks w większości też) jest jedną z nielicznych wytwórni, które jak na razie nie zawiodły (albo nie zrobiły tego w jakiś bardzo bolesny sposób), wręcz przeciwnie, w roku 2010 i 2013 Disney zachwycił świat dwoma bardzo dobrymi filmami animowanymi (kolejno) Zaplątanymi i Krainą Lodu (choć wolę tytuł Frozen). Obie produkcje weszły do kin i od razu wywołały olbrzymi entuzjazm wśród najmłodszych i tych nieco starszych. Po premierze Krainy Lodu zaczęło również oba filmy animowane porównywać i mimo że portal filmweb.pl pokazuje, iż to Kraina Lodu wygrywa ten pojedynek (187 miejsce w rankingu wobec 213 miejsca zajmowanego przez Zaplątanych 5 VI 2015 r.), to moim skromnym zdaniem, to Zaplątani wiodą prym. Dlaczego? O tym w dzisiejszym poście. 































Co w Zaplątanych jest lepsze i ciekawsze niż w Krainie Lodu? Zdecydowanie fabuła, a właściwie sposób jej realizcji. Co mamy w Zaplątanych? Piękną historię nieoczekiwanych narodzin miłości, pogoń za marzeniami, redefinicję prawdziwych pragnień, wewnętrzną przemianę, odwieczną walkę dobra ze złem. Co oferuje nam Kraina Lodu? Równie piękną historię siostrzanej miłości, trudny proces rozumienia słowa "miłość" przez bohaterów, walkę z samym sobą, urzeczywistnienie powiedzenia "pozory mylą". Obie historie piękne, mądre i jak przystało na Disneya i jego moralizatorskie powołanie - pouczające. Ale. Mimo tego, iż obie bajki trwają około półtorej godziny, przy czym Kraina Lodu jakieś dziesięć minut dłużej, to ekipa pracująca nad Zaplątanymi lepiej poradziła sobie z napisaniem scenariusza. W Krainie Lodu wszystko dzieje się za szybko, jest jakby niedokończone, pourywane, wątki zbyt chaotycznie się ze sobą przeplatają, nie ma czasu na pokazanie przyczyn pewnych wydarzeń, rozbudowania wątków (jak chociażby relacji między Elsą a Anną), natomiast Zaplątani to animacja, w której maksymalnie wykorzystano czas jej trwania, aby dokładnie, powoli i wyczerpująco opowiedzieć przedstawianą historię, pokazać, co i w jaki sposób się zmienia. Oglądając Zaplątanych nie czułam się tak, jakbym oglądała urywki lub dłuższy trailer, czego nie mogę powiedzieć o Krainie Lodu, gdzie zanim konkretnie się przyjrzałam, o co chodzi, to już się skończyło. Niedobrze. To działa na niekorzyść. Od tak świetnego pomysłu na bajkę, jakim była Kraina Lodu oczekiwałam czegoś, co mnie zaskoczy, czegoś, czego jeszcze nie widziałam. I pomyliłam się, a przyznaję, że po świetnej premierze Zaplątanych, moje oczekiwania były dosyć duże. 








































