piątek, 5 czerwca 2015

Kraina Lodu vs Zaplątani, bo z Disneya się nigdy nie wyrasta.

Chyba nie znam osoby, która nie wychowałaby się (chociaż w minimalnym stopniu) na bajkach Disneya. Zakochany kundel, Tarzan, Król Lew, Królewna Śnieżka, Mój brat niedźwiedź, Pocahontas - bajki, które kojarzą wszyscy, bajki ponadczasowe, bo disneyowskie - mądre, zawsze zakończone morałem, rozśpiewane, wciągające nie tylko najmłodszych. Ostatnimi czasy obserwuje się jednak powolne odchodzenie od klasycznych, uwielbianych przez wszystkich, animacji, które podbijały nasze dziecięce serca. Obecne ekipy wielkich wytwórni raczą nas ostatnio bajkami, które bez cienia wątpliwości możemy nazwać raczej przeciętnymi - ot, obejrzało się, i tyle. Nie pozostaje w pamięci, nie zachęca do ponownego obejrzenia. Oczywiście, z pewnymi wyjątkami. Disney (Dreamworks w większości też) jest jedną z nielicznych wytwórni, które jak na razie nie zawiodły (albo nie zrobiły tego w jakiś bardzo bolesny sposób), wręcz przeciwnie, w roku 2010 i 2013 Disney zachwycił świat dwoma bardzo dobrymi filmami animowanymi (kolejno) Zaplątanymi i Krainą Lodu (choć wolę tytuł Frozen). Obie produkcje weszły do kin i od razu wywołały olbrzymi entuzjazm wśród najmłodszych i tych nieco starszych. Po premierze Krainy Lodu zaczęło również oba filmy animowane porównywać i mimo że portal filmweb.pl pokazuje, iż to Kraina Lodu wygrywa ten pojedynek (187 miejsce w rankingu wobec 213 miejsca zajmowanego przez Zaplątanych 5 VI 2015 r.), to moim skromnym zdaniem, to Zaplątani wiodą prym. Dlaczego? O tym w dzisiejszym poście. 































Co w Zaplątanych jest lepsze i ciekawsze niż w Krainie Lodu? Zdecydowanie fabuła, a właściwie sposób jej realizcji. Co mamy w Zaplątanych? Piękną historię nieoczekiwanych narodzin miłości, pogoń za marzeniami, redefinicję prawdziwych pragnień, wewnętrzną przemianę, odwieczną walkę dobra ze złem. Co oferuje nam Kraina Lodu? Równie piękną historię siostrzanej miłości, trudny proces rozumienia słowa "miłość" przez bohaterów, walkę z samym sobą, urzeczywistnienie powiedzenia "pozory mylą". Obie historie piękne, mądre i jak przystało na Disneya i jego moralizatorskie powołanie - pouczające. Ale. Mimo tego, iż obie bajki trwają około półtorej godziny, przy czym Kraina Lodu jakieś dziesięć minut dłużej, to ekipa pracująca nad Zaplątanymi lepiej poradziła sobie z napisaniem scenariusza. W Krainie Lodu wszystko dzieje się za szybko, jest jakby niedokończone, pourywane, wątki zbyt chaotycznie się ze sobą przeplatają, nie ma czasu na pokazanie przyczyn pewnych wydarzeń, rozbudowania wątków (jak chociażby relacji między Elsą a Anną), natomiast Zaplątani to animacja, w której maksymalnie wykorzystano czas jej trwania, aby dokładnie, powoli i wyczerpująco opowiedzieć przedstawianą historię, pokazać, co i w jaki sposób się zmienia. Oglądając Zaplątanych nie czułam się tak, jakbym oglądała urywki lub dłuższy trailer, czego nie mogę powiedzieć o Krainie Lodu, gdzie zanim konkretnie się przyjrzałam, o co chodzi, to już się skończyło. Niedobrze. To działa na niekorzyść. Od tak świetnego pomysłu na bajkę, jakim była Kraina Lodu oczekiwałam czegoś, co mnie zaskoczy, czegoś, czego jeszcze nie widziałam. I pomyliłam się, a przyznaję, że po świetnej premierze Zaplątanych, moje oczekiwania były dosyć duże. 








































Co jeszcze drażni w Krainie Lodu, a zachwyca w Zaplątanych? Postaci. Nie ma nic bardziej drażniącego niż niedopracowanie bohaterów. A to właśnie zaserwowali nam twórcy Krainy Lodu. W Zaplątanych mamy Roszpunkę - osiemnastoletnią, zaginioną księżniczkę o włosach obdarzonych magicznymi właściwościami, artystyczną duszę, szaloną marzycielkę, Flynna Ridera (wł. Julka Szczerbca) - drobnego złodziejaszka, podstępnego egoistę, zapatrzonego w siebie przystojniaka, który zmienia się pod wpływem poznanej Roszpunki, Gothel - czarownicę, która jest dla Roszpunki matką, jedyną osobą, z którą ma kontakt przez poznaniem Flynna, przebiegłą, okrutną wykorzystującą dar Roszpunki do własnych celów. Oprócz tego para królewska, czyli prawdziwi rodzice Roszpunki,  dwóch nieciekawych zbirów, dowódcę gwardii z niemieckim akcentem, karczemną gawiedź pozornie nieprzyjemnych typów i to, bez czego żadna bajka Disneya się nie obejdzie, czyli zwierzaki - najwierniejszy kompan Roszpunki, czyli kameleon oraz tropiący Flynna wierzchowiec gwardzisty, Max. Kraina Lodu oferuje nam natomiast Elsę - księżniczkę o niezwykłym darze, który staje się jej przekleństwem, nieumiejącą sobie poradzić z własnymi umiejętnościami, Annę - młodszą siostrę Elsy, niedojrzałą, szaloną romantyczkę, nierozumiejącą złych relacji (a właściwie ich braku) między nią a siostrą, Kristoffa - człowieka puszczy trudniącego się dostarczaniem lodu, zakochanego w Annie, pomagającej jej w poszukiwaniu siostry, Hansa - szarmanckiego księcia z sąsiedniego kraju, który nie jest tym, za kogo się podaje, Księcia - starszego pana chcącego przejąć władzę w królestwie odziedziczonym przez Elsę, Pabbiego - sympatycznego trolla (czy innego stwora) oraz Olafa - bałwana o gorącym sercu i wiele innych mniej znaczących postaci, w tym oczywiście renifera Kristoffa - Svena (Max, czy to Twoje nowe wcielenie?). Słowem, sporo tego. I to jest wada Krainy Lodu. Zaplątani to opowieść, gdzie postaci są silnie zarysowane, mocno określone, z biegiem czasu poznajemy je coraz lepiej, ich przeszłość i to jacy są naprawdę. Mamy również jasno określony czarny charakter (i pomagierów), który miesza chcąc osiągnąć własne korzyści. W Krainie Lodu, nie dość, że postaci jest dużo to ich sylwetki są zwyczajnie lekko tylko zarysowane, przez co ich obecność robi raczej średnie wrażenie, nikogo lepiej nie poznajemy, z nikim się nie utożsamiamy. Elsa, która z założenia miała stać się postacią negatywną, jest nią może przez kilka minut - co generalnie mocno psuje odbiór bajki, relacje między Kristoffem a Anną rodzą się szybciej niż Olaf topnieje w letnim słońcu. Dramat. Poza tym, niestety, ale w Krainie Lodu widzę zbyt dużo zbyt nachalnych nawiązań do Zaplątanych (Anna wzorowana na Roszpunce, Sven a Max, dramatyczny wyścig z czasem Kristoffa a odciecz Flynna).











































Co zachwyca w jednej i drugiej animacji? Niewątpliwie muzyka. Disney znany jest z tego, że jego filmy animowane są przepełnione piosenkami i piękną muzyką. I w tych przypadkach nie jest inaczej. Alan Menken (kompozytor-weteran disneyowskich bajek) w Zaplątanych i Christopher Beck w Krainie Lodu nie zawiedli. Obie bajki to opowieści okraszone rewelacyjną muzyką, co szczególnie widać w piosenkach (niestety, sama ścieżka dźwiękowa towarzysząca bohaterom jest zwykle, niesłusznie, pomijana). I've got a dream (Marzenie mam), I see the light (Po raz pierwszy widzę blask) w Zaplątanych oraz Do you wanna build a snowman (Ulepimy dziś bałwana?), Let it go (Mam tę moc), Love is an open door (Miłość stanęła w drzwiach) czy For the first time in forever (Pierwszy raz jak sięga pamięć) to wzbudzające zachwyt piosenki energiczne, pełne emocji, które żyją własnym życiem, niezależnie od animacji (Let it go czy Do you wanna built a snowman doczekały się nawet setek przerobionych wersji), idealnie zaśpiewane przez Mandy Moore (Zaplątani) oraz Idinę Menzel i Kristen Bell (Kraina Lodu). 







Poniżej również piękna ścieżka dźwiękowa do Zaplątanych, dzieło Alana Menkena: 






W obu animacjach niezwykłe wrażenie robi również sama grafika. Włosy Roszpunki, setki lampionów puszczonych w wieczorne niebo, scena tańca w królestwie w Zaplątanych oraz powstawanie zamku Elsy czy sprowadzanie zimy na królestwo i pozbywanie się śniegu z Arendell to niewątpliwie perełki disneyowskiej animacji. Co więcej, Disney nie byłby sobą, gdyby bajki tej wytwórni nie pouczały najmłodszych (i nie tylko) widzów. I zarówno Zaplątani, jak i Kraina Lodu ten morał w sobie mają. Z Zaplątanych wiemy, że należy spełniać marzenia, dowiadujemy się, że nie zawsze to, co nam się wydawało, jest naszym prawdziwym pragnieniem, miłość zmienia każdego, miłość rodzi się nawet z największych przeciwieństw, czasem ci, którzy powinni chcieć dla nas jak najlepiej okazują się być tymi, którzy robią nam największą krzywdę, miłość zwycięża wszystko, dobro zawsze wygrywa. Kraina Lodu uczy nas o potędze miłości (to nie tylko ta między kobietą a mężczyzną), o tym, że miłość nie rodzi się w pięć minut, a książę nie zawsze jest tym, za kogo się podaje,  prawdziwa miłość równa się zdolność do poświęceń, nie opłaca się być chłodnym i odcinać się od tych, którzy nas kochają. Oh my Disney... 
























Co boli w jednym i drugim? Dubbing. Konkretnie polski. Ojciec polskiego dubbingu Wojciech Paszkowski powinien się zastanowić nad tym, czy nie dopadło go zawodowe wypalenie. Ilość wyreżyserowanych przez niego bajek/filmów/innych produkcji w języku polskim jest imponująca, ale zarówno w Zaplątanych, jak i Krainie Lodu Paszkowski zaliczył bolesne porażki. Polska ekipa nie poradziła sobie z językowymi niuansami typowymi dla angielskiego i starając się maksymalnie oddać sens oryginalnych słów, zapomniała nieco o tym, jaki jest język ojczysty. Dobór aktorów użyczających głosu również nie powala. Maciej Stuhr, chociaż uroczy i zdolny, nie podołał dubbingowaniu Flynna, z czym Zachary Levi w oryginale nie miał najmniejszego problemu. Polska wersja językowa dla Krainy Lodu to (oprócz genialnego Mozila jako Olafa) totalna klęska - Katarzyna Łaska śpiewająca partie wokalne Elsy to obraza dla Idiny Menzel. 






















Podsumowując, bajki i wszelkie inne animacje, jakie proponuje nam Disney nigdy się nie znudzą, chociaż ich forma ewoluowała na przestrzeni lat, to wciąż cieszą się one niesłabnącą popularnością. Każdy, kto usiądzie przed ekranem, w minutę staje się na powrót dzieckiem. Animacje Disneya zawsze będą niepowtarzalne, wyjątkowe i zapadające w pamięć. Tacy są też Zaplątani, taka jest Kraina Lodu. Chociaż osobiście wolę Zaplątanych i zawsze będę stała murem za ich fenomenem i wytykała nieścisłości Krainy Lodu i potraktowane po macoszemu postaci, to obie animacje podbiły moje serce i wywarły ogromne wrażenie. Wielkie brawa za tak oryginalne podejście do historii znanych od pokoleń i opowiedzenie ich na nowo.  Wszystkich, którzy nie widzieli gorąco zachęcam do obejrzenia. 






~R.

czwartek, 4 czerwca 2015

Muzyczny przegląd - to warto znać!

1. David Bowie, Fame, z płyty Young Americans (1975)


Rynek muzyczny wciąż ewoluuje, jedni artyści przychodzą, inni odchodzą, David Bowie pozostaje i od 1964 roku nieustannie nas zaskakuje. Fame to zdecydowanie jeden z najlepszych kawałków. 


2. The Knife, Pass this on, z albumu Deep Cuts (2003)


Niezbyt przepadam za muzyką elektroniczną, ale Pass this on, które podbiło moje serce w filmie Xaviera Dolana Wyśnione miłości (2010) sprawia, że zaczynam zmieniać zdanie. 


3. Kanye West, New Slaves, z płyty Yeezus (2013)


Zdecydowanie najlepsza piosenka całej płyty, wielkie objawienie muzycznego rynku i zbawca naszej cywilizacji jak zwykle nie zawiódł. 


4. IAMX, I come with knives, z albumu The Unified Field  (2013)


Angielski muzyk po raz kolejny w specyficznym wydaniu - kolejna dziwna aranżacja, kolejny dziwny klip, ale to wszystko w całości daje całkiem niezły efekt.


5. Peter Muprhy, Cuts you up, z albumu Deep (1990)


Ojciec chrzestny gotyckiego rocka, słynny wokalista zespołu Bauhaus tym razem w utworze pochodzącym z płyty solowej - zdecydowanie jego najlepsza piosenka. 


6. Mikromusic, Takiego chłopaka, z płyty Piękny koniec (2013)


Polskie objawienie muzyczne grające trip hop z elementami jazzu w najlepszej piosence ostatniej płyty. 


7. Sia, Elastic Heart, z albumu 1000 Forms of Fear (2014)


Przepiękna piosenka przytłoczona niestety kontrowersyjnym (ale równie pięknym) klipem, w którym udział wzięli Shia LaBeouf i znana z wcześniejszych teledysków Australijki Maggie Ziegler. 


8. Glen Hansard & Marketa Irglova, Falling Slowly, z filmu Once (2006)


Wspaniały duet w pełnej emocji i wrażliwości piosence, która przyniosła im Oscara, Falling Slowly. 


9. The Swell Season, Low Rising, z płyty Strict Joy (2009)


Przyjemność czerpana ze wspólnych występów dała początek zespołowi The Swell Season złożonego z magnetycznego duetu śpiewającego w Once - Irlandczyka Glena Gansarda i Czeszki Markety Irglovej. Powyżej ich najbardziej znana i najbardziej lubiana piosenka z najlepszej płyty. 


10. Josh Groban, Remeber when it rained, z albumu Closer (2003)


Trudno wybrać jedną, najlepszą piosenkę Josha Grobana, ale ta na pewno znalazłaby się w czołówce - Remember when it rained

~R.

środa, 3 czerwca 2015

Czy Sherlockowi służą realia współczesnego Londynu?


Jedna z najczęściej oglądanych produkcji stacji BBC, serial Sherlock, po raz pierwszy wyemitowany w 2010 roku należy niewątpliwie do grupy najoryginalniejszych pomysłów na stworzenie czegoś na motywach tekstu już powstałego. Kto by pomyślał, że słynny cykl o przygodach błyskotliwego detektywa Sherlocka Holmesa tak doskonale zostanie dostosowany do realiów współczesnego Londynu. Pierwowzór napisany przez sir Arthura Conan Doyle'a a to, co stworzył Moffat i Gatiss dzieli ponad stulecie. Czy taka wariacja na temat dzieła wybitnego Szkota była dobrym pomysłem? Dla mnie, jako osoby, która uwielbia książki Doyle'a i niespecjalnie przepada za wersją filmową, w której zagrał Robert Downey Jr. taki pomysł na zekranizowanie przygód Sherlocka Holmesa był strzałem w dziesiątkę. 