Co jeszcze drażni w Krainie Lodu, a zachwyca w Zaplątanych? Postaci. Nie ma nic bardziej drażniącego niż niedopracowanie bohaterów. A to właśnie zaserwowali nam twórcy Krainy Lodu. W Zaplątanych mamy Roszpunkę - osiemnastoletnią, zaginioną księżniczkę o włosach obdarzonych magicznymi właściwościami, artystyczną duszę, szaloną marzycielkę, Flynna Ridera (wł. Julka Szczerbca) - drobnego złodziejaszka, podstępnego egoistę, zapatrzonego w siebie przystojniaka, który zmienia się pod wpływem poznanej Roszpunki, Gothel - czarownicę, która jest dla Roszpunki matką, jedyną osobą, z którą ma kontakt przez poznaniem Flynna, przebiegłą, okrutną wykorzystującą dar Roszpunki do własnych celów. Oprócz tego para królewska, czyli prawdziwi rodzice Roszpunki,  dwóch nieciekawych zbirów, dowódcę gwardii z niemieckim akcentem, karczemną gawiedź pozornie nieprzyjemnych typów i to, bez czego żadna bajka Disneya się nie obejdzie, czyli zwierzaki - najwierniejszy kompan Roszpunki, czyli kameleon oraz tropiący Flynna wierzchowiec gwardzisty, Max. Kraina Lodu oferuje nam natomiast Elsę - księżniczkę o niezwykłym darze, który staje się jej przekleństwem, nieumiejącą sobie poradzić z własnymi umiejętnościami, Annę - młodszą siostrę Elsy, niedojrzałą, szaloną romantyczkę, nierozumiejącą złych relacji (a właściwie ich braku) między nią a siostrą, Kristoffa - człowieka puszczy trudniącego się dostarczaniem lodu, zakochanego w Annie, pomagającej jej w poszukiwaniu siostry, Hansa - szarmanckiego księcia z sąsiedniego kraju, który nie jest tym, za kogo się podaje, Księcia - starszego pana chcącego przejąć władzę w królestwie odziedziczonym przez Elsę, Pabbiego - sympatycznego trolla (czy innego stwora) oraz Olafa - bałwana o gorącym sercu i wiele innych mniej znaczących postaci, w tym oczywiście renifera Kristoffa - Svena (Max, czy to Twoje nowe wcielenie?). Słowem, sporo tego. I to jest wada Krainy Lodu. Zaplątani to opowieść, gdzie postaci są silnie zarysowane, mocno określone, z biegiem czasu poznajemy je coraz lepiej, ich przeszłość i to jacy są naprawdę. Mamy również jasno określony czarny charakter (i pomagierów), który miesza chcąc osiągnąć własne korzyści. W Krainie Lodu, nie dość, że postaci jest dużo to ich sylwetki są zwyczajnie lekko tylko zarysowane, przez co ich obecność robi raczej średnie wrażenie, nikogo lepiej nie poznajemy, z nikim się nie utożsamiamy. Elsa, która z założenia miała stać się postacią negatywną, jest nią może przez kilka minut - co generalnie mocno psuje odbiór bajki, relacje między Kristoffem a Anną rodzą się szybciej niż Olaf topnieje w letnim słońcu. Dramat. Poza tym, niestety, ale w Krainie Lodu widzę zbyt dużo zbyt nachalnych nawiązań do Zaplątanych (Anna wzorowana na Roszpunce, Sven a Max, dramatyczny wyścig z czasem Kristoffa a odciecz Flynna).











































Co zachwyca w jednej i drugiej animacji? Niewątpliwie muzyka. Disney znany jest z tego, że jego filmy animowane są przepełnione piosenkami i piękną muzyką. I w tych przypadkach nie jest inaczej. Alan Menken (kompozytor-weteran disneyowskich bajek) w Zaplątanych i Christopher Beck w Krainie Lodu nie zawiedli. Obie bajki to opowieści okraszone rewelacyjną muzyką, co szczególnie widać w piosenkach (niestety, sama ścieżka dźwiękowa towarzysząca bohaterom jest zwykle, niesłusznie, pomijana). I've got a dream (Marzenie mam), I see the light (Po raz pierwszy widzę blask) w Zaplątanych oraz Do you wanna build a snowman (Ulepimy dziś bałwana?), Let it go (Mam tę moc), Love is an open door (Miłość stanęła w drzwiach) czy For the first time in forever (Pierwszy raz jak sięga pamięć) to wzbudzające zachwyt piosenki energiczne, pełne emocji, które żyją własnym życiem, niezależnie od animacji (Let it go czy Do you wanna built a snowman doczekały się nawet setek przerobionych wersji), idealnie zaśpiewane przez Mandy Moore (Zaplątani) oraz Idinę Menzel i Kristen Bell (Kraina Lodu). 







Poniżej również piękna ścieżka dźwiękowa do Zaplątanych, dzieło Alana Menkena: 






W obu animacjach niezwykłe wrażenie robi również sama grafika. Włosy Roszpunki, setki lampionów puszczonych w wieczorne niebo, scena tańca w królestwie w Zaplątanych oraz powstawanie zamku Elsy czy sprowadzanie zimy na królestwo i pozbywanie się śniegu z Arendell to niewątpliwie perełki disneyowskiej animacji. Co więcej, Disney nie byłby sobą, gdyby bajki tej wytwórni nie pouczały najmłodszych (i nie tylko) widzów. I zarówno Zaplątani, jak i Kraina Lodu ten morał w sobie mają. Z Zaplątanych wiemy, że należy spełniać marzenia, dowiadujemy się, że nie zawsze to, co nam się wydawało, jest naszym prawdziwym pragnieniem, miłość zmienia każdego, miłość rodzi się nawet z największych przeciwieństw, czasem ci, którzy powinni chcieć dla nas jak najlepiej okazują się być tymi, którzy robią nam największą krzywdę, miłość zwycięża wszystko, dobro zawsze wygrywa. Kraina Lodu uczy nas o potędze miłości (to nie tylko ta między kobietą a mężczyzną), o tym, że miłość nie rodzi się w pięć minut, a książę nie zawsze jest tym, za kogo się podaje,  prawdziwa miłość równa się zdolność do poświęceń, nie opłaca się być chłodnym i odcinać się od tych, którzy nas kochają. Oh my Disney... 
