Nie będę się rozwodzić na temat różnic i podobieństw między pierwowzorem a wersją BBC, bo to mija się z celem. Podoba mi się sam pomysł na to, by książki, których akcja toczy się w XIX-wiecznych realiach Wielkiej Brytanii przenieść do XXI-wiecznego Londynu, bo to udowadnia, że dzieło Conan Doyle'a jest uniwersalne i bardzo elastyczne, dzięki czemu nie ma najmniejszego problemu z dostosowaniem fabuły i postaci do czasów nam obecnych. Co więcej, kryminalne zagadki tworzone przez pisarza okazały się świetną podstawą do tworzenia poszczególnych odcinków serialu, stały się inspiracją do luźnej interpretacji, co dało szerokie pole do popisu scenarzystom. Tytuły epizodów, mniej lub bardziej nawiązujące do kolejnych części książek o Sherlocku Holmesie stanowią genialną zabawę dla miłośników serii o przygodach wybitnego detektywa, którzy z łatwością wyszukują podobieństwa i różnice, między tym, co w książkach a tym, co na ekranie. Do tej grupy zaliczam się również ja i przyznam, że oglądanie serialu przy równoczesnej znajomości książek to rewelacyjnie wspaniałe połączenie. 



Pierwszą rzeczą, która w Sherlocku mnie zachwyca to genialna, idealnie dobrana obsada aktorska, dzięki której serial zyskuje na wartości. Benedict Cumberbatch zbudował swoją postać zupełnie od nowa - bez wzorowania się na aktorach, którzy wcielili się w rolę detektywa wcześniej. Sherlock produkcji BBC jest sporo młodszy, o wiele przystojniejszy, bardziej socjopatyczny i pozbawiony manier niż jego poprzednicy - jedyny na świecie "detektyw doradczy", który pomaga policji kiedy ta sobie nie radzi, czyli zawsze. Złośliwy, uparty, niedbający o ludzi, na których mu zależy, bystry, genialny, z łatwością interpretujący fakty. Potrafi widząc człowieka, określić czym się zajmuje, jaka jest jego sytuacja w rodzinie, ile zarabia, co jadł na śniadanie. Nie dba o to, co myślą o nim inni, nie zwraca uwagi na to, co ktoś mówi, uwielbia się popisywać, zwłaszcza przy Watsonie. Na co dzień ignoruje swojego najlepszego przyjaciela, wytyka mu wady i to, że nie jest specjalnie bystry, dogaduje mu przy każdej możliwej okazji, często mocno rani (zwykle nieświadomie), po czym ma problemy ze zrozumieniem złego nastroju Johna, chociaż niewątpliwie John Watson jest jego najlepszym przyjacielem, dla którego byłby w stanie zrobić bardzo wiele. Sherlocka w takim wydaniu zafundował nam angielski aktor, Benedict Cumberbatch i muszę przyznać, że taka wersja detektywa niezwykle mi pasuje, ponieważ udało mu się nadać tej postaci nowego, świeżego, nieznanego wcześniej, co, biorąc pod uwagę mnogość produkcji filmowych związanych z Sherlockiem, jest niebywałą zaletą. Co więcej, zdecydowanie przyjemniej patrzy mi się na geniusza przed czterdziestką i z inną twarzą niż Roberta Downey'a Jr.  Mogłoby się wydawać, że Sherlock Holmes w takim wieku to nie jest specjalnie trafiony pomysł, biorąc pod uwagę, iż w kulturze sylwetka detektywa utrwaliła się jako postać człowieka w średnim wieku i starszym, palącym fajkę - słowem, scenarzyści i Cumberbatch wyszli stereotypowemu spojrzeniu na przeciw i wygrali! Angielski aktor w tej roli jest czarujący, pociągający, energiczny, enigmatyczny i w głównej mierze dzięki niemu zawsze z chęcią zasiadałam przed ekran i z wypiekami oglądałam kolejne odcinki poświęcone jego przygodom. 




Najlepszy przyjaciel Sherlocka i prawdopodobnie jedyna (albo jedna z dwóch) osoba, która zna i rozumie go najlepiej - John Watson. Weteren wojny w Afganistanie, kapitan armii brytyjskiej, ranny w czasie misji, wraca do Londynu, do którego nie może przywyknąć. Dręczą go koszmary, dręczy go kontuzja, dręczy go brak pieniędzy. Watson to człowiek pragmatyczny, twardo stąpający po ziemi. Gdy spotyka na swojej drodze Sherlocka Holmesa, wydawałoby się, że to dwa skrajnie różne charaktery, zupełnie różne osobowości, które nigdy nie znajdą wspólnego języka. Nic bardziej mylnego, albowiem okazało się, że nie tylko świetnie się dogadują, ale również doskonale się dopełniają. Pragmatyzm Johna Watsona w połączeniu w geniuszem Sherlocka Holmesa to połączenie idealne! Co do samej postaci Watsona - polubiłam go od samego początku, co jest ogromną zasługą Martina Freemana, który fantastycznie pasuje do tego rodzaju ról. Watson okazał się nie tylko racjonalistą nieustannie krytykującego Sherlocka i jego postępowanie, ale wiernym jego kompanem, który czuje się odpowiedzialny za bezpieczeństwo przyjaciela i najlepszym przyjacielem, który zrobiłby dla niego wszystko, łącznie z oddaniem życia. 


Perłą Sherlocka jest niewątpliwie pierwszy czarny charakter serialu i największy wróg Holmesa - Moriarty. Psychopatyczmy, sadystyczny, przebiegły. Odkąd zaczął mieszać w serialu, to jego postać awansowała do mojego top3 czarnych charakterów kina, wyprzedził nawet Hannibala Lectera, co po raz kolejny jest zasługą fenomenalnej gry aktorskiej, irlandzki aktor Andrew Scott spisał się w roli człowieka, którego celem stało się zniszczenie (dosłownie i w przenośni) Sherlocka Holmesa. Oglądanie na ekranie magnetycznego, obdarzonego wielką charyzmą, imponującymi umiejętnościami w zakresie mimiki twarzy i modulacji głosu Scotta to niezwykła przyjemność. Jego rozmowy z Sherlockiem, jego podstępne intrygi należą do najciekawszych elementów serialu. Gwiazdą hitu BBC jest niewątpliwie również starszy brat Sherlocka, wysoko postawiony w hierarchii państwowej, człowiek rządu brytyjskiego, Mycroft Holmes, w rolę którego brawurowo wcielił się jeden ze scenarzystów serialu Mark Gatiss. Mycroft to człowiek raczej sprawiający wrażenie niesympatycznego gbura pozbawionego empatii i jakichkolwiek emocji nieustannie śledzący poczynania swojego młodszego brata. Z czasem jednak zyskuje sobie sympatię widzów, bo w sumie nie jest aż taki straszny, jak się wydaje. Okazuje się być błyskotliwym, choć irytującym człowiekiem, cierpliwie znoszącym wybryki Sherlocka i nieraz ratującym go z opresji. Mark Gatiss doskonale połączył te cechy swoją świetną grą aktorską. 

Andrew Scott jako Moriarty


Mark Gatiss jako Mycroft Holmes


Ciekawego charakteru nadaje serialowi postać inspektora Scotland Yardu, Grega Lestrade (w tej roli Rupert Graves). Wzbudzający sympatię Lestrade to jedna z dwóch, obok Watsona, najlepiej znająca Sherlocka osoba. Greg to człowiek pełen podziwu dla geniuszu Sherlocka Holmesa, często proszący go o pomoc w rozwiązaniu jakiejś sprawy, zawsze stający w obronie detektywa i usprawiedliwiający jego, często dziwne, wybryki. Niewątpliwie jest jego przyjacielem, chociaż ma pełną świadomość tego, jak trudne i wymagające są relacje z Holmesem. Silnym kobiecym akcentem produkcji jest (oprócz Molly i pani Hudson) Irene Adler - femme fatale w pełnym tego słowa znaczenia. Piękna, atrakcyjna, nieustannie kokietująca, podstępna intrygantka to kobieta niezależna, chadzająca własnymi drogami, niedostępna, pełna dystansu... do czasu spotkania z Sherlockiem, który podbija jej do tej pory chłodne serce i sprawia, że Irene traci kontrolę nad swoimi poczynaniami. Występująca w tej roli, przepiękna Lara Pulver spisała się rewelacyjnie, bardzo mi przypominała Gillian Anderson odgrywającą postać Bedelii w Hannibalu produkcji NBC.