Co boli w jednym i drugim? Dubbing. Konkretnie polski. Ojciec polskiego dubbingu Wojciech Paszkowski powinien się zastanowić nad tym, czy nie dopadło go zawodowe wypalenie. Ilość wyreżyserowanych przez niego bajek/filmów/innych produkcji w języku polskim jest imponująca, ale zarówno w Zaplątanych, jak i Krainie Lodu Paszkowski zaliczył bolesne porażki. Polska ekipa nie poradziła sobie z językowymi niuansami typowymi dla angielskiego i starając się maksymalnie oddać sens oryginalnych słów, zapomniała nieco o tym, jaki jest język ojczysty. Dobór aktorów użyczających głosu również nie powala. Maciej Stuhr, chociaż uroczy i zdolny, nie podołał dubbingowaniu Flynna, z czym Zachary Levi w oryginale nie miał najmniejszego problemu. Polska wersja językowa dla Krainy Lodu to (oprócz genialnego Mozila jako Olafa) totalna klęska - Katarzyna Łaska śpiewająca partie wokalne Elsy to obraza dla Idiny Menzel. 






















Podsumowując, bajki i wszelkie inne animacje, jakie proponuje nam Disney nigdy się nie znudzą, chociaż ich forma ewoluowała na przestrzeni lat, to wciąż cieszą się one niesłabnącą popularnością. Każdy, kto usiądzie przed ekranem, w minutę staje się na powrót dzieckiem. Animacje Disneya zawsze będą niepowtarzalne, wyjątkowe i zapadające w pamięć. Tacy są też Zaplątani, taka jest Kraina Lodu. Chociaż osobiście wolę Zaplątanych i zawsze będę stała murem za ich fenomenem i wytykała nieścisłości Krainy Lodu i potraktowane po macoszemu postaci, to obie animacje podbiły moje serce i wywarły ogromne wrażenie. Wielkie brawa za tak oryginalne podejście do historii znanych od pokoleń i opowiedzenie ich na nowo.  Wszystkich, którzy nie widzieli gorąco zachęcam do obejrzenia. 






~R.

czwartek, 4 czerwca 2015

Muzyczny przegląd - to warto znać!

1. David Bowie, Fame, z płyty Young Americans (1975)


Rynek muzyczny wciąż ewoluuje, jedni artyści przychodzą, inni odchodzą, David Bowie pozostaje i od 1964 roku nieustannie nas zaskakuje. Fame to zdecydowanie jeden z najlepszych kawałków. 


2. The Knife, Pass this on, z albumu Deep Cuts (2003)


Niezbyt przepadam za muzyką elektroniczną, ale Pass this on, które podbiło moje serce w filmie Xaviera Dolana Wyśnione miłości (2010) sprawia, że zaczynam zmieniać zdanie. 


3. Kanye West, New Slaves, z płyty Yeezus (2013)


Zdecydowanie najlepsza piosenka całej płyty, wielkie objawienie muzycznego rynku i zbawca naszej cywilizacji jak zwykle nie zawiódł. 


4. IAMX, I come with knives, z albumu The Unified Field  (2013)


Angielski muzyk po raz kolejny w specyficznym wydaniu - kolejna dziwna aranżacja, kolejny dziwny klip, ale to wszystko w całości daje całkiem niezły efekt.


5. Peter Muprhy, Cuts you up, z albumu Deep (1990)


Ojciec chrzestny gotyckiego rocka, słynny wokalista zespołu Bauhaus tym razem w utworze pochodzącym z płyty solowej - zdecydowanie jego najlepsza piosenka. 


6. Mikromusic, Takiego chłopaka, z płyty Piękny koniec (2013)


Polskie objawienie muzyczne grające trip hop z elementami jazzu w najlepszej piosence ostatniej płyty. 


7. Sia, Elastic Heart, z albumu 1000 Forms of Fear (2014)


Przepiękna piosenka przytłoczona niestety kontrowersyjnym (ale równie pięknym) klipem, w którym udział wzięli Shia LaBeouf i znana z wcześniejszych teledysków Australijki Maggie Ziegler. 


8. Glen Hansard & Marketa Irglova, Falling Slowly, z filmu Once (2006)


Wspaniały duet w pełnej emocji i wrażliwości piosence, która przyniosła im Oscara, Falling Slowly. 


9. The Swell Season, Low Rising, z płyty Strict Joy (2009)


Przyjemność czerpana ze wspólnych występów dała początek zespołowi The Swell Season złożonego z magnetycznego duetu śpiewającego w Once - Irlandczyka Glena Gansarda i Czeszki Markety Irglovej. Powyżej ich najbardziej znana i najbardziej lubiana piosenka z najlepszej płyty. 