Rupert Graves jako Lestrade

Lara Pulver jako Irene Adler
Jedyne ALE w przypadku obsady pojawia się przy postaci ukochanej Johna - Mary. Nic nie mam absolutnie do Amandy Abbington, powiem więcej, nie potrafię odmówić jej urody i niezwykłego talentu, ale w serialu jej postać jest zwyczajnie nieznośna - Mary psuje klimat Sherlocka, zwyczajnie tam nie pasuje, jest zbyt nachalna, zbyt irytująca - próba stylizacji postaci na kolejną strong woman serialowego świata mija się z celem. Mary brakuje klasy i sprytu Irene, delikatności Molly, ciętego języka pani Hudson, jej postać jest zbyt przerysowana, przez co sceny z jej udziałem należą do tych, do których powracam dosyć niechętnie. 





Sherlock to oczywiście nie tylko fenomenalni aktorzy, ale również znakomicie napisany scenariusz, Gatiss i Moffat dali z siebie absolutnie wszystko, co najlepsze. Każdy odcinek (mimo iż trwa niemal 1,5h) wciąga i angażuje widza. Nie możemy oderwać wzroku od ekranu, czekamy z niecierpliwością na kolejną dedukcję Sherlocka, intrygę Moriarty'ego, słowną potyczkę braci Holmes, złośliwości Sherlocka względem Grega i Johna. Od pierwszej minuty serialu kibicujemy bohaterom, myślimy nad przedstawianymi przez nich teoriami, snujemy własne - scenarzyści pozostawili widzom ogromnie szerokie pole do wyobraźni, co jest niezwykłym atutem produkcji. Dynamiczny montaż serialu, nowatorskie i intrygujące sceny, kiedy Sherlock analizuje historię życia obserwowanej osoby (czasami bywa to męczące, ale z reguły świetnie się bawię oglądając skaczące wokół postaci słowa-klucze), a także, a może przede wszystkim fenomenalna muzyka Davida Arnolda i Stevena Price'a budująca niepowtarzalny klimat XXI-wiecznego Londynu i egzystujących tam postaci. 



Wrażenie robi również sposób, w jaki zbudowano relacje Sherlock - John, Sherlock - Mycroft, Sherlock - Moriarty, Sherlock - Pani Hudson, Sherlock - Molly. Trudna przyjaźń łącząca Holmesa i Watsona została świetnie przemyślana i stworzona. Sherlock i John, chociaż ciągle się nie zgadzają i wzajemnie sobie dogryzają, niejednokrotnie udowadniają, że są w stanie zrobić dla siebie wiele, wszystko nawet. Jestem wielką fanką wszystkich rozmów toczonych przez nich (odcinek oparty na Psie Baskervillów to coś absolutnie fenomenalnego i niezwykłego), a także tego co działo się w trakcie i po sfingowanej śmierci Sherlocka (rozmowa telefoniczna, emocjonalna reakcja Johna, prośba wypowiedziana nad grobem detektywa). To wszystko sprawia, że relacja łącząca tę dwójkę należy do moich ulubionych. Pozostałe, charakteryzujące się niezmiennym wywyższaniem się i niedocenianiem drugiej strony przez Sherlocka Holmesa, zwłaszcza kiedy odzywa się w nim jednak obecna więź i emocje względem tych osób (dzielna obrona zaatakowanej pani Hudson, poświęcenie dla ratowania przyjaciół) oraz magnetyczny duet Sherlock-Moriarty to najlepsze dowody na to, jak wielką wartość ma ten serial. 


Nie ulega wątpliwości, że wszystko, co złożyło się na sukces serialu (od aktorów po kryminalne zagadki i intrygi) spowodowało lawinowy napływ tworów czysto fanowskich, takich jak liczne fanfiction, teorie na temat niektórych wydarzeń oraz słynny już Johnlock, o którym za chwilę. Muszę przyznać, że popularność jaką zyskała wariacja BBC na temat przygód detektywa - geniusza w ogóle mnie nie dziwi. Wręcz przeciwnie, spodziewałam się tego. Fantastyczny pomysł na uwspółcześnienie znanej od lat historii w połączeniu z doborową obsadą, genialną muzyką i świetnym montażem sprawiły, że Sherlock nie bez powodu zyskał rzesze fanów na całym świecie. Zgrzyt powoduje jednak jeden fakt dotyczący fanów i ich spekulacji. Nie od dziś wiadomo, że popularnym zabiegiem jest próba zbudowania więzi o podłożu seksualnym między bohaterami, zwłaszcza płci męskiej, co można zaobserwować w Hannibalu (2013). Wiele w tej kwestii zależy od oglądających, którzy dopowiadają sobie wiele rzeczy, spekulują, tworzą własne, fanowskie, wersje wydarzeń. Nie jestem niestety fanką takich zabiegów, co więcej, sprawiają, że tracę wiarę w poziom reprezentowany przez dany fandom. W moim przekonaniu, relacja łącząca Holmesa i Watsona to świetny przykład prawdziwej, trwałej męskiej przyjaźni w klasycznym wydaniu. Nie mogę ścierpieć ciągłego fascynowania się Johnlockiem i próbami wyswatania tej dwójki bohaterów przez fanów, co znajduje swoje odzwierciedlenie w licznych fanfiction, obrazkach i memach. No nie. Dla mnie osobiście, taka relacja traci, staje się czymś, co mnie odpycha i bulwersuje, bo kiedy ja zaczynałam przygodę z Sherlockiem, fascynowała mnie historia przyjaźni tych dwóch, i nie widziałam w tym absolutnie nic związanego z jakąkolwiek erotyką i seksualnością. To drażni. To irytuje. Postawienie sprawy w ten sposób sprawia, że pewne kwestie, takie jak przyjaźń właśnie są odsuwane na dalszy plan, seksualizacja każdej możliwej relacji jest dla mnie chora i w ogóle nieadekwatna do tego, co widzę na ekranie, dlatego pozostanę przy swoich przekonaniach i będę się podniecać tym, jak wspaniałymi i lojalnymi przyjaciółmi są, a nie jak dobrą byliby parą. 


Sherlock to doskonały wybór dla tych, dla których liczy się przede wszystkim dobre aktorstwo, perfekcja w kwestiach czysto technicznych (montaż, operowanie kamerą i te rzeczy) i oglądanie z mózgiem i w skupieniu. Oglądając ten serial cały czas trzeba być czujnym, aby zrozumieć wszystkie teorie i tropy, na jakie wpadają nasi bohaterowie - Sherlock nie nudzi, motywuje widza do samodzielnego myślenia i próby rozwiązania zagadki, sprawia, że nie można oderwać wzroku od ekranu, a długi czas trwania nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Co więcej, to doskonała rozrywka nie tylko dla pasjonatów twórczości Coyle'a, ale również dla tych, którzy nigdy nie mieli z nią do czynienia i chcą poznać sylwetkę najsłynniejszego detektywa w historii literatury albo poszukują dynamicznego, solidnie zrobionego, dopracowanego serialu, który wciąga i nie zanudza. 





~R.

wtorek, 2 czerwca 2015

TOP15 - ranking bohaterów piątego sezonu 'Gry o tron'

Planowałam zrobić ranking ulubionych postaci serialu Gra o tron (szczegółów nie muszę chyba podawać), ale po chwili namysłu doszłam do wniosku, że zrobienie top15 biorąc pod uwagę wszystkie pięć sezonów jest raczej niemożliwe, dlatego na razie postanowiłam pozostać przy sezonie ostatnim z numerem pięć. Poniżej ranking moich ulubionych bohaterów ostatniej serii Gry o tron (możliwe spoilery!)

1. Tyrion Lannister

Tyrion Lannister, jedna z nielicznych postaci, której udało się przebrnąć przez jak dotąd wszystkie sezony serialu (co jak nieustannie nam pokazuje zarówno sam Martin, jak i scenarzyści serialu nie jest wcale proste). Charyzmatyczny potomek Tywina Lannistera to złośliwy, sarkastyczny człowiek nigdy niekryjący się ze swoim zdaniem, mający słabość do wina i pięknych kobiet. Niezwykle inteligentny i bystry stale wyprowadza z równowagi swoją starszą siostrę, przed którą w pewnym momencie musi uciekać. Wówczas po raz kolejny udowadnia, że nie tylko umiejętności we władaniu bronią się liczą, a intelekt i umiejętne dobieranie słów, dzięki czemu jeden z Lannisterów staje się doradcą osoby, która dąży do obalenia tego rodu - córki szalonego króla, Daenerys Targaryen. Postać Tyriona należy do moich ulubionych, nie tylko ze względu na świetnie napisaną, wyrazistą rolę, ale i to, w jaki sposób wykreował ją Peter Dinklage - amerykański aktor, laureat Złotego Globu w 2012 roku właśnie za kreację Tyriona Lannistera. Dinklage dzięki swoim umiejętnościom aktorskim (podbił moje serce w filmie Dróżnik z 2003 roku), świetnemu oddawaniu emocji głosem, energią i charyzmą widoczną w swojej grze, zbudował jedną z najbardziej rozpoznawalnych i uwielbianych przez widzów postać, za co należy mu się 1. miejsce w moim rankingu. 




2. Jaqen H'Ghar

Jaqen H'Ghar - Człowiek bez Twarzy, którego pożegnaliśmy w 2. sezonie, a który ku mojej uciesze powrócił w obecnie trwającym to jedna z najbardziej tajemniczych postaci Gry o tron, która przyciągnęła moją uwagę już w pierwszej minucie, kiedy pojawiła się na ekranie. Jaqen to bohater powiązany z wątkiem Aryi Stark - uratowany przez nią, gdy był więziony i wieziony na Mur, odwdzięcza się córce Nedda wykorzystując swoje skrytobójcze zdolności. Odchodząc pod koniec 2. sezonu wręcza dziewczynce monetę pochodzącą z Braavos - jedyny sposób, dzięki któremu Arya mogła go ponownie odnaleźć. Wspomniana przeze mnie aura tajemniczości nieustannie otaczająca postać Człowieka bez Twarzy spowodowała zrodzenie się dziesiątek teorii fanowskich na temat jego przeszłości i roli, jaką odgrywa w życiu najmłodszej córki Starków, co tylko świadczy o wyjątkowości tego bohatera. Odgrywający jego rolę niemiecki aktor Tom Wlaschiha, podobnie jak Peter Dinklage, wiele zdziałał swoim głosem, dzięki któremu Jaqen H'Ghar jest jeszcze bardziej enigmatyczny i przyciągający uwagę. 




3. Jorah Mormont 

Biedny Jorah nie miał niestety szczęścia w relacjach z ukochaną khaleesi, nie dość, że obdarzył ją nieodwzajemnionym uczuciom, to jego umiłowana królowa dowiedziała się, że jej najlojalniejszy doradca, najlepszy przyjaciel i najodważniejszy obrońca, któremu bezgranicznie ufała, ją zdradził. Dumna Daenerys nie mogąc się z tym pogodzić, łaskawie wygnała Mormonta, dla którego, od tego, momentu priorytetem stało się uzyskanie przebaczenia i powrót do łask Matki Smoków, co jest jego głównym motywem, dla którego uprowadza Tyriona Lannistera uciekającego przed gniewem siostry i wyrokiem śmierci. Zarówno postać nieszczęsnego rycerza z Północy, jak i odgrywający jego rolę brytyjski aktor Iain Glen wywarli na mnie szczególne wrażenie. Lojalność, odwaga, oddanie, szczera miłość i gotowość oddania życia za Daenerys Targaryen to przymioty godne szlachetnego rycerza - chociaż dopuścił się zdrady i przez pewien czas donosił Varysowi o wszystkim, co ostatnia ze smoczego rodu ma w planach, przeszedł ogromną przemianę, gdy zobaczył khaleesi żywą ze smokami przy piersi, po tym jak weszła w płomienie podczas pogrzebu Khala Drogo. Wówczas padł pięknej księżniczce do stóp i zaczął jej wiernie służyć. Sam aktor, Iain Glen, rewelacyjnie spisał się w roli Mormonta, został idelnie dopasowany wizualnie, świetnie oddawał emocje odgrywanej postaci. 



4. Jon Snow

Bękarci syn Eddarda Starka, który w piątym sezonie Gry o tron awansował do rangi Lorda Dowódcy Nocnej Straży to jedna z najbardziej wielbionych (zwłaszcza przez damską część widzów) postać całej serii. Przystojny, szlachetny, o dobrym sercu, odważny. Taki jest właśnie Jon Snow - można powiedzieć, że wszystkie swoje cnoty odziedziczył po ojcu, Eddardzie. Poznaliśmy go jako wycofanego młodzieńca żyjącego w Winterfell, który postanowił w jakiś sposób przysłużyć się ojczyźnie i wykorzystać jakoś swoje życie - wstąpił do Nocnej Straży, jedynego miejsca, gdzie jego pochodzenie nie miało znaczenia. Jon ujmował widzów wszystkim. Honorem, stawaniem w obronie słabszych, miłością, którą obdarzył pochodzącą z dzikich Ygritte. W piątym sezonie, już jako Lord Dowódca, podejmuje niezwykle ryzykowną decyzję, która podzieliła jego braci - postanowił zawrzeć sojusz z Dzikimi, dzięki czemu zwiększyłyby się ich szanse w walce z Innymi. Zarówno postać Jona Snow, jak i fenomen odtwórcy jego roli, Kita Haringtona sprawiły, że za każdym razem, kiedy czarny brat pojawia się na ekranie, moje serce bije mocniej - z zachwytu nad umiejętnościami i powierzchownością Kita oraz emocjami, jakie wzbudza jego postać. 



5. Jaimie Lannister 

Kolejny z rodu Lannisterów uplasował się na 4. miejscu. Szczerze przyznam, że w pierwszym sezonie Gry o tron życzyłam mu śmierci - za okaleczenie Brana Starka, za sypianie z własną siostrą i inne jego grzeszki, jednak z czasem postać Królobójcy zaczęła wzbudzać moje pozytywne emocje. Okazał się jedyną osobą, która bez cienia szyderstwa patrzy na Tyriona Lannistera, jest jedynym z rodzeństwa, który szczerze kocha swojego brata, co udowadnia pod koniec czwartego sezonu. Co więcej, największe wrażenie wywarł na mnie wątek Jaimie + Brienne, kiedy to w najstarszym synu Tywina Lannistera rodzą się uczucia inne niż względem siebie samego, lub swojej rodziny, Jaimie nie dość, że wyznaje Brienne prawdę o czynie, który uczynił go Królobójcą (niewątpliwie jedna z najbardziej poruszających scen serialu), to kilkakrotnie ratuje jej życie (raz ryzykując własne), przez co wybaczyłam mu jego ekscesy z Cersei oraz próbę zamordowania niewinnego dziecka. Duńczyk, Nikolaj Coster-Waldau, jest jednym z najprzystojniejszych i najzdolniejszych aktorów, jakich podziwiałam na ekranie, z łatwością oddał złożoność swojej postaci i wewnętrzne rozterki nią targające. 



6. Tormund

Jeden z popleczników Mance'a Raydera, znany wojownik, a później także sprzymierzeniec Lorda Dowódcy, Jona Snow. Brutalny, opryskliwy, nieprzyjemny - taki jest Tormund. Ale im dłużej go oglądamy na ekranie, tym więcej jego zalet dostrzegamy - jest odważny, waleczny, i wbrew pozorom, zależy mu na dobru swoich ludzi. Moje serce podbił w ósmym odcinku, kiedy to wybrał się z Jonem do Hardhome, aby przekonać Dzikich do konieczności połączenia sił w walce z Innymi. Poczynając od "rozmowy" z Lordem Kości po dzielne stawianie czoła armii nieumarłych, nie mogłam oderwać od niego oczu. Odgrywający jego rolę, potężny norweski aktor Kristofer Hivju, chociaż pojawiający się na ekranie rzadziej niż większość wymienionych postaci, jest jedną z pereł tego serialu - wyrazisty, energiczny i charyzmatyczny. 