10. Josh Groban, Remeber when it rained, z albumu Closer (2003)


Trudno wybrać jedną, najlepszą piosenkę Josha Grobana, ale ta na pewno znalazłaby się w czołówce - Remember when it rained

~R.

poniedziałek, 25 maja 2015

Muzyka we mnie – w muzyce ja* - Patrick Wolf

Za co kocham Wielką Brytanię? Wiadomo, royal family, Big Ben, ryba z frytkami, czerwone autobusy, Beatlesi, aktorzy. Mogłabym tak wymieniać bez końca, wszystko, co brytyjskie, jest obiektem moich fascynacji. Gdzieś na tej niezmiernie długiej liście zatytułowanej "Z miłości do UK" plącze się pewne nazwisko, nazwisko muzyka urodzonego w Londynie, nazwisko człowieka-orkiestry, nazwisko człowieka o niesamowitej wrażliwości i charyzmie, nazwisko Patricka Wolfa. To właśnie jemu poświęcę dzisiejszy wpis. 






Patrick Wolf urodził się 30 VI 1983 roku w Londynie, zatem jest artystą dosyć młodym, który jednak może pochwalić się pokaźnym dorobkiem muzycznym, ponieważ wydał już 6 płyt w przeciągu 9 lat. Jego twórczość krąży głównie wokół mojego ukochanego folku (zwłaszcza galickiego i celtyckiego), chociaż Wolf chętnie sięga również po elementy jazzu i muzyki elektronicznej. Trzykrotnie zagrał dla polskiej publiczności (dwa razy w warszawskiej stodole i raz we Wrocławiu).


P. Wolf w Stodole, zdjęcie R. Wakowski


Jak trafiłam na Patricka Wolfa? Moja przygoda z jego wspaniałą muzyką rozpoczęła się na portalu lastfm.pl. W poszukiwaniu czegoś nowego, świeżego, czego wcześniej nie znałam trafiłam na profil pewnej dziewczyny, która miała kilka tysięcy odtworzeń utworów tego artysty. Dało mi to do myślenia i szybko włączyłam youtube'a. Pierwszą piosenką, którą poznałam było The magic position.


Początkowo nie wywarło na mnie to żadnego wrażenia. Raził mnie klip, raził mnie image tego człowieka, ale coś mnie poruszyło w jego głosie. Bardzo  męskim, głębokim i jednocześnie czasami chłopięcym, rozemocjonowanym. Zaciekawiła mnie maniera w głosie Wolfa - pełna nonszalancji, emocji, dzięki której on nie tylko śpiewa, ale tworzy duże show, pewien performance (którego cele zna tylko on sam). Chciałam więcej, zaczęłam przeglądać jego biografie, playlisty z youtube'a, łapczywie poznawałam kolejne i kolejne utwory. Zaczęłam zmieniać zdanie. Zobaczyłam, już nie zniewieściałego dziwaka, a wrażliwego indywidualistę, który robi to, co kocha - śpiewa, tworzy. Niebanalny, oryginalny, specyficzny, wyjątkowy, poruszający. Taki jest Patrick Wolf. Takie są jego piosenki. The magic position trafiło do mojego top3 jego piosenek, uplasowało się na 3. miejscu. Dwa pierwsze zarezerwowane są kolejno dla The city oraz The days.



Swoją drogą, Patrick Wolf każdym swoim teledyskiem udowadnia, że ma nie tylko potężny głos, ale i odznacza się kunsztem w tworzeniu swoich klipów - zawsze są pomysłowe, oryginalne, często bardzo dziwne, czasami wzbudzają uśmiech, ale zawsze są pewnym malutkim dziełem sztuki. Oto dowód, teledysk do piosenki House:




Wszystkie utwory wyżej to piosenki raczej wesołe, odpowiednie, kiedy chcemy się zrelaksować w majowe popołudnie, ale Patrick Wolf potrafi być również nostalgiczny, melancholijny i przygnębiony. W jego twórczości znajdziemy też takie piosenki, które są odpowiednie w listopadowe, deszczowe wieczory, kiedy naszemu nastrojowi daleko od letniej radości z życia. Są to piosenki przepełnione żalem, jakąś tęsknotą, przepięknie skomponowane, wzruszające. Przedstawiam wam London i Together:





Na zakończenie kilka słów na temat samego Patricka Wolfa. Jego powierzchowność, ubiór, styl bycia często budzi skrajne emocje, często pojawiają się negatywne, agresywne komentarze dotyczące jego osoby. Czy mi to przeszkadza? Absolutnie nie. Owszem, na początku to, jak wygląda i jak się zachowuje, odrobinę mi przeszkadzało, ale z czasem spojrzałam na to z innej strony i doceniłam tę jego dziwactwa i inność, myślę, że to część wizerunku, który sobie stworzył, część jego artystycznego "ja", które niewątpliwie robi wrażenie. Mam nadzieję, że i Wy to zauważyliście, i doceniliście. 


~R.

















*słowa autorstwa Anny Marii Jopek