7. Theon/Reek

Nie szanuję Theona. Kiedy zdradził Robba, zajął Winterfell, był kolejną postacią, której życzyłam śmierci. Jego obecność na ekranie mnie odpychała (co jest niewątpliwie zasługą genialnej gry aktorskiej Alfiego Allena). Niemniej jednak, to, co zrobił mu Ramsay sprawiło, że poczułam do niego swoiste współczucie, było mi go żal, bo wiedziałam, że nie był takim potworem, na jakiego chciał wyglądać. Reek, jak go ochrzcił bękart Boltona, stał się postacią, która wzbudzała moją litość, chciałam, aby jego siostra jednak go uratowała i doprowadziła do porządku. Tak się nie stało. Zamiast tego pojawiła się Sansa - szansa na to, że Reek z powrotem przypomni sobie kim jest i postawi się swojemu oprawcy - były takie momenty, kiedy byłam niemal pewna, że Theon coś zrobi, cokolwiek, w jakikolwiek sposób pokaże, że jednak jest coś wart. Ponownie tak się nie stało. Reek zaczął robić rzeczy odwrotne do oczekiwanych, czym ponownie mi się naraził, ale nadal wierzę, że w końcu odezwie się w nim wola walki, która zajmie miejsce strachu przed bękarcim synem Boltona. Sama postać Theona nie jest tak genialna, jak poprzednie, ale niewątpliwie poprzednicy Alfiego Allena w tym zestawieniu nie mogą mu równać - genialna, fenomenalna, szokująca, robiąca wrażenie gra aktorska tego Brytyjczyka to jest to, co w tej postaci zdecydowanie najlepsze, nikt nie dorównał do tej pory temu, co zrobił Allen kreując swoją postać - grał tak, jakby faktycznie spotkały go te wszystkie okropieństwa i każda minuta jego życia była przepełniona lękiem przed swoim oprawcą. 





8. Cersei Lannister

Trochę to dziwne, że tak bezwzględna postać wylądowała w moim rankingu najciekawszych bohaterów piątego sezonu Gry o tron, ale postanowiłam, że w ten sposób nagrodzę genialną Lenę Headey odgrywającą tę rolę. Udało jej się w stu procentach sprawić, że Cersei jest postacią mocno znienawidzoną ze względu na jej okrutne intrygi, nienawiść wobec brata i nieciekawą politykę. Wyrachowana, bezwzględna, zakłamana. Taka jest właśnie jedyna córka Tywina Lannistera. Chociaż kocha swoje dzieci i jest w stanie zrobić dla nich wszystko, to nie wzbudza sympatii ani nawet współczucia, dlatego też to, co spotkało ją w siódmym odcinku piątego sezonu jest tym, czego oczekiwano od dawna. Sprawiedliwość, w którą wielu przestało już wierzyć, dosięgła w końcu i ją. Co więcej, sprytna i przebiegła Cersei wpadła we własne sidła. Jak już wspomniałam, obecność tej postaci jest spowodowana tym, że chwali się aktorów, którzy potrafią sprawić, że oglądający pała niemal szczerą nienawiścią do fikcyjnego bohatera - to właśnie swoimi umiejętnościami (zwłaszcza genialnym tonem głosu i pogardliwym spojrzeniem) osiągnęła Brytyjka, Lena Headey w roli największej miłośniczki trunków w historii kina - Cersei Lannister.


9. Ramsay Bolton (wcześniej Snow)

Podobnie jak w przypadku Theona i Cersei, obecność w tym zestawieniu Ramsay'a Snow - sadystycznego bękarta Roose'a Boltona znanego z pastwienia się nad Theonem oraz gwałtem na Sansie Stark, wynika nie z mojej sympatii do tej postaci, ale z geniuszu aktora, który odgrywa tę rolę. Brytyjski aktor, Iwan Rheon, rewelacyjnie wcielił się w tę rolę - sprawił, że postać Ramsay'a trafiła na moją czarną listę znienawidzonych bohaterów Gry o tron, co niewątpliwie jest zaletą, gdyż jego wyrazistość i charyzma przytłacza wielu innych, z założenia pozytywnych bohaterów, którzy przy aktorskim fenomenie Rheona wypadają niezwykle blado (na przykład Sophie Turner jako Sansa Stark), dlatego uznałam, że Ramsay Bolton zasługuje na miano jednej z najciekawszych postaci serialu. 


10. Olenna Tyrell

Seniorka rodu Tyrellów, babka królowej Margaery i ser Lorasa - Olenna Tyrell. Pyskata, bystra, przebiegła, sprytnie odgadująca intencje swoich rozmówców, niedbająca o konwenanse, niezabiegająca o sympatię innych Olenna jest jedną z najciekawszych postaci kobiecych serialu, dla mnie to taki Tyrion w żeńskim wydaniu. Moje serce podbiła chłodem i złośliwością bijącymi od niej w kontaktach z Cersei oraz ukrytą pogardą, z jaką potraktowała Wielkiego Wróbla przy zachowaniu swojego autorytetu i klasy godnej damy. Diana Rigg spisała się w tej roli rewelacyjnie - jej postać przywróciła mi wiarę w to, że w kobiety Gry o tron nie muszą zastraszać ani siłą przypominać o swojej pozycji - wystarczy trzeźwy umysł i odpowiednie dobieranie sojuszników. 



11. Loras Tyrell

Wybór dosyć nieoczwisty i niespodziewany - na 11. miejscu mojej topki uplasował się wnuk lady Olenny - Loras, mogący się pochwalić jedynie tym, że wygrał z Górą (ale przeżył tylko dzięki Ogarowi), bo nie sądzę, aby klęska w pojedynku z Brienne ani sypianie z Renlym Baratheonem było powodem do dumy. Niemniej jednak jest to postać, którą darzę dosyć dużą sympatią. Podobnie jak w przypadku Alfiego Allena jako Theona, zachwycił mnie aktor wcielający się w rolę Lorasa - angielski aktor Finn Jones, przez co od początku kibicowałam tej postaci z uwagi na chęć jak najdłuższej szansy na oglądanie go na ekranie, bowiem aktorsko nie mam się do czego przyczepić - atak furii w wykonaniu Jonesa podczas przesłuchania o pederastię to jedna z lepszych scen piątego sezonu. Liczę na to, że Loras Tyrell jeszcze udowodni, że oprócz spędzania nocy z mężczyznami i zabawiania dam, potrafi wykorzystać swoją pozycję, umiejętności we władaniu mieczem i własne możliwości w celu zdobycia większych korzyści i przede wszystkim, władzy dla swojej rodziny. Mam nadzieję, że jeszcze namiesza w historii Westeros. 




12. Bronn

Związany z Lannisterami wojownik, lubiący (podobnie jak Tyrion) wino i piękne kobiety, a poza tym lubiący wymachiwać mieczem to kolejna z ciekawych, wyrazistych i zapamiętywanych przez widzów postaci Gry o tron. Najpierw służył Tyrionowi, następnie stał się trenerem jednorękiego brata karła, potem chcąc się ustatkować i chronić życie, odmówił reprezentowania Tyriona w próbie walki przeciwko Górze, tylko po to, aby później zostać skłonionym do odbycia niebezpiecznej podróży do Dorne w towarzystwie Królobójcy, podczas której ponownie oddał się ulubionemu zajęciu - wymachiwaniu mieczem i eliminowaniem zagrożeń, a widzowie mogli również poznać jego artystyczną duszę - w czasie drogi do Wodnych Ogrodów oraz siedząc w celi władcy Dorne umilał sobie i towarzyszom czas śpiewając pieśni. Tak, Bronn to niewątpliwie jedna z najoryginalniejszych i najciekawszych postaci serialu, do czego w dużej mierze przyczynił się utalentowany Jerome Flynn. 


13. Arya Stark

W przeciwieństwie do swojej starszej siostry, Sansy, Arya wzięła sprawy we własne ręce i postanowiła sama decydować o swoim losie, a pierwszym samodzielnym krokiem córki Nedda Starka była samotna wyprawa do Braavos, do Domu Czerni i Bieli, gdzie zamierzała pobierać nauki u poznanego wcześniej Jaqena H'Ghara. Arya Stark od początku dała się poznać jako zbuntowana córka lodra Północy, diametralnie różna od swojej siostry, lubiąca męskie rozrywki, takie jak chociażby walka na miecze czy strzelanie z łuku. Bystra dziewczyna próbująca znaleźć swoje miejsce w świecie, która podjęła ciężkie wyzwanie stania się Nikim, to jedna z jaśniejszych gwiazd piątego sezonu Gry o tron. Maisie Williams na naszych oczach staje się coraz lepszą aktorką, co widać w ewolucji granej przez nią postaci - Arya staje się coraz odważniejsza, wygadana, pewna swoich racji, walcząca o to, na czym jej zależy. Nauka w Braavos to pierwszy krok, który podjęła, by rozliczyć się ze swoją własną przeszłością i wreszcie zemścić się na tych wszystkich, przez których straciła to, co kochała najbardziej. 





14. Stannis Baratheon 

Nielubiany przeze mnie przez cztery sezony, w piątym postanowił się zrehabilitować - najrozsądniejszy z braci, Stannis Baratheon to postać, która wzbudza we mnie mieszane uczucia. Przyznam, że chciałam, aby ponosił klęskę za klęską, a to wszystko przez to, iż jest ślepo zapatrzony w Melisandre, która generalnie stała się szarą eminencją władzy Stannisa, który wykonywał wszystko, co ona uważała za stosowne. Kiedy już traciłam nadzieję na to, że polubię tego bohatera, Stannis nieoczekiwanie pojawił się na Murze przychodząc z odcieszą Nocnej Straży, ale to nie tym czynem zaskarbił sobie mój szacunek. Wszystko, co dobre w Stannisie dotyczy jego jedynego dziecka - córki Shireen. Scena monologu Stannisa będącego odpowiedzą na pytanie księżniczki o to, czy się jej wstydzi, zakończona słowami bo jesteś moją córką podbiła moje serce i sprawiła, że zaczęłam na niego patrzeć nieco przychylniej. W moim nowym przekonaniu utwierdziła mnie również scena z Melisandre, gdy ten zdecydowanie odmówił poświęcenia swojego dziecka w imię wyższego celu, jakim było odniesienie zwycięstwa w planowanej wojnie. Pokazał, że jednak ma własny rozum i nie podąża ślepo za Czerwoną Kapłanką, co więcej, udowodnił, że ma w sobie więcej honoru i szlachetności, niż przypuszczałam. Niewiele mogę powiedzieć o aktorze wcielającym się w jego rolę - angielski aktor Stephen Dillane jak na razie wydaje mi się bardzo nijaki, niemal przeźroczysty, chociaż może to stanowić zaletę w kreowaniu odgrywanej roli. 





15. Karsi

Dopiero co zapałałam szczerą sympatią do jednej z przywódczyń Dzikich, a scenarzyści jeszcze w tym samym odcinku postanowili ją uśmiercić. To zabolało. Karsi bowiem przypomniała mi o Ygritte - poznaliśmy ją jako nieco zbuntowaną, odważną, waleczną, odznaczającą się ciętym językiem kobietę, która chciała sprzymierzyć się z Nocą Strażą, by wspólnie stawić czoła Innym. Wiązałam wielkie nadzieje z wątkiem tej postaci - wiadomo, kobiety Gry o tron mają wielką moc. Kiedy widziałam, z jakim zaangażowaniem ewakuowała swoich ludzi z Hardhome, wyrażała swoją niechęć do Thennów (podzielam opinię), zapragnęłam, aby została na dłużej. Niestety. Nie można mieć wszystkiego. Mój entuzjazm spowodowany sceną w namiocie został gwałtownie zgaszony okrutną sceną śmierci wojowniczej Karsi - zszokowana widokiem nieumarłych dzieci przestała się bronić. To był największy szok i najbardziej bolesna śmierć od czasu odejścia Oberyna. Co więcej, duńska aktorka, piękna Brigitte Hjort Sorensen miała ogromny potencjał do wykreowania naprawdę ciekawej roli. Gratuluję scenarzystom braku wyobraźni. 





Kolejne rankingi z Gry o tron w drodze.


~R.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Prosto z fabryki snów, czyli o filmie - Furia (2014)

Twarda, silna męska przyjaźń z wojną, bólem, brudem, potem, wszechobecną śmiercią w tle. Historia ludzkiej tragedii i indywidualnych postaw w obliczu brutalnej hekatomby. To zaproponował nam David Ayer, znany jako twórca Bogów Ulicy (2012) czy scenarzysta słynnych Szybkich i wściekłych (2001), w swoim ostatnim filmie pod niezwykle wymownym tytułem Furia z 2014 roku. Fikcyjna historia w mało fikcyjnej wojnie. Niezwykle krwawa i ociekająca okrucieństwem o ostatnich dniach wojny. Amerykańscy czołgiści spędzający kolejne miesiące z dala od domu, w spartańskich warunkach, wykończeni wojną dostają następne, ważne dla ogółu zadanie - mają wyprawić się za linię frontu i tam dalej stawiać czoła wrogom. Do grupy zaprawionej w walce załogi tytułowej Furii zostaje także przydzielony Norman Ellison (Logan Lerman) - młody, niedoświadczony, nieznający zupełnie świata, w który wkroczył żołnierz, któremu z trudem przyjdzie zaakceptować swoje położenie. 




Wojna nigdy nie kończy się po cichu - te słowa, obecne na plakacie i wypowiadane przez bohaterów to kwintesencja tego, co chciał przekazać Ayer. Furia nie ma być opowieścią o heroizmie i walce w imię wyższych idei - za wolność, równość i braterstwo. Nie tym razem. To historia, dzięki której mamy zrozumieć, że nie istnieje wojna o pokój, że żołnierze to nie ludzie pełni energii ochoczo idący na śmierć za ojczyznę. Ten film ma za zadanie pokazać, jak wojna niszczy tych, którzy wzięła w swoje bezlitosne objęcia. To historia o piątce ludzi, których łączy tylko to, że walczą w jednym czołgu. Różnią się pod każdym względem. Mamy gorliwie wierzącego Boyda Swana (Shia LaBeouf), opryskliwego i nieprzyjemnego typka Travisa (Jon Bernthal), wygadanego Meksykańczyka Garcię (Michael Pena), ułożonego i z zasadami Normana (Logan Lerman), no i najbardziej doświadczonego i zgorzkniałego dowódcę, Dona Colliera (Brad Pitt) pieszczotliwie nazywanego Wardaddy. 




Muszę przyznać, że aktorsko film robi wrażenie. Niesamowite wrażenie. Każdy z piątki panów to perła całej produkcji. Nie można tu wyodrębnić tych, którzy spisali się lepiej i którzy spisali się trochę gorzej. W tym przypadku poziom tego aktorstwa był bardzo wyrównany, co zdarza się raczej nieczęsto. Zacznę od kreacji, za które odpowiadali Shia LaBeouf oraz Jon Bernthal, czyli kolejno Boyd "Bible" Swan oraz Grady "Coon-Ass" Travis. Nie będę obiektywna w przypadku pierwszego z panów. Uwielbiam Shię i niemal każdy film, w którym się pojawił, zwłaszcza Charlie musi umrzeć (2013), nawet w sromotnej klęsce Larsa von Triera (czyli Nimfomance) pokazał klasę i umiejętności. Dwudziestoośmioletni Shia podbił zupełnie moje serce swoją rolą w Furii. Był niesamowicie przekonujący jako gorliwie wierzący, ale jednak bez skrupułów zabijający Nazistów Amerykanin. Fantastycznie oddawał emocje swojej postaci, jak zwykle dał z siebie maksimum swoich możliwości aktorskich i, również jak zwykle, udowodnił, że swoją niewątpliwie bogatą osobowością nie przytłacza roli, jaką mu powierzono. Jon Bernthal. Przed obejrzeniem filmu wiedziałam tylko, że zagrał w niezbyt przeze mnie lubianym The Walking Dead, stąd nie nastawiałam się na wiele, kiedy zobaczyłam go na ekranie. Szybko zmieniłam zdanie i zapałałam czystą sympatią do pana Bernthala w roli człowieka o mało przyjemnej powierzchowności i jeszcze mniej przyjemnym usposobieniu, ale obdarzonym mimo wszystko dobrym sercem i odwagą do poświęceń. 

Shia LaBeouf jako Boyd Swan

Jon Bernthal jako Grady Travis

Michael Pena w roli Gordo - wygadanego Meksykańczyka, który w filmie największe wrażenie wywarł na mnie wstrząsającą historią o dobijaniu koni po walce, to zdecydowanie najbarwniejsza postać całego filmu. Złośliwy, nieprzebierający w słowach, nieukrywający czerpania przyjemności z eliminowania kolejnych żołnierzy niemieckich, a z drugiej strony wrażliwy, wyczerpany okrucieństwami wojny, zdolny do największych poświęceń w imię przyjaźni. Nieco rozczarował mnie za to Logan Lerman, znany raczej ze średnio udanych ekranizacji znanych książek dla młodzieży gimnazjalnej (przygody Percy'ego Jacksona) czy dziwnej interpretacji Trzech Muszkieterów i dosłownie jednej dobrej roli w filmie Charlie. Miałam wobec niego wielkie oczekiwania i wielkie obawy co do jego roli w Furii. Z jednej strony poznałam go jako zdolnego, młodego aktora, przed którym drzwi do kariery stoją otworem, z drugiej jednak nadal miałam w pamięci te spektakularne porażki w filmach o Percym Jacksonie i muszkieterach. Obawiałam się, że znowu zaprezentuje niezmienną twarz życiowego nieudacznika, którego wciąż trzeba ratować z opresji. I miałam rację. Przynajmniej po części. Loganowi nie do końca udało wyzbyć się maniery, którą znamy z poprzednich filmów - nadal ta sama mina przerażonego dzieciaka. Wiem, że w dużej mierze wymagał tego scenariusz, ale liczyłam na to, że pokaże coś więcej, w jakiś sposób zaskoczył. Owszem, były sceny, które robiły na mnie nawet mocne wrażenie (zwłaszcza na początku filmu, w duecie z Bradem Pittem), ale potem generalnie wciąż nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już to widziałam, co oczywiście nie zmienia faktu, że całościowo nie było dramatu, zostało to zagrane dobrze. 

Michael Pena jako Gorgo
Logan Lerman jako Norman

Najjaśniejszą gwiazdę Furii zostawiłam na koniec. Brad Pitt jako Wardaddy - chłodny, zdystansowany, surowy dowódca czołgu. Jego kompani wiele mogą powiedzieć o jego wadach, ale one wszystkie tracą znaczenie, kiedy w grę wchodzi odwaga tego człowieka, jego doświadczenie, jego przyjaźń. Wardaddy to człowiek silnie doświadczony przez życie i mocno zrujnowany jako człowiek wskutek tego wszystkiego, co przeżył służąc w różnych częściach świata w czasie wojny. Wydawać by się mogło, że Don Collier to człowiek wyprany z emocji, zdolny tylko do zabijania (o czym boleśnie przekonuje się w pewnym momencie Norman), niewzbudzający nadmiernej sympatii. Ale jednak im dłużej oglądamy, tym bardziej dostrzegamy, jak bardzo o swoich ludzi się troszczy, jaką opieką, niemal ojcowską, otacza niedoświadczonego młodzieńca, z jaką determinacją walczy o życie swoje i towarzyszy. I Brad Pitt to wszystko oddał - umiejętnie pokazał złożoność i emocjonalne rozterki swojego bohatera, chociaż, muszę przyznać, że początkowo obawiałam się, że to nie jest ten typ ról, do których został stworzony. I tym razem, na szczęście, nie miałam racji. Brad Pitt udowodnił mi (już po raz kolejny), że jest genialnym aktorem i każda jego pojawienie się na ekranie to czysta przyjemność dla widza. 


Brad Pitt jako Wardaddy

Ale nie tylko obsada buduje fenomen Furii. Mocną zaletą tego filmu jest przeznakomita muzyka, którą skomponował Steven Price (znany jako kompozytor ścieżki do filmu Grawitacja z 2013 roku). Dramatyczna, patetyczna, poruszająca, wywołująca dreszcze towarzyszy nam w każdej minucie, dzięki czemu odbiór filmu jest zdecydowanie mocniejszy i to, co aktualnie dzieje się na ekranie trafia do nas z dwa razy większą siłą. Największe wrażenie wywiera zwłaszcza końcowy utwór zatytułowany Norman, który jest najbardziej tragiczny, dramatyczny i pozostaje w pamięci jeszcze długo po skończeniu filmu: 


Co wstrząsa w Furii? Co robi wrażenie? Niewątpliwie niezwykły naturalizm i brutalność, której reżyser widzowi nie zamierzał oszczędzić. Film jest pełen błota, krwi, zniekształconych, okaleczonych zwłok, każda scena walki z użyciem broni jest pokazana w pełni, przez co cały czas jesteśmy zmuszeni patrzeć na ciała żołnierzy rozrywane przez pociski, czołgi jeżdżące po szczątkach i inne okropności, które w innych okolicznościach, może zostałyby ukryte. Tutaj tak nie jest, ale nie nazwę tego zaletą filmu, gdyż zabrzmiałoby to lekko nieadekwatnie, chociaż niewątpliwie, dzięki tej wszechobecnej brutalności pełniej możemy zrozumieć postawy bohaterów, łatwiej nam pojąć niektóre ich wypowiedzi, niektóre czyny, lepiej jesteśmy w stanie poczuć, czym była wojna. Dzięki temu widzimy, że wojna to nie tylko wzniosłe pieśni o miłości do ojczyzny i walce o pokój, który został naruszony. To nie tylko wielka arena polityczna, na której zbierają się panowie w garniturach decydujący o losach świata. Wojna to cierpienie, to życie w ciągłym strachu, niepewności o kolejne dni. To wyniszczające doświadczenie często nas zezwierzęcające uczestniczących w nim ludzi, powodujących, że ich moralność ulega zachwianiu, zaczynają mieć problem z odróżnianiem tego, co konieczne ze zwykłym bestialstwem. Wojna sprawia, że ludzie zaczynają być wrakami samych siebie, żyją w ciągłej frustracji, wyżywają się przy każdej możliwej okazji, każdy jest ich wrogiem, zabijanie zaczynają traktować jako codzienność, to już nie walka z wrogiem, a rozpaczliwa próba przetrwania. To pokazuje nam Furia. Co jeszcze? Silną i piękną męską przyjaźń w obliczu najokrutniejszego wydarzenia, przed jakim może postawić nas los. Załoga Furii to ludzie, który nieustannie się kłócą, dogryzają sobie, nie szczędzą gorzkich słów, często nie mogą ze sobą wytrzymać, ale to, ile razem przeżyli, jak dużo czasu ze sobą spędzili, ile o sobie wiedzą, jak bardzo ich wspólna walka jest dla nich oczywista sprawia, że w obliczu zagrożenia oddaliby życie za swojego towarzysza. To piękna historia pokazująca przyjaźń, dzięki której człowiek jest w stanie zrobić wszystko dla dobra drugiej osoby, jest w stanie zaryzykować własne życie, stanąć do walki ramię w ramię. 




Jak już wspomniałam, film robi ogromne wrażenie. Robiłby większe, gdyby nie zakończenie, które zupełnie nie pasowało do tego, co mogliśmy zobaczyć wcześniej. Bo oto Amerykanie, nie mogąc powstrzymać się od swojego zamiłowania do nadmiernego dramatyzowania wszystkiego, o czym robią filmy, postanowili zrobić z Normana - chłopca, który przed poznaniem załogi Furii nie trzymał broni ani razu w ręku, bohaterskiego żołnierza, któremu udało się (niestety, ale dzięki poświęceniu towarzyszy broni) ujść z życiem po stoczeniu nierównej walki z niemieckim oddziałem. Poruszające. Rozumiem reżyserski zamysł. Młodzieniec, zupełnie przeciwny wojnie, przymusem wcielony do załogi czołga, musi dorosnąć i na własne oczy przekonać się, jak naprawdę wygląda ta słynna wojna. Młodzieniec, który musi przewartościować wszystko, w co wierzył, aby przeżyć, dzięki czemu widz ma zapewnioną lekcję życia - widzi dynamiczną przemianę jednego z głównych bohaterów. To ma sens, ale uczynienie go na siłę bohaterem, jedynym ocalałym z grona doświadczonych żołnierzy brzmi jak słaby żart, a Amerykanie niestety się w takich lubują. 




Furia to jeden z tych filmów, które mogą się albo bardzo podobać albo bardzo nie podobać. To zależy od tego, co chcemy zobaczyć na ekranie. Wszyscy miłośnicy militariów mogą mówić o wojnach czołgów w samych superlatywach albo wytykać wszystkie błędy i nieścisłości. Nie będę się wypowiadać o tym, jak prawdopodobne były przedstawione wydarzenia czy starcia wojsk pancernych, ale jestem pewna, że na tle licznych filmów o tematyce wojennej, Furia radzi sobie całkiem nieźle, zarówno pod względem dopracowania w oddaniu realiów jak ich kwestii zgodności w faktami historycznymi. Nie da się dogodzić każdemu, ale zapewniam, jeśli nie chcecie oglądać dokumentu o Amerykanach w III Rzeszy, a fabularny film o tym, jak wojna mogła tam wyglądać, i jak to mogło wpływać na strony tego konfliktu, to Furia jest wyborem idealnym. 

~ R